Polska polityka wobec Ukrainy. Regres, jakiego nie było

Ani polskiego prezydenta, ani premiera nie ma przy stole, przy którym decyduje się, czy – a jeśli tak, to za jaką cenę dokonany zostanie rozbiór sąsiadującego z nami państwa. Dlaczego znaleźliśmy się za burtą?
Czyta się kilka minut
Premier Donald Tusk przed spotkaniem z prezydentem Karolem Nawrockim. Warszawa, 14 sierpnia 2025 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News
Premier Donald Tusk przed spotkaniem z prezydentem Karolem Nawrockim. Warszawa, 14 sierpnia 2025 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News

Jeszcze niecałe dwa tygodnie temu wydawało się, że wojna w Ukrainie znalazła się w przełomowym momencie. Tuż po spotkaniu na Alasce Donalda Trumpa i Władimira Putina, Wołodymyr Zełenski poleciał w asyście europejskich przywódców do Waszyngtonu. Zaczęto już nawet spekulować o mieście, w którym mieliby spotkać się przywódcy Ukrainy i Rosji. Wymieniano Wiedeń, Moskwę, Genewę i Budapeszt. 

Rosyjskie żądania nie do przyjęcia

W końcu okazało się, że Rosja nie ma żadnej sensownej oferty. Chce całego Donbasu i neutralności Ukrainy, a także nie godzi się na żadne gwarancje jej bezpieczeństwa, np. obecność zachodnich wojsk nad Dnieprem.

W odwecie Donald Trump dopuścił „ataki prewencyjne” Ukrainy przeciwko Rosji; najpewniej takie jak operacja „Pajęczyna” (przeciwko rosyjskiemu lotnictwu strategicznemu) czy zajęcie części obwodu kurskiego.

„Bardzo trudno, jeśli nie niemożliwe, jest wygrać wojnę bez ataku na terytorium najeźdźcy. To tak, jakby świetna drużyna sportowa miała fantastyczną obronę, ale nie mogła grać w ataku. Nie ma szans na zwycięstwo! Tak samo jest z Ukrainą i Rosją” – napisał Trump w serwisie społecznościowym, po czym zaatakował swojego poprzednika Joego Bidena za to, że pozwolił Ukrainie tylko się bronić, a nie oddawać ciosy.

Polska w dystansie

W Ukrainie dawno nie było tak nieprzewidywalnie i niestabilnie. Wojna weszła albo w fazę tuż przed jej zamrożeniem, albo wręcz przeciwnie – przed nową eskalacją. Polska nie ma jednak klarownego stanowiska w tej sprawie. 

– Nie wiemy, dlaczego nie ma nas w tych rozmowach. Jeśli robimy to celowo i z wyrachowania, to jakie kalkulacje za tym stoją? – pyta polski dyplomata zaangażowany w sprawy wschodnie.

Jedna z wersji, o której mówią w rozmowie z „Tygodnikiem” źródła zarówno w polskim rządzie, jak i w Pałacu Prezydenckim, zakłada, że Polska nie chciała wejść w samo centrum sporu pomiędzy USA i Europą o przyszłość Ukrainy na najbardziej kontrowersyjnym etapie dyskusji. 

– To jest początek procesu i nie wiadomo, co z niego wyniknie. Może rozejm, a może wielka kłótnia. Tak samo jak nie mieszaliśmy się w debatę o skali obecności wojsk USA w Europie oraz samodzielności Unii w dziedzinie bezpieczeństwa, tak samo staramy się zachować dystans w sprawach niejasnego wciąż pomysłu na Ukrainę. Nie chcemy być między młotem a kowadłem – przekonuje nas członek polskiego rządu, prosząc o anonimowość.

Z podobnymi opiniami można było się spotkać także w latach 2014-2015, gdy Rosja we współpracy z Francją i Niemcami narzucała Ukrainie porozumienia Mińsk 1 i Mińsk 2. Wówczas nasze źródła w Służbie Wywiadu Wojskowego informowały, że ich rekomendacją dla rządu było trzymanie się od tych umów z daleka. Miały nie zbliżać regionu do pokoju; raczej pozbawiały Ukrainę suwerenności.

Proces miński z udziałem Paryża, Berlina i Moskwy (z Aleksandrem Łukaszenką jako mediatorem) był rzeczywiście brudny. Z perspektywy czasu można wręcz uznać, że stanowił wstęp do inwazji rozpoczętej w lutym 2022 roku. Umowy mińskie miały być dla Putina jedynie źródłem „dowodu”, że Kijów łamie ustalenia i zasługuje na karę. 

Zresztą, tuż przed inwazją Rosji – jak relacjonował w rozmowie ze mną bliski współpracownik prezydenta Andrzeja DudyEmmanuel Macron i Olaf Scholz domagali się natychmiastowego wypełnienia przez Zełenskiego porozumień mińskich, co w praktyce oznaczało oddanie Donbasu bez jednego wystrzału.

Kalkulacje przyjęte na podstawie rekomendacji wywiadu wojskowego były właściwe w okresie drugiego rządu Donalda Tuska. Trzymał się ich również rząd PiS i prezydent Duda. Istniała ciągłość państwa i pewien pomysł na jednorodną politykę wobec Ukrainy.

Dobry moment na urlop

Dziś jest inaczej. Nie ma mowy o kalkulacjach i spójnej polityce. Na Alasce i w Waszyngtonie decydują się losy wojny, a polski premier jest niedostępny. Posiedzenie rządu prowadzi za niego szef MON i wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Nocnym lotem z Hiszpanii, przerywając urlop, wraca też na zebranie gabinetu wicepremier Krzysztof Gawkowski

Sam Donald Tusk występuje zdalnie na szczycie Unii Europejskiej z miejsca, które wygląda na kawiarnię. Wszyscy zastanawiają się, czy jest na urlopie.

Blamaż braku Polski przy stole negocjacyjnym rządzący próbują zrzucić na Karola Nawrockiego, któremu również – powiedzmy to uczciwie – słabo wychodzi wykorzystywanie wpływów w ruchu MAGA i mitycznych, doskonałych relacji z Trumpem.

– Nie bardzo też wiadomo, czym zajmuje się kierownik ambasady polskiej w USA Bogdan Klich i czy przypadkiem sam nie przebywa na urlopie. Jak cokolwiek ma się Polsce udać, jeśli szef placówki nie angażuje się ani w pomoc rządowi, ani w organizowanie spotkań prezydentowi Nawrockiemu w USA? – komentuje nasze źródło.

Podczas Majdanu w 2014 r. było podobnie; premier Donald Tusk pojechał na zimowy urlop. Również generał Maciej Hunia, dziś ambasador RP w Izraelu, a wtedy szef Agencji Wywiadu, odpowiedzialnej za dostarczanie najważniejszym osobom w państwie informacji na temat wydarzeń strategicznych – odpoczywał na nartach w Dolomitach. W tym samym czasie na ulicy Instytuckiej w centrum Kijowa ginęli od kul ludzie.

Osobą, która obsługiwała wówczas temat ukraiński, był szef MSZ Radosław Sikorski. Jego rozmowy w Kijowie ze słabnącym Wiktorem Janukowyczem dawały Polsce jako taki wgląd w sprawy. Miały również element prestiżowy. Sikorskiemu udało się ściągnąć na nie Niemców i przez chwilę Francuzów. Nie obyło się oczywiście bez wpadek. Sikorski o tym, że doszło do masakry, dowiedział się od przywódcy Samoobrony Majdanu Andrija Parubija, a nie od polskich służb wywiadowczych.

Zapytaliśmy w kancelarii premiera oraz w MSZ, czy Tusk i Klich byli w ostatnich dniach – czyli podczas spotkania Trumpa z Zełenskim oraz liderami Europy w Waszyngtonie – na urlopach. Zapytaliśmy również, czy łączenie szefa rządu z przywódcami UE odbywało się w warunkach zapewniających dyskrecję i ochronę poufnych informacji. Do zamknięcia tego numeru „Tygodnika” nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

Między nami nie ma „chemii”

Ważnym aspektem polskiej nieobecności na spotkaniu koalicji chętnych i na ostatnich rozmowach Zełenskiego z Trumpem w Waszyngtonie jest brak zaufania pomiędzy Polską i Ukrainą. Nie dotyczy on tylko nowego prezydenta Karola Nawrockiego, którego brak przy stole negocjacyjnym jest oczywisty, skoro w czasie kampanii publicznie zapewniał, że nie ratyfikuje przystąpienia Ukrainy do NATO (mimo że to scenariusz rodem z „Gwiezdnych Wojen”).

Jak przekonuje mnie osoba z kierownictwa ukraińskiego MSZ, chemii brakuje również między Tuskiem a Zełenskim.

– Przed spotkaniem Friedricha Merza, Keira Starmera, Emmanuela Macrona i Donalda Tuska z Wołodymyrem Zełenskim w Kijowie w maju tego roku polski premier marudził. Chciał, by maraton dyplomatyczny z udziałem szefów MSZ państw Unii trwał jeden dzień, a nie dwa. Uznaliśmy, że to trochę niepoważne, zwłaszcza że chcieliśmy „przykryć” paradę 9 maja w Moskwiemówi nasz rozmówca. – Polska nie deklaruje wysłania swoich wojsk na Ukrainę, w ostatnim czasie mocno schłodziła też swoją pomoc dla nas. Dlaczego więc mielibyście ustawiać agendę takich spotkań?

Inny ukraiński dyplomata dodaje, że Tusk miał uzasadniać konieczność skrócenia szczytu w Kijowie swoimi problemami zdrowotnymi. Rezultat był taki, że Ukraińcy postanowili go „przeczołgać” i wysadzili z pociągu, w którym w salonce zdjęcia robili sobie Starmer, Merz i Macron. Mimo że pociąg ruszał z polskiego Przemyśla, Tusk pojechał osobnym składem. Sam. Po powrocie do Warszawy miał zdenerwowany ustalać, kto odpowiada za ten despekt i żądać głów.

Jednak ambasador Ukrainy w Polsce twierdzi, że nie było mowy o żadnej pociągowej ustawce. Polska strona – zarówno w MSZ, jak i w naszej ambasadzie – miała być poinformowana zawczasu o zasadach organizacji wizyty. – Poza tym premier Tusk wracał z Kijowa razem z Merzem. Nie ma żadnej afery. Nikt nie miał złej woli – przekonuje Wasyl Bodnar.

Jeśli polscy dyplomaci wszystko wiedzieli – jak przekonuje ukraiński ambasador – to jest jeszcze gorzej, bo pozwolili na upokorzenie szefa naszego rządu. Jak przekonuje anonimowo były minister w kancelarii Andrzeja Dudy, należało w tej sytuacji „zrobić awarię na kolei” i przesadzić wszystkich „na koła”, czyli do samochodów, a następnie dowieźć do Kijowa każdego osobno.

Nie pierwszy taki despekt

Wcześniej do podobnego incydentu doszło jesienią 2024 r. podczas kongresu Yalta Economic Strategy (YES) w Kijowie, organizowanego przez zięcia byłego prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy, Wiktora Pinczuka, oraz Aleksandra Kwaśniewskiego. Jak ujawnił w Onecie Witold Jurasz, Zełenski na zamkniętym spotkaniu z ministrem Radosławem Sikorskim miał po chamsku na niego pokrzykiwać. Było to pokłosie braku polskiej zgody na liberalizację rynku UE dla towarów – głównie rolnych – z Ukrainy.

Chichotem historii jest fakt, że dziś w Radzie Najwyższej leży projekt ustawy przygotowany pod auspicjami Zełenskiego, który zakłada cła na wywóz rzepaku z Ukrainy. Gdy wcześniej to Polacy wprowadzili ograniczenia na napływ rzepaku, Zełenski twierdził, że Warszawa gra w drużynie Putina, zamykając rynek dla walczącego z agresją kraju. Dziś on sam za chwilę ograniczy wywóz. Zmieniły się jego kalkulacje.

Nie zawsze tak było. Krótko przed rosyjską inwazją w 2022 r. prezydentowi Dudzie udało się doprowadzić do spotkania w Wiśle i nawiązać ścisłe relacje z Zełenskim. Dzień przed wojną Duda był w Kijowie, a potem Polska stała się nie tylko dostarczycielem broni, ale też ważnym uczestnikiem rozmów o systemie gwarancji dla Ukrainy. Obok USA, Wielkiej Brytanii, Turcji czy Niemiec. 

Szef KPRM Michał Dworczyk polskimi black hawkami woził szefa MON Ukrainy Ołeksija Reznikowa na rozmowy z Rosjanami na Białoruś. Prezydencki minister Jakub Kumoch towarzyszył rosyjskiemu oligarsze Romanowi Abramowiczowi oraz przedstawicielom Ukrainy, w tym wpływowemu Rustemowi Umierowowi, w drodze na rokowania do Ankary i Stambułu. Nie zawsze byliśmy więc krajem skazanym na decyzje wielkich graczy.

Co możemy zrobić, by zatrzymać obecny regres i sprawić, by Polska na powrót znalazła się przy stole rozmów o przyszłości Ukrainy? Według jednego z naszych rozmówców, musimy uporać się z podstawowym błędem, jakim było jednoznaczne opowiedzenie się przez rząd Donalda Tuska (ale i przez Pałac Prezydencki) przeciwko wysłaniu wojsk na Ukrainę.

– Nie chodzi o to, żebyśmy deklarowali zaraz wysłanie brygady. Chodzi o niezaprzeczanie, że coś jesteśmy w stanie zrobić. Choćby pomóc przy obsłudze ukraińskich F-16, dać cysterny do ich tankowania oraz obsługę – komentuje nasze źródło w polskiej dyplomacji. – Dziś tracimy na staniu poza koalicją chętnych, choć przecież nikt nie mówi, że finalnie musielibyśmy wysyłać żołnierzy. Możliwe, że w ogóle nie dojdzie do powołania kontyngentu z europejskich państw.

Ważnym krokiem na drodze do powrotu do stołu rozmów musi być też unormowanie relacji z Zełenskim. Fakt, jest wyjątkowo trudnym partnerem; wybucha, obraża się, ma pretensje o wszystko. Ale przecież nie tylko do polskich polityków. Atakował również Starmera, gdy ten jesienią 2024 r. zbyt wolno dostarczał pociski Storm Shadow. Zełenski wykłócał się, mimo że był tylko klientem.

– Zełenski zachowuje się, jakby miał PTSD. Niemniej relacje z Ukrainą to nie są relacje personalne Dudy, Tuska czy Nawrockiego z facetem o wyjątkowo trudnym charakterze. To kwestia polskiego bezpieczeństwa. Polityka wobec Kijowa to ciągłe łatanie dziur, małe kroki, które prowadzą do celu czasem lepiej niż spektakularne wydarzenia – przekonuje były minister w kancelarii Andrzeja Dudy.

Idzie wielka zmiana

Stawka jest wysoka. Rozmowy o przyszłości Ukrainy to układanie bezpieczeństwa światowego znacznie szerzej rozumianego niż Donbas, Charkowszczyzna, Zaporoże czy Sumy. Trump zdaje się patrzeć na problem szerzej, czego dowodem są jego inicjatywy nie tylko wobec Kijowa, ale też Azerbejdżanu, Armenii czy Białorusi. One zaś będą dotyczyły również Polski; ważna będzie zwłaszcza amerykańska próba przekonania Białorusi do powrotu do handlu ze światem trasą północ–południe, przez Morze Czarne i Ukrainę. 

Elementem tego procesu są m.in. negocjacje w sprawie uwolnienia więźniów politycznych. Wiadomo jednak, że w tle są również biznes i bezpieczeństwo, w tym gaz i ropa oraz paliwa rafinowane w białoruskim Mozyrzu. A także surowce rosyjskie, które miałyby przestać trafiać na rynek chiński, a powrócić do Europy.

Najważniejszym elementem tej gry jest oczywiście kwestia gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Będzie nią najpewniej amerykańska inwestycja w armię: coś na kształt militarnego planu Marshalla. Ale czy wielka armia ukraińska zawsze będzie z punktu widzenia Polski korzyścią? Czy w razie przejęcia władzy przez populistę lub kogoś o skrajnie antypolskich poglądach, sąsiad z półmilionową armią to zaleta?

Kijów – oprócz tego, że będzie kupował broń w USA i u partnerów europejskich – będzie też kontynuował rozwój własnych możliwości, m.in. w dziedzinie pocisków balistycznych i manewrujących. Wiadomo, że już dziś zakłady Piwdenmasz w Dnieprze we współpracy z Brytyjczykami są w stanie zbudować pocisk manewrujący o zasięgu do 3 tys. km. 

Ukraińcy dysponują również własnymi pociskami balistycznymi Grom 1 i Grom 2, a oprócz tego dysponują największą w Europie armią dronów, budowanych w kooperacji z USA, Niemcami czy Czechami. W tym dronów dalekiego zasięgu, które są w stanie razić cele w Moskwie czy położonej w Tatarstanie Ałabudze, gdzie produkowane są drony Gerań, rosyjskie wersje irańskich Szahedów.

Jeśli Trumpowi uda się wprowadzić w życie choć małą część z planowanej przebudowy (zmianę sojuszy w byłym ZSRR i przezbrojenie armii Zełenskiego), wywróci do góry nogami pozycję i bezpieczeństwo Polski. Na wiele pytań będziemy musieli sobie odpowiedzieć na nowo. Nie da się tego zrobić z pozycji potrawy w menu, trzeba być jednym z kucharzy. 

Polska może oczywiście tkwić w poczuciu, że nic się nie zmieniło od lat 90., gdy wstąpiliśmy do NATO. Może wierzyć w koniec historii i wieczne gwarancje ze strony USA. To jednak droga donikąd. Tego świata już nie ma. Wie o tym poddawana rozbiorowi Ukraina, która stara się ułożyć życie na nowo. Wie Europa Zachodnia. Wiedzą nawet Węgrzy i Czesi. A Polska?

Autor jest dziennikarzem „Dziennika Gazety Prawnej”

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Regres, jakiego nie było