Trump inspiracją dla PiS, ale Tusk też uczy się populizmu

Polska prawica widzi w Trumpie sojusznika w walce z liberalnymi elitami i jej część gotowa jest zaakceptować nawet deal z Putinem. Szkopuł w tym, że podglebie, które wyniosło do władzy prezydenta USA, uważnie obserwuje również Donald Tusk.
Czyta się kilka minut
Spotkanie Donalda Trumpa z Andrzejem Dudą przy Trump Tower na Manhattanie. Nowy Jork, 17 kwietnia 2024 r. // Fot. Stefan Jeremiah / East News
Spotkanie Donalda Trumpa z Andrzejem Dudą przy Trump Tower na Manhattanie. Nowy Jork, 17 kwietnia 2024 r. // Fot. Stefan Jeremiah / East News

Pierwsze tygodnie drugiej kadencji Donalda Trumpa pokazują, że będzie ona znacząco inna od pierwszej, kiedy działał stosunkowo ostrożnie, próbując układać się z establishmentem. Jednak po doświadczeniach z opornym, liberalnym „deep state” oraz medialnej krytyce Trump odrzucił zahamowania. Teraz, podobnie jak Jarosław Kaczyński w okresie 2015-2023, otoczył się ludźmi zaufanymi, którzy bez wahania wykonują jego wolę, z impetem realizując przygotowany program. Nowa polityka nie będzie więc korektą zastanej rzeczywistości, ale rewolucją.

Jeśli PiS odzyska władzę, pójdzie drogą Trumpa. Bez hamulców

Kluczowe pytanie brzmi: jak to wpłynie na Polskę, zwłaszcza na polską prawicę? Jeśli okaże się, że nowe porządki Trumpa cieszą się społecznym poparciem i przynoszą realne zmiany w USA, będzie to ważny sygnał, że i w Polsce – po ewentualnym powrocie do władzy – PiS może porzucić wszelkie hamulce. Partia traktuje więc rewolucję Trumpa jak laboratorium, w którym testowany jest opór nie tylko elit, ale całego liberalnego świata z jego instytucjami, zasadami i polityczną kulturą.

Analiza potencjalnej dalszej „trumpizacji” PiS-u musi być poprzedzona obserwacją, że w ostatnich latach to amerykańska prawica bardziej się „pisizowała” aniżeli na odwrót. PiS już dawno bowiem przetarł szlaki w ludowej rewolcie przeciwko establishmentowi, a także w próbach zmiany liberalnych reguł gry. Podobną drogą kroczą dziś trumpiści, a będąc u władzy, zaczną zapewne wytyczać nowe ścieżki i zdobywać nowe szczyty, które mogą być dla PiS wskazówkami. „Trumpizacja” jest więc wyzwaniem przede wszystkim dla mainstreamowych partii w Europie Zachodniej, które nie przerobiły jeszcze antyliberalnej kontrrewolucji ani nie doświadczyły toksycznej polaryzacji.

Mało kto dziś pamięta, że stosunek naszej prawicy do Donalda Trumpa nie był miłością od pierwszego wejrzenia. To samo dotyczy zresztą wszystkich Polaków. W wyborach prezydenckich w 2016 r. znacznie częściej kibicowaliśmy Hillary Clinton niż Trumpowi. Według badań CBOS, aż 56 proc. z nas uważało wtedy, że Clinton będzie lepszą opcją dla Polski, podczas gdy na ostatecznego zwycięzcę wskazywało zaledwie 6 proc. Także wśród wyborców identyfikujących się z prawicą, Clinton cieszyła się poparciem 56 proc., podczas gdy Trumpa popierało tylko 11 proc. (reszta nie miała zdania).

To pokazuje, że stosunek polskiej prawicy do Trumpa ewoluował i zaczynał się od mocnej nieufności. Jego wypowiedzi na temat Rosji już wówczas były kontrowersyjne, a nasi politycy dostrzegali wyraźnie niebezpieczną ekscentryczność nowojorczyka.

Początek romansu, czyli jak Trump odzyskał zaufanie Polaków

Pierwsza kadencja Trumpa (2017-2020) przypadła na okres rządów PiS i prezydentury Andrzeja Dudy. Zniesienie wiz dla Polaków oraz intensywna współpraca gospodarcza i wojskowa sprawiły, że nasze relacje kwitły. W badaniu CBOS przed wyborami w 2020 r. już 41 proc. Polaków uważało, że Trump będzie lepszym wyborem dla Polski, podczas gdy 15 proc. wskazywało na Joego Bidena. Sympatia ta była szczególnie widoczna na prawicy. Aż 72 proc. wyborców PiS chciało, aby Trump wygrał ponownie, podczas gdy na Bidena liczyło zaledwie 2 proc. Przewagę Trump miał także wśród wyborców Konfederacji i PSL, przegrywał jednak wyraźnie w elektoracie KO i lewicy, gdzie wspierało go tylko 12 proc. wyborców. Dla nich Trump jawił się jako sojusznik PiS. Nie przyłączył się przecież do chóru UE, krytykującego rządy Zjednoczonej Prawicy; wręcz przeciwnie. W efekcie dobre relacje z administracją Trumpa pozwalały PiS-owi naruszyć kordon sanitarny, jakim był otoczony w Unii.

Pozytywny stosunek Trumpa do Polski niekoniecznie był pochodną bliskich relacji z samym PiS-em. Byliśmy po prostu państwem, które od lat wywiązywało się ze swoich zobowiązań sojuszniczych, kupowało amerykańską broń, gaz i nie miało istotnej nadwyżki handlowej z USA. Co więcej, Trump był atakowany niemal w całej Europie, ale w Polsce witano go entuzjastycznie. Nawet politycy ówczesnej opozycji nie byli zbyt krytyczni – Trump nie angażował się w naszą politykę wewnętrzną.

Stosunek polskiej prawicy do Trumpa ewoluował mocno w trakcie prezydentury Joego Bidena. Progresywne zmiany wprowadzane przez administrację Demokratów były dla naszej prawicy nieakceptowalne, zaczęła więc nie tylko sympatyzować z Republikanami stawiającymi opór kulturowej rewolucji, ale także emocjonalnie angażować się w te spory. I choć sam Biden należał do umiarkowanego skrzydła, to ponosił konsekwencje lewicowego skrętu całej partii.

Gdy stało się jasne, że Trump będzie ponownie walczył o prezydenturę, w PiS potraktowano to jako światowe, a nie amerykańskie starcie o przyszłość kulturowych eksperymentów i politycznej poprawności, intensywnie obecnej już nie tylko w USA, ale na całym Zachodzie i promowanej przez liberalno-lewicowe elity. I choć PiS nie zgadzał się ze wszystkimi poglądami Trumpa, to pokochał go dlatego, że toczył on wojnę z tym samym światem, z którym walczyła nasza prawica. Z nazwy liberalnym, ale nieprzychylnym i odmawiającym politycznej legitymizacji siłom kwestionującym nowoczesne status quo. Trump stał się więc symbolem walki z establishmentem, który tworzy „nierówne boisko” dla konserwatywnych sił.

Nadzieja związana z Trumpem była tym większa, że administracja Bidena jasno wskazywała, po której stoi stronie w polskim sporze. Biden promował hasło rewitalizacji demokracji na świecie, co miało zarówno wewnętrzny, jak i międzynarodowy kontekst. Rządzona przez PiS Polska została włączona do grona państw nieliberalnych, które należy powstrzymać, aby nie tworzyć efektu domina i „wiatru zmian”, który mógłby ponownie wynieść Trumpa do władzy. Jak widać, bezskutecznie.

Wojna w Ukrainie zbliżyła PiS z Bidenem

Administracja Bidena wyhamowała swoją „krucjatę” przeciwko PiS po wybuchu pełnoskalowej wojny Rosji z Ukrainą. Współpraca w obszarze bezpieczeństwa była bardzo intensywna, ale mimo to w zakulisowych działaniach administracja Bidena jasno dawała do zrozumienia, komu kibicuje w wyborach w 2023 r. Dla PiS stało się oczywiste, że mimo dobrych relacji z USA w obszarze bezpieczeństwa, lepszą opcją jest Trump.

Wpływ na to miał także kontekst europejski. Po latach sporów o praworządność, PiS czuł się osamotniony, a zarazem prześladowany przez unijny mainstream. Wstrzymanie środków z KPO dla Polski zostało przez ówczesny rząd uznane za przekroczenie czerwonej linii i dowód na bezpośrednie zaangażowanie Brukseli w polską politykę wewnętrzną. To wzmocniło antyunijne nastroje i zwiększyło sympatię do Trumpa, który dawał nadzieję, że w konflikcie z instytucjami UE stanie po stronie Polski. Tyle że PiS tego nie doczekał – stracił władzę.

Przedwyborcze zapowiedzi Trumpa dotyczące wojny na Ukrainie budziły spore obawy Polaków, także wśród wyborców prawicy. Hasło zakończenia konfliktu w 24 godziny wywoływało lęk, że może to oznaczać ustępstwa na rzecz Rosji. Według badań CBOS z listopada 2024 r., 50 proc. Polaków deklarowało, że woli Kamalę Harris, a tylko 25 proc. wskazywało na Trumpa, znacząco mniej niż w poprzednich wyborach. W elektoracie PiS poparcie dla niego wynosiło 54 proc., ale aż jedna trzecia wskazywała na Harris; byli to zazwyczaj zwolennicy silnego wsparcia dla Kijowa. Obaw wobec Trumpa nie mieli ci, którzy byli już zmęczeni wojną lub rozczarowani Ukrainą i Ukraińcami, zwłaszcza ich stosunkiem do zbrodni wołyńskiej.

Po zwycięstwie Trumpa w PiS zapanował entuzjazm, który mogliśmy obserwować podczas braw na jego cześć w Sejmie. Faktem jednak pozostaje, że politycy tej partii mają silne obawy, czym skończą się negocjacje z Rosją, choć w oficjalnej retoryce pojawia się sporo usprawiedliwień dla mocno kontrowersyjnych poglądów Trumpa. Dużą rolę w kształtowaniu opinii ma też popularna TV Republika, która ze względu na wybraną strategię budowy „polskiego Fox News” jednoznacznie wspiera Trumpa. Można zaryzykować tezę, że na „trumpizację” elektoratu PiS większy wpływ ma TV Republika niż sam PiS.

Z pewnością wrażenie zrobił styl zwycięstwa Trumpa, który pokazał, jak silny mandat ma w USA. Jego spektakularny powrót do Białego Domu utwierdził wszystkich w przekonaniu, że trumpizm to nie chwilowa moda, ale trwałe zjawisko polityczne mające silne społeczne podstawy. Rozterki i wątpliwości należy więc zostawić na boku, bo w sytuacji braku alternatywy nie mają one znaczenia.

Czy J.D. Vance stanie się wzorem dla polskiej prawicy

Przy szukaniu trumpistowskich inspiracji dla polskiej prawicy jeden trop wydaje się szczególnie ciekawy. Bardzo pozytywny odbiór monachijskiego wystąpienia wiceprezydenta J.D. Vance’a wśród naszego prawicowego „komentariatu” dowodzi, że na polu ideologicznym wszystko się zazębia bez większych zgrzytów. „Wczesny” Trump był pragmatyczny i cechował go głównie nacjonalizm oraz antyestablishmentowy bunt; w ostatnich latach zyskały jednak na znaczeniu kwestie kulturowe, w tym (obecna też w agendzie PiS) niewiara w integrację rzesz imigrantów, a także walka z „wokeizmem” (czyli przesadą w wyszukiwaniu wszelkich przejawów dyskryminacji wobec najróżniejszych mniejszości). W tej kwestii Trump jest oczywiście konserwatystą „taktycznym”, a w każdym razie mocno niekonsekwentnym, zwłaszcza w życiu prywatnym.

Z kolei J.D. Vance, pochodzący z amerykańskiej prowincji i trudnego domu, uważany jest za integralnego konserwatywnego katolika, który oferuje nie tylko ostrą retorykę skierowaną przeciwko liberalnym elitom, ale także „pozytywną” agendę zbudowaną wokół chrześcijańskich wartości. Jest też dużo bardziej spójny niż jego polityczny patron. To właśnie wiceprezydent USA zdecydowanie lepiej pasuje do polskiej prawicy niż egocentryczny miliarder z bogatego domu, którego poglądy są chaotyczne, a polityczne modus operandi przypomina Lecha Wałęsę.

O ile obecny prezydent może się okazać skuteczny w destrukcji i buntowaniu ludu przeciwko elitom, o tyle wiceprezydent ma szansę na to, aby niczym Ronald Reagan wypełnić amerykański republikanizm nową treścią. Jeśli taki scenariusz się zrealizuje, będzie to miało znaczenie dla polskiej prawicy. O ile Trump jest użyteczny w niszczeniu świata liberałów, o tyle Vance może stać się wzorem do naśladowania później.

Czy PiS poświęci Ukrainę dla Trumpa?

Istnieje oczywiście problem, który może się okazać trzeźwiący dla naszej prawicy: to ewentualne porozumienie Trumpa z Putinem kosztem Ukrainy. U niektórych wyborców PiS taki scenariusz mógłby wywołać szok. Ale w „twardszym” elektoracie niekoniecznie. Skala emocji zainwestowanych w Trumpa oraz liczba pól, na których wzajemne interesy się zazębiają, jest na tyle duża, że nawet porozumienie z Putinem nie musi oznaczać nieufności wobec Trumpa, jak to się stało z Orbánem po 24 lutego 2022 r.

Powinniśmy pamiętać, że w ostatnim czasie doszło do istotnych zmian w spojrzeniu na Ukrainę i samą wojnę. Poziom niechęci wobec Ukraińców wzrósł do tego stopnia, że połowa Polaków przestała ich nie tylko wspierać, ale nawet im kibicować. Rośnie liczba osób, dla których kluczowe nie jest to, jak wojna się zakończy, ale to, by skończyła się jak najszybciej. W grudniowym badaniu CBOS widać, jak wzrósł strach przed wojną i pesymizm co do możliwości zwycięstwa Ukrainy, który przekłada się na postawę w stylu: „nasza chata z kraja”. Lęk, jaki odczuwają Polacy, pracuje na rzecz cichego poświęcenia Ukrainy po to, by wrócił stary bezpieczny świat. Paradoks polega na tym, że obawę przed wojną z Rosją rozbudziła niepewność co do tego, co zrobi... Trump. On sam stworzył więc emocje, które będą dawać mu usprawiedliwienie, jeśli faktycznie dojdzie do geopolitycznego porozumienia z Moskwą.

Nawet jeśli będzie ono dla Polski strategicznie niekorzystne, to sympatycy Trumpa mają już gotowe „skrypty”, jak można to usprawiedliwić. Obarczanie winą zbiurokratyzowanej Unii Europejskiej, a także Zełeńskiego, który postawił na Demokratów i Niemcy, zamiast na Polskę i Trumpa – jawi się jako oczywisty scenariusz.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie PiS jest skazany na Trumpa i nawet jego szkodliwy deal z Putinem nie zmieni głównej emocji prawicy, a co najwyżej nieco ją wystudzi. Wojna na Ukrainie może bowiem ustąpić ważniejszej sprawie – egzystencjalnej wojnie z liberalnym establishmentem.

Tusk również patrzy na Trumpa

Ten ostatni pojedynek może jednak utrudnić imiennik Trumpa, Donald Tusk. Jeszcze kilka lat temu lider Koalicji Obywatelskiej określał prezydenta USA mianem rosyjskiego agenta, a w czasie swojej kadencji na stanowisku szefa Rady Europejskiej kilkukrotnie go krytykował, nieraz w sarkastyczny sposób.

Dziś Tusk jest dużo bardziej ostrożny, tonuje krytyczne wobec Trumpa głosy nie tylko w Polsce, ale i w Europie, odgrywając rolę mediatora nawołującego do transatlantyckiego porozumienia. Naturalnie zmiana tonu wynika ze zmiany ról – obecnie każdy premier państwa graniczącego z Rosją dwa razy zastanowi się przed jakimkolwiek sygnałem, który administracja Trumpa mogłaby uznać za afront.

Co ciekawsze, Tusk zdaje się widzieć w trumpizmie znacznie szersze zjawisko niż tylko specyficzna polityka i osobowość prezydenta USA. Premier Polski słusznie patrzy nie tyle na niego samego, co na podglebie, które wyniosło go do władzy, i stara się wybadać, czy da się tam coś samemu zasiać.

Pierwszym naturalnym skojarzeniem jest polityka migracyjna. Tusk w tej kwestii wyraźnie skręcił w prawo i przyjęta przez jego rząd strategia oznaczająca podtrzymanie na granicy polsko-białoruskiej metod z epoki PiS dowodzi, że zwrot jest nie tylko retoryczny. Koresponduje z tym również mocne wybicie przez Rafała Trzaskowskiego hasła patriotyzmu gospodarczego na konwencji w Gliwicach.

Ostatnim politycznym manewrem Tuska było powołanie Rafała Brzoski na osobę odpowiedzialną za deregulację gospodarki. Wielu dostrzegło w tym ruch zabierający polityczny tlen Konfederacji. Inni podkreślali podobieństwa misji powierzonej twórcy InPostu do roli, jaką przypisał Trump Elonowi Muskowi i poruczonej mu agencji (DOGE) zajmującej się odbiurokratyzowaniem Ameryki.

Choć wielu zwolenników Tuska czuje się zdezorientowanych zmianą kierunku, to szef KO wie, że musi ryzykować i badać dotychczas obce politycznie rejony (choć w przypadku deregulacji to powrót do platformerskich korzeni sprzed 20 lat). Premier zdaje sobie sprawę, że trafił na moment, w którym świat mocno przesunął się w prawo, i żeby nie wypaść z łódki, musi ostrożnie absorbować nowe trendy. Choć na razie sondaże na to nie wskazują, to nie jest wcale wykluczone, że może się okazać, iż na nowej fali to Tusk surfuje sprytniej niż Kaczyński.

Autor jest prezesem Klubu Jagiellońskiego

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Miłość od drugiego wejrzenia