Wizyta w USA była bez wątpienia ogromnym sukcesem Karola Nawrockiego. Prezydent uzyskał od Donalda Trumpa jednoznaczne stanowisko w sprawie obecności amerykańskich wojsk na terenie Polski, a odbyło się to w trakcie spotkania, podczas którego można było wyczuć dobrą chemię między oboma prezydentami. Kontrastowało to mocno z brakiem relacji naszego rządu z Białym Domem; zarazem Nawrocki jedną wizytą zdeprecjonował zarzuty braku międzynarodowego doświadczenia oraz podważył wizerunek duetu Donald Tusk–Radosław Sikorski jako światowców posiadających rozległe kontakty i wpływy.
Ta amerykańska karta spowodowała, że Nawrocki ma dziś silny mandat do realizowania swojej polityki zagranicznej, i to nie tylko na odcinku amerykańskim. Dobre relacje z Trumpem budują go również w regionie. Politycy życzliwi polskiemu prezydentowi uważają go za kluczowego partnera w Europie, dla przeciwników jest on zaś liderem regionalnego oddziału globalnego ruchu MAGA, z centrum w USA. Niezależnie od opinii prawdą pozostaje, że relacja z Trumpem będzie budowała Nawrockiego i w Polsce, i na kontynencie.
Nawrocki liderem zaufania w rankingach
Potwierdzeniem dobrego początku są korzystne sondaże. W najnowszym badaniu zaufania do polityków (CBOS) prezydent jest liderem z akceptacją na poziomie 58 proc. (wzrost od wyborów wynosi 12 proc.) i niechęcią przejawianą przez 25 proc. badanych (tuż po wyborach poziom nieufności sięgał 36 proc.). Oznacza to, że jest nie tylko najlepiej ocenianym politykiem prawicy, ale też w ogóle najwyżej notowanym polskim politykiem.
Nawrocki zbiera oczywiście najwięcej pochlebnych recenzji wśród obywateli o poglądach konserwatywnych, co nie dziwi. Zaskakuje jednak tempo, w jakim wyborcy prawicy zdają się zapominać o Andrzeju Dudzie. Po dekadzie jego prezydentury mogło się wydawać, że porównania nowicjusza z Gdańska do doświadczonej głowy państwa z Krakowa będą się nasuwały co rusz, tymczasem ten temat w zasadzie nie istnieje. Nawrocki jawi się jako osoba, która nie ma kompleksów wobec poprzednika, z kolei Duda nie wzbudza szczególnego zainteresowania mimo premiery autobiografii i własnego programu w Kanale Zero.
Co jednak ciekawsze, Nawrocki zaczął budzić respekt także wśród przeciwników, którzy spodziewali się, że początkowo będzie na każdym kroku pokazywał brak politycznego doświadczenia. Tymczasem prezydent z impetem zainstalował się na Krakowskim Przedmieściu, a następnie wykonał serię „ofensywnych” akcji, co zrodziło obawy po stronie obozu rządowego, że przychodzi mu rywalizować z przeciwnikiem trudniejszym, niż się wydawało.
W rządowych ławach powszechna jest opinia, że Nawrocki będzie zdolny do silniejszych ciosów w rząd niż Duda. Potwierdzają to również jego decyzje – w ciągu pierwszego miesiąca liczba wet (7) była wyższa niż w okresie 1,5 roku kohabitacji Dudy z gabinetem Tuska (6). Obecny prezydent traktuje więc weto nie jako ostateczność, ale jako narzędzie wpływające na decyzje rządu w sprawach, z którymi się nie zgadza. To zaś oznacza dużo większy problem dla obecnej koalicji rządzącej, która nie może być pewna, jakie ustawy zostaną finalnie podpisane, a jakie nie.
Niemożliwe do odrzucenia weta stają się też z pewnością narzędziem wymuszającym podmiotowe traktowanie prezydenta. Sygnalizują, że należy uzgadniać z Nawrockim kolejne inicjatywy legislacyjne, zanim zostaną przegłosowane w Sejmie. O ile więc Andrzej Duda z góry zakładał, że decyzje wobec poszczególnych aktów prawnych podejmie po tym, jak trafią na jego biurko, to w przypadku Karola Nawrockiego ewidentnie mamy do czynienia z sygnałem pewnej zachęty do negocjowania ustaw.
Nawrocki podejmuje grę z koalicjantami Tuska
Pierwsze tygodnie pokazują jednak nie tylko to, że Nawrocki nie waha się przed wchodzeniem w spór z premierem czy szefem MSZ. Ciekawe jest także to, że pomimo konfliktów z obozem rządowym stara się, choćby punktowo, współpracować z politykami koalicji (co osłabia jej spójność). Dobre relacje z wicepremierem i szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem to kontynuacja linii jeszcze z czasów Dudy, ale puszczanie oka do Szymona Hołowni, a nawet liderów Lewicy trzeba wyraźnie odnotować.
Było to widoczne już w czasie tzw. prezydenckiego exposé w Sejmie, gdzie wyraźnie komunikował wolę współpracy z mniejszymi koalicjantami – niejako sygnalizując, że tym złym w koalicji jest Koalicja Obywatelska i osobiście Donald Tusk, a nie cały obóz rządowy. Współpraca z marszałkiem stała się widoczna zwłaszcza w ostatnich dniach, w których to posłowie Polski 2050 pozwolili projektowi prezydenckiemu w sprawie CPK przejść do II czytania w Sejmie, Nawrocki zaś jasno zadeklarował wsparcie dla Hołowni w jego planach objęcia funkcji wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców.
Prezydent zdaje sobie sprawę, że taka gra nie jest skazana na porażkę, bo rząd nie stanowi monolitu, a każdy kolejny miesiąc pogłębia spory, które ekipa Nawrockiego stara się wykorzystać. Od woli prezydenta zależy przecież to, jakie ustawy wejdą w życie, a więc także od niego zależy, jaka partia koalicyjna będzie mogła pochwalić się legislacyjnym sukcesem. Poza tym Nawrocki wie, że jego pozycja polityczna w rozmowach z koalicjantami jest mocniejsza niż Dudy, ponieważ, mimo związków z PiS, nie jest on obciążony żadnymi kontrowersyjnymi decyzjami (w rodzaju ustaw sądowych), jakie podejmował Duda w epoce rządów Zjednoczonej Prawicy.
Koalicjantom łatwiej więc będzie sprzedać własnym wyborcom deal z Nawrockim niż z jego poprzednikiem. Sam prezydent z kolei dobrze diagnozuje, gdzie są koalicyjne pęknięcia i jak je wykorzystać, zarówno do osłabienia rządu, jak i do wzmocnienia własnej pozycji. Nie tylko wobec Tuska – wobec liderów PiS i Konfederacji również.
Pałac Prezydencki chce mieć własne „100 konkretów”
Nawrocki podkreśla, że chce realizować swoje wyborcze zobowiązania. Dlatego już w pierwszych dniach urzędowania wniósł projekt ustawy obniżającej podatki dla rodzin z dwójką dzieci, projekt w sprawie CPK, a także projekt „w obronie polskiej wsi”. Choć szanse na przyjęcie jego ustaw są znikome, to jednak złożenie własnych pomysłów w Sejmie pokazuje, iż Nawrocki chce udowodnić, że poważnie traktuje własne obietnice. I robi to nieprzypadkowo.
Zdaje sobie sprawę, że jednym z największych problemów rządu jest niski poziom realizacji „100 konkretów”, więc stara się pokazać wyraźny kontrast z politykami koalicji. I nawet jeśli pojawiają się pytania, ile z zainicjowanych ustaw finalnie weszło w życie, to Nawrocki może odpowiedzieć, że projekt ustawy to i tak duży krok przed rządem. Koalicja często nawet do tego etapu nie dochodzi.
Na korzyść Nawrockiego gra w tym kontekście jeszcze jeden, rzadko dostrzegany argument. Kluczowe jest nie tylko to, co realnie politycy „dowożą”, ale również to, na ile wyborcy wierzą, iż dany polityk może coś potencjalnie dowieźć. Liczy się więc nie tyle i nie tylko realny efekt „tu i teraz”, ale też perspektywa realizacji danej obietnicy w dającej się przewidzieć przyszłości. W przypadku rządu wiarygodność jest bardzo niska, bo przez prawie dwa lata nie pokazał on sprawczości; bynajmniej nie z powodu nielicznych wet Andrzeja Dudy, ale czynników wewnątrzkoalicyjnych.
Trudno w tej sytuacji uwierzyć, że kolejne dwa lata będą podniesieniem standardów i sprawczości. Widać to zresztą w badaniach CBOS – poparcie dla rządu Tuska deklaruje dziś już tylko 29 proc.
W przypadku Nawrockiego jest inaczej. Inicjowane od początku projekty pokazują determinację – niezależnie jak się ocenia jego projekty bądź weta. Co ważniejsze, nawet jeśli inicjatywy głowy państwa nie będą finalizowane z powodu oporu rządu, ma on poręczną narrację, która to wyjaśni. Otóż, skoro obecny rząd blokuje pomysły prezydenta, to na horyzoncie jest już władza, która będzie jego wolę realizować.
I tak jak Tusk przekonywał swoich wyborców, że wiele spraw nie idzie do przodu z powodu oporu Dudy, tak dziś Nawrocki będzie stosować tę samą technikę, tym bardziej skuteczną, im bardziej prawdopodobny będzie powrót prawicy do władzy po wyborach w 2027 r. Wizja realizacji obietnic będzie więc budować cierpliwość zwolenników Nawrockiego. W blame game między rządem i prezydentem to ten drugi będzie miał silniejsze karty.
Czy Nawrocki będzie słuchał Kaczyńskiego
Przy roku 2027 należy się zatrzymać. Fakt, iż najbliższe wybory odbędą się za dwa lata, oznacza, że spora część 5-letniej kadencji Karola Nawrockiego przebiegnie pod dyktando trudnej kohabitacji z rządem. Ta okoliczność rodzi u wielu obserwatorów na prawicy uczucie współczucia wobec Nawrockiego, który wchodzi do polskiej polityki od razu na najcięższe walki. W przeciwieństwie do Andrzeja Dudy, który miał mieć przez zdecydowaną większość kadencji „cieplarniane” warunki działania obok sprzyjającego rządu, Nawrocki od razu został rzucony na głęboką wodę.
Tymczasem wbrew tym opiniom należy podkreślić, że jest dokładnie odwrotnie. Po pierwsze, kohabitacja pozwala Nawrockiemu silniej zaistnieć w przestrzeni medialnej. Sytuacja, w której toczy on spór z rządem, tworzy oś polaryzacji, w której to nowy prezydent jest jednym z biegunów konfliktu. Po drugie, w tej rywalizacji Nawrocki ma „świeższy” mandat niż rząd, który zdążył się już zgrać i rozczarować wyborców. Po trzecie, Pałac to obecnie kluczowy ośrodek władzy na prawicy, więc naturalnie ogromna część środowiska „orientuje” się na Nawrockiego. Co kluczowe, ma on dziś zdecydowanie więcej do zaoferowania np. Jarosławowi Kaczyńskiemu niż vice versa.
To buduje inną relację niż ta, która łączyła Dudę z Kaczyńskim. Praktycznie równoległe przejęcie władzy przez oba ośrodki w 2015 r. spowodowało, że Duda nie miał sposobności zbudować podmiotowej pozycji wobec prezesa PiS, od początku wchodząc w asymetryczny układ i pozostając w cieniu rządu. Przetarcie się przez Nawrockiego w trudnej kohabitacji może go politycznie zahartować, a zdobyte doświadczenie procentować także wówczas, gdy rząd będzie tworzyć prawica (o ile w ogóle wygra w 2027 r.). Okres dwóch lat jest sprzyjający, można już okrzepnąć, a jednocześnie się nie zużyć.
Prezydenci nie potrafią tworzyć obozów politycznych
Dobry początek prezydentury w wielu głowach zrodził pytanie, czy aby na polskiej prawicy nie zrodził się przyszły lider całego obozu prawicy, który niedługo będzie głównym rozgrywającym? Mając na uwadze, że ma dopiero 42 lata (Kaczyński jest o 34 lata starszy), wielu widzi w Nawrockim osobę, która już niedługo będzie meblować polską scenę.
Na dziś trudno jednak znaleźć przekonujące dowody dla tej tezy. Po pierwsze, dotychczasowe doświadczenia jasno wskazują, że prezydenci RP nie byli w stanie pełnić roli liderów szerszego obozu politycznego. Dość wspomnieć, jaki los spotkał BBWR stworzony przez Lecha Wałęsę, który rozpoczynał swą misję z dużo potężniejszym mandatem niż Nawrocki. Ale nawet będący u szczytu potęgi Aleksander Kwaśniewski nie był wodzem całego obozu lewicy, i to zarówno w okresie swojej prezydentury, jak i po niej.
Po drugie, choć Nawrocki dał się poznać jako osoba, która odnalazła się w Pałacu i wypełnia go polityczną substancją, to wciąż za mało, aby sądzić, że stanie się prawdziwym liderem. Przywództwo nad obozem politycznym mają nie sprawni aktorzy wiecowi, ale ci, którzy dobrze odnajdują się w partyjnych układankach – w tych „zawodach” zaś Nawrocki nigdy nie brał udziału. Po trzecie wreszcie, jest zdecydowanie zbyt wcześnie, aby cokolwiek więcej powiedzieć o prezydenturze Nawrockiego ponad to, że lepiej zaczął, niż wielu się spodziewało.
W tym kontekście trzeba dodać, że na percepcję Nawrockiego jako osoby, która zrobiła ogromne postępy, zapracował nie tylko on sam, ale i jego polityczni przeciwnicy. Ostra dyskredytacja Nawrockiego poprzez próbę zaetykietowania go jako „kibola” lub „sutenera” o gangsterskich powiązaniach finalnie się nie powiodła i zadziałała na korzyść kandydata. Zarazem to, co bolało w czasie kampanii, okazało się sprzyjać po wyborach, ponieważ obniżało poprzeczkę oczekiwań. Nawet standardowe działania Nawrockiego oceniane są jako pozytywne zaskoczenia.
Ten efekt pozwolił Nawrockiemu na dobre pierwsze wrażenie, ale długofalowo będzie utrudniać utrzymanie miodowego miesiąca. Kluczowe ryzyka są standardowe. Po pierwsze, kolejne miesiące prezydentury nie będą już tak ekscytujące, bo w polityce najszybciej zużywanym zasobem jest nowość i świeżość. Po drugie, Nawrocki nie przeżył jeszcze żadnego kryzysu, a te są w polityce jedynie kwestią czasu. O tym, czy obecny prezydent – polityk bez doświadczenia – potrafi wychodzić z nich obronną ręką, dopiero się przekonamy.
Dotychczasowe potyczki były ledwie preludium problemów, przed jakimi Nawrocki stanie. Po trzecie wreszcie, testem dla niego będzie umiejętne surfowanie między PiS a Konfederacją. Ostatnie tygodnie pełne napięć między tymi obozami pokazały, że głowie państwa nie będzie łatwo odgrywać rolę, która byłaby najbardziej wygodna, czyli mediatora. Nawrocki został wybrany prezydentem głosami nie tylko PiS, ale także Konfederacji, a tych głosów było na tyle dużo, że przy ewentualnym staraniu się o reelekcję będzie musiał o nie intensywnie zabiegać. To zaś oznacza, że już dziś powinien o nie dbać.
Jak pogodzić PiS z Konfederacją
Pogodzenie PiS i Konfederacji będzie dla Nawrockiego kluczowym politycznym wyzwaniem, nie mniej istotnym niż kohabitacja z rządem Tuska. Jeśli prezydentowi ta misja się powiedzie, będzie mieć dla środowiska prawicy duże zasługi, bo pamięta ono czasy, kiedy logika i racjonalne interesy nie były wystarczające, aby zawiązać trwałą koalicję. O ile więc wkładanie Nawrockiemu na głowę korony króla prawicy jest mocno przedwczesne, to już rola politycznego patrona przyszłej koalicji PiS–Konfederacja znajduje się w zasięgu jego możliwości.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















