Od ponad trzech dekad każda wizyta prezydenta Polski w Waszyngtonie jest wydarzeniem przypominającym nam, jak silna jest wśród polskich polityków i zdecydowanej większości komentatorów potrzeba bycia docenionym i wyróżnionym przez lokatorów Białego Domu.
Polska nie jest już biednym postkomunistycznym krajem
Gesty, słowa i kurtuazyjne aranżacje, które w kontaktach z innymi stolicami są traktowane jako miłe, ale jednak drugorzędne elementy poważnej polityki (lub nawet jako puste ceremonie, skrywające realne problemy we wzajemnych stosunkach), w Waszyngtonie nabierają niemalże magicznego znaczenia.
Tak już jest i pewnie długo się jeszcze nie zmieni – mimo faktu, że Polska nie jest już dzisiaj biednym postkomunistycznym państwem, szukającym miejsca i uznania wśród możnych tego świata.
Dziś Polska jest, jak słyszymy, dwudziestą gospodarką na globie, która z pieniędzy własnych podatników (wspieranych europejskimi funduszami) wydaje prawie 5 proc. PKB na obronę, w tym na zakupy amerykańskiego uzbrojenia. Otworzyliśmy granicę dla ponadmilionowej fali uchodźców z Ukrainy i przekazaliśmy (za darmo) gigantyczną ilość sprzętu, który odegrał bardzo ważną rolę w powstrzymaniu rosyjskiego najeźdźcy.
Ale to, co w Paryżu, Berlinie, Brukseli czy Kijowie jest używane jako retoryczna czy polityczna dźwignia, w stolicy Stanów Zjednoczonych staje się zaledwie przepustką do bycia zauważonym. Bo Ameryka jest wciąż mocarstwem, co ma swoje dobre i złe strony.
Polska dyplomacja wobec USA
Patrząc z tej perspektywy, wizyta prezydenta Karola Nawrockiego nie była żadnym przełomem – co oznacza, że była to dobra wizyta. Mimo obaw o nieprzewidywalność zachowania Donalda Trumpa, który potrafi postawić swoich gości w pozycji natrętnych petentów, tutaj ryzyko takiego rozwoju wydarzeń było zerowe.
Nie tylko dlatego, że Polska od lat konsekwentnie unika tematów drażliwych dla strony amerykańskiej (jak podatek cyfrowy, rola big techów w sianiu dezinformacji czy konflikt izraelsko-palestyński), będąc zarazem zawsze otwartą na potrzeby amerykańskiego biznesu.
Obecny prezydent Polski był też kandydatem otwarcie wspieranym przez prezydenta Trumpa w czasie kampanii wyborczej jako polityk podzielający idee ruchu MAGA. Trudno zatem, aby gospodarze nie zadbali o dobrą atmosferę spotkania.
Czy w Polsce powstanie wreszcie Fort Trump?
Wizyta przyniosła też ważną deklarację Trumpa dotyczącą pobytu 10 tys. żołnierzy amerykańskich w Polsce. Ich liczba ma pozostać na tym samym poziomie, a być może ulec nawet zwiększeniu.
Na konferencji prasowej przedstawiciele Kancelarii Prezydenta sugerowali, że część tych wojsk może przejść z tzw. stałej obecności rotacyjnej (raz na kilka miesięcy kontyngenty wymieniają się, aby zachować ciągłość pobytu) w stronę stałej obecności. Ta ostatnia oznaczałaby zapewne budowę nie tylko koszar, ale całych osiedli i infrastruktury dla rodzin, które żyłyby w Polsce tak jak w bazach w Niemczech czy Włoszech.
Czy tak będzie, czy to jest powrót do idei Andrzeja Dudy, aby zbudować Fort Trump? Czas pokaże. Na pewno lepiej mieć więcej wojska amerykańskiego w Polsce niż mniej lub go nie mieć wcale. I lepiej, żeby mieszkali tu z rodzinami, niż przyjeżdżali sami na kilka miesięcy.
Co dalej z zaangażowaniem USA w Europie?
Biorąc deklarację Trumpa za dobry prognostyk, warto jednak spojrzeć na problem z szerszej perspektywy.
O skali i charakterze zaangażowania militarnego Stanów w Europie przesądzą dwa dokumenty, które mają wkrótce ujrzeć światło dzienne: strategia obrony narodowej (NDS) i przegląd globalnego rozmieszczenia sił zbrojnych.
Z dotychczasowych przecieków wynikało, że Stany mają nadać priorytetowe znaczenie powstrzymywaniu chińskiej inwazji na Tajwan, a tym samym obecności w regionie Indo-Pacyfiku. Aby to osiągnąć, „podejmą ryzyko” w Europie i na Bliskim Wschodzie – to znaczy pozostawią niewystarczającą liczbę sił zbrojnych na tych obszarach i będą polegać na wsparciu sojuszników.
Na taki scenariusz wskazuje też alokacja środków na obronę w ustawie budżetowej z tego roku (tej tzw. „wielkiej pięknej ustawie”). Przyznaje ona dodatkowe 150 mld dolarów do budżetu Departamentu Obrony na budowę okrętów, system obrony przeciwrakietowej „Golden Dome”, a także amunicję, drony, modernizację broni jądrowej i działania na rzecz bezpieczeństwa granic. Ustawa finansuje też rozwój zdolności dowodzenia w regionie Indo-Pacyfiku.
Natomiast nie przewiduje ona takich środków dla innych możliwych teatrów działań wojennych, gdzie większy ciężar będzie spoczywał na sojusznikach.
Amerykańska strategia rozstrzygnie się wkrótce
W takim kontekście musimy patrzeć na zmiany obecności amerykańskiej z perspektywy całej Europy, a nie tylko Polski. Nawet jeśli kontyngent w Polsce (a także w Rumunii) nie zostanie zredukowany, ale redukcje obejmą stałe bazy amerykańskie w Europie Zachodniej, to per saldo zaangażowanie USA będzie wymiernie mniejsze – z negatywnymi tego konsekwencjami także dla Polski.
Jeśli natomiast obecność USA w Polsce zostanie zwiększona – np. o oddziały przeniesione z Niemiec – czyli w całym rozrachunku pozostanie w Europie na zbliżonym do dzisiejszego poziomie, będzie to realny wzrost zaangażowania Stanów w bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO.
Jak będzie, dowiemy się zapewne w ciągu kilku miesięcy. To kwestia nie tylko deklaracji Donalda Trumpa, ale przede wszystkim rozwoju sytuacji w Ukrainie, w relacjach z Rosją i perspektyw wojny i pokoju na Pacyfiku. To tam rozstrzygnie się amerykańska strategia na kolejne lata.
Jedno natomiast na pewno się nie zmieni: Ameryka prowadzi globalną grę, w której Europa, w tym Polska, nie jest podmiotem. Dlatego stawianie wszystkiego na sojusz z odległym mocarstwem zawsze pozostanie ryzykiem, które musi być równoważone zacieśnieniem współpracy w Europie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















