Polska przekaże Ukrainie swoje posowieckie samoloty bojowe

Polska przekaże ukraińskim siłom zbrojnym myśliwce MiG-29 oraz udzieli Belgii gwarancji, które pozwolą odblokować zamrożone rosyjskie aktywa. Tymczasem w tle rozpędza się coraz ostrzejsza wojna na linii rząd-prezydent.
Czyta się kilka minut
Polska posiada 14 MiG-ów-29. Niektóre z nich już niedługo mogą służyć w siłach powietrznych Ukrainy. Na zdjęciu: ćwiczenia wojskowe w bazie w Łasku, 12 października 2022 r. // Fot. Omar Marques / Getty Images
Polska posiada 14 MiG-ów-29. Niektóre z nich już niedługo mogą służyć w siłach powietrznych Ukrainy. Na zdjęciu: ćwiczenia wojskowe w bazie w Łasku, 12 października 2022 r. // Fot. Omar Marques / Getty Images

Zanim gruchnęła wieść o planie Trumpa–Putina dla Ukrainy, pomiędzy Ministerstwem Spraw Zagranicznych i prezydenckim Biurem Polityki Międzynarodowej (BPM) już trwał ostry konflikt, a po atakach na polską kolej zrobiło się jeszcze gęściej. Szef dyplomacji i wicepremier Radosław Sikorski w wystąpieniu sejmowym mówił o aktach terroru państwowego ze strony Rosji, jednocześnie nie powstrzymując się od stwierdzenia, że Karol Nawrocki przygotowuje „psychologiczny i polityczny grunt pod polexit”. 

Sikorski zakwestionował również prawo głowy państwa do prowadzenia polityki zagranicznej: „rola konstytucyjna, do jakiej naród pana wybrał, nie pozwala kształtować polskiej polityki zagranicznej wedle własnego widzimisię”.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Szef BPM, minister Marcin Przydacz od razu zwołał konferencję prasową: „Gdy dzisiaj Władimir Putin oglądał wystąpienie ministra spraw zagranicznych w Sejmie, myślę, że na jego twarzy pojawił się uśmiech, myślę, że pojawiły się oklaski” – mówił. W Kancelarii Prezydenta za kompromitację rządu uznano ucieczkę na Białoruś dwóch Ukraińców, którzy – jak się podejrzewa – na zlecenie Rosji podkładali ładunki wybuchowe na torach.

Nawet realne ryzyko śmiertelnych ataków nie zmniejszyło temperatury sporu na linii prezydent–rząd. Zwłaszcza że podsyca go festiwal wzajemnych oskarżeń, kto zawiódł w kwestii kreślonego przez Donalda Trumpa planu pokojowego, niekorzystnego nie tylko dla Ukrainy, ale też całej wschodniej flanki NATO.

Dlaczego decyzje w sprawie Ukrainy zapadają bez udziału Polski

Jak wynika z nieoficjalnych rozmów „Tygodnika” w Pałacu Prezydenckim, od kilku tygodni otoczenie Nawrockiego próbuje ustalić przyczyny, dla których polskiego premiera konsekwentnie usuwa się z tzw. grupy E3, pracującej na rzecz rozejmu na Ukrainie. Składa się ona z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec. Donald Tusk co prawda uczestniczył w rozmowach o przyszłości Ukrainy, ale była to dyskusja ogólnounijna, na marginesie szczytu UE–Unia Afrykańska. Szans na grupę E4 nie widać.

– Początkowo przekonywano nas, że to dlatego, iż Polska nie zdecydowała się na wysłanie wojsk na Ukrainę po zawieszeniu broni. No ale Niemcy też ich nie wyślą, a w grupie grają pierwsze skrzypce. Dużo energii idzie na walkę z prezydentem, a powinno się ją spożytkować w walce o pozycję Polski na świecie – przekonuje polityk z otoczenia Karola Nawrockiego. 

– Od kilku miesięcy dostajemy od rządu wybiórczy zestaw informacji o sytuacji międzynarodowej i zagrożeniach dla kraju. Liczba dokumentów ze służb specjalnych też jest minimalna; to celowe pozbawianie głowy państwa dostępu do danych – żali się.

Premier Donald Tusk na miejscu prawdopodobnej rosyjskiej dywersji pod Garwolinem, 17 listopada 2025 r. // Fot. KPRM

Rząd również ma długą listę pretensji. W MSZ słyszymy, że dla pozującego na męża stanu Nawrockiego tak naprawdę ważniejsza jest szkodliwa dla przyszłości Polski antyunijna propaganda oraz blokowanie awansów w służbach specjalnych. A jedyną strategią, jaką udało się wygenerować w otoczeniu głowy państwa, jest blokowanie wszystkiego, co płynie z rządu. – Jeśli tak, to w porządku. Jesteśmy gotowi. Chcą wojny, będą ją mieli – przekonuje jeden z wiceministrów.

Oliwy do ognia doleje zapewne kolejna decyzja rządu. Jak wynika z informacji „Tygodnika”, Donald Tusk zamierza niebawem przekazać Ukrainie polskie MiGi-29 (w sumie mamy ich 14). Chodzić ma o te myśliwce, którym w 2026 r. skończą się tzw. resursy techniczne i nie będą mogły już pełnić służby w naszych siłach powietrznych. To samo dotyczy przestarzałych, wycofanych z użytku szturmowych Su-22. – Kijów sam nalegał na ich przekazanie, a my zgodziliśmy się, bo nasi piloci i tak nie będą na nich latać. Tymczasem Ukraińcy zrobią z nich jeszcze użytek – przekonuje nas źródło w MON.

Oficjalnie Janusz Sejmej, rzecznik resortu obrony, tak komentuje nasze informacje: – Rozmowy ze stroną ukraińską trwają. Finalna decyzja jeszcze nie zapadła. Jeśli dojdzie do przekazania maszyn, strona polska oczekuje rekompensaty w postaci podzielenia się technologiami dronowymi i rakietowymi – dodaje. 

Decyzja rządu jest słuszna. Przekazanie maszyn – obok 100 mln dolarów, którymi Polska zasili program PURL (czyli unijne zakupy broni z USA dla Ukrainy) – to relatywnie niski koszt wzmocnienia naszej pozycji w stosunkach z Kijowem i w relacjach z grupą E3.

Jest tylko jeden problem. Jak wynika z ustaleń „Tygodnika”, Pałac nie został poinformowany o takim kroku. Formalnie rząd nie ma takiego obowiązku, niemniej pozostawienie Karola Nawrockiego na boku w tak ważnej sprawie nie pomoże w unormowaniu relacji w strategicznym momencie rozmów o rozejmie na Ukrainie.

Znacznie większą ofertą polskiego rządu wobec Kijowa jest gotowość do pokrycia gwarancji dla Belgii, aby uruchomić wykorzystanie zamrożonych w tym kraju rosyjskich aktywów. Miałyby one stać się zabezpieczeniem unijnych kredytów na poczet przyszłych odszkodowań wojennych dla Ukrainy od Rosji. Polska deklaruje 10,3 mld euro na pokrycie gwarancji dla Belgii, co stanowi 4.9 proc. całej kwoty 210 mld euro. 

Tym samym Polska jest na piątym miejscu pod względem wkładu w te gwarancje, co w naturalny sposób powinno dawać jej miejsce przy europejskim stole rozmów o przyszłości Ukrainy. Te 210 miliardów, jeśli zostanie uruchomione, stanie się wojennym budżetem Ukrainy na kolejne dwa lub trzy lata.

Prezydent i premier – szanse na wspólny głos

W tym kontekście warto zauważyć, że prezydent – mocno konfrontacyjny wobec rządu w kwestii wetowania ustaw i w werbalnych oświadczeniach – jednocześnie próbuje zaznaczać obszary wspólnej polityki. Zdecydował się np. ograniczyć program wizyty na Węgrzech tylko do szczytu prezydentów Grupy Wyszehradzkiej w Ostrzyhomiu. Nie doszło więc do planowanego spotkania Nawrockiego w cztery oczy z Viktorem Orbánem, który wcześniej spotkał się z Władimirem Putinem w Moskwie, czego w żaden sposób nie koordynował z państwami UE.

Relacje z Orbánem od dawna są kością niezgody między PiS i rządem; w Budapeszcie ukrywa się przecież były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i jego zastępca Marcin Romanowski. W tym przypadku jednak prezydent zdecydował się na solidarność z rządem w kwestionowaniu polityki Orbána i jasny, proeuropejski, a zarazem antyrosyjski gest – nawet kosztem strat wizerunkowych w prawicowym elektoracie.

Nawrocki podobnie zachował się wobec tzw. 28-punktowego planu Donalda Trumpa. W zawoalowanej formie zdystansował się od lansowanych przez Moskwę i Waszyngton tez. 

„Rosja jest państwem niedotrzymującym umów. Każdy plan pokojowy zmierzający do zakończenia wywołanej przez Federację Rosyjską wojny na Ukrainie musi zostać zaakceptowany w Kijowie” – napisał na X. – „To Ukraina padła ofiarą zbrodniczej agresji Putina i to Ukraińcy, przy wsparciu Stanów Zjednoczonych oraz krajów UE muszą mieć decydujący głos w rozmowach pokojowych” – dodał polityk, który jednego dnia żąda od Ukrainy podziękowań za polską pomoc, a innego zdaje się rozgraniczać konflikt wokół zbrodni wołyńskiej i lekceważącej postawy Kijowa wobec Warszawy, od spraw fundamentalnych dla międzynarodowych interesów i bezpieczeństwa Polski.

Chcąc nie chcąc, oba ośrodki władzy w Polsce grają czasem na tę samą nutę – ale raczej po cichu. Głośno Nawrocki pyta, gdzie jest potęga Tuska, którego koalicja przedstawia jako mocarza na unijnych salonach, a przecież nie ma nas w grupie E3, decydującej o przyszłości Ukrainy. Rząd zaś zarzuca głowie państwa, że nie wykorzystuje swoich rzekomo szerokich wpływów w Waszyngtonie, by modyfikować korzystne dla Rosji postępowanie Donalda Trumpa.

Polska nie zgadza się na podział Ukrainy

Zapytaliśmy w otoczeniu prezydenta, dlaczego nawet nie podjęto próby przekonania Trumpa do polskich argumentów. Usłyszeliśmy, że prezydent USA nie dopuszcza do siebie „adwokatów Ukrainy”, również z grona własnej administracji. Spotkania z przywódcami europejskimi są rytualne i przebiegają w nerwowej atmosferze. Po drugie, Polska (mimo skomplikowanych ostatnio stosunków z Kijowem) nie ma zamiaru w żaden sposób żyrować porozumień, które mogą doprowadzić do rozbioru Ukrainy – bez kosztów po stronie Rosji.

Dokładnie tej samej argumentacji używa rząd. Wprost powiedział o tym w rozmowie z TVN Radosław Sikorski. „Polska nie będzie brała udziału w kupczeniu ukraińskimi ziemiami, my będziemy takie rzeczy recenzować, a nie je żyrować” – skomentował.

Podobny „spin” płynący i z Pałacu Prezydenckiego, i z rządu, pozwala do pewnego stopnia uniknąć trudnych pytań o to, dlaczego Polski nie ma przy głównym stole negocjacyjnym. Naiwnym jest założenie, że Tusk lub Nawrocki pryncypialnie nie skorzystaliby z okazji, gdyby albo Trump, albo przywódcy E3 takie zaproszenie do stołu przekazali. Nie sposób jednak odmówić pewnej racjonalności logice, którą zaprezentował Sikorski. 

Jeśli Trump zdoła złamać Zełenskiego jeszcze tej zimy, a Ukraina odda niezawojowany Donbas (dziś wydaje się to mało prawdopodobne) – porozumienie rozejmowe będzie ledwie pauzą przed kolejną wojną. Tym razem z otwartą autostradą z Donbasu aż pod niemal milionowe miasto Dniepr i niewiele mniejsze Zaporoże. Państwa, które poprą taki rozejm, opowiedzą się po stronie zalegalizowania rozbioru przy użyciu siły.

Nikt tego nie przyzna ani w KPRM, ani w Pałacu, ale otoczenia premiera i prezydenta zgadzają się co do jednego. Im dłużej trwa wojna na Ukrainie, tym więcej czasu ma Polska i wschodnia flanka NATO na przygotowanie się do ewentualnej konfrontacji z Rosją, uwiązaną dziś na zaporoskich stepach i w Zagłębiu Donieckim.

Czy Szymon Hołownia zostanie ambasadorem w Waszyngtonie

Kilka tygodni temu wydawało się, że nadzieja na lepszą atmosferę może wiązać się z zakończeniem sporu o ambasadorów. Za prezydentury Andrzeja Dudy, który teraz postrzegany jest jako postać kompromisowa, pojawił się zarys ścieżki wyjścia z tego kryzysu. Dziś to już przeszłość.

– Nie ma żadnego zawieszenia broni. Prezydent jest przekonany, że ma prawo wskazywać i namaszczać swoich kandydatów. Jest w błędzie. To rząd i MSZ są w prawie, jeśli chodzi o ambasadorów. Prezydent tylko zatwierdza te osoby, a wskazuje je premier – przekonuje mnie źródło w rządzie. W Pałacu słyszę z kolei, że prezydent nie jest tylko notariuszem, ale ma prawo reagować odmową podpisu, np. wtedy, gdy rząd pragnie powołać na ambasadora w USA „skompromitowanego” Bogdana Klicha.

Próbą porozumienia między dwoma ośrodkami władzy miało być rzekomo kompromisowe przekazanie fotela ambasadora w USA Szymonowi Hołowni – w razie jego porażki w walce o stanowisko Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców. Dziś to już tylko marzenia. – Nie będzie takich ustaleń. Szymon Hołownia stara się o stanowisko komisarza, a rząd go wspiera, gdyż jest na krótkiej liście składającej się z trzech nazwisk. Nie ma tematu – mówi „Tygodnikowi” wysoki urzędnik MSZ.

W efekcie rząd dużego europejskiego państwa nadal będzie próbował sterować placówkami za pomocą kierowników. A prezydent pozostanie na stanowisku, że prawomocnymi ambasadorami są ludzie, których szef MSZ ściągnął do kraju w marcu 2024 r. Nawrocki nadal będzie odcięty od wiedzy płynącej z dwóch strategicznych dla naszego bezpieczeństwa miejsc – Waszyngtonu, w którym placówką kieruje Bogdan Klich; i Kijowa, gdzie analogiczną funkcję pełni Piotr Łukasiewicz.

Sam Sikorski nie ma interesu w tym, by wygaszać wojnę z Nawrockim. Jego plany sięgają znacznie dalej niż centrala MSZ przy alei Szucha. Gmachem na co dzień trzęsą dwaj dyrektorzy – szef służby zagranicznej i dyrektor generalny Rafał Wiśniewski oraz dyrektor Biura Organizacji i Rozwoju Roman Kowalski – wicepremier nie wikła się w wewnętrzne wojny „o gumki i ołówki”; nie bierze na siebie nieprzyjemnych rozmów z odwoływanymi dyplomatami.

Mówimy o najdłużej panującym ministrze spraw zagranicznych w historii III RP. Na Szucha Sikorski widział już wszystko i drobnicowe wojenki go znudziły. Od tego ma ludzi. On sam robi politykę. Być może wierzy, że ma szansę zostać premierem, jeśli Tusk powtórzy manewr w stylu tego z Ewą Kopacz. Jego miejsce w MSZ miałby wówczas zająć Paweł Kowal, obecny pełnomocnik ds. Ukrainy w KPRM i szef komisji spraw zagranicznych Sejmu.

Polska dyplomacja kłóci się o krzesła 

Skonfliktowane strony przyjęły podobną taktykę. Chcą się prezentować jako siły sprawcze. I jeśli idzie np. o obecność wojsk USA w Polsce, trzeba przyznać, że deklaracje amerykańskiego prezydenta wygłoszone podczas ostatniej wizyty Nawrockiego w Waszyngtonie zostały na razie podtrzymane.

Trump pod koniec października zdecydował o wycofaniu tysiąca żołnierzy z Rumunii, m.in. z bazy w Konstancy, która miała być rozbudowana do rozmiarów Ramstein. Tyle że z naszych informacji wynika również, iż Polacy nie byli z wyprzedzeniem informowani o tych ruchach Amerykanów. Podobnie jak nie informowano nas o szczegółach 28-punktowego planu Trumpa dla Ukrainy, z czego co najmniej trzy bezpośrednio dotyczą Polski. Rozmowa telefoniczna Tuska i Zełenskiego na ten temat odbyła się dopiero po przeciekach do mediów, w niedzielę 23 listopada. 

Ukraińcy sami z siebie nie przekazali nam wcześniej, że rozmawiają z USA o takim planie. Początkowo grali nawet zaskoczonych tym, że on w ogóle istnieje.

Redukcję wojsk w Europie Pałac Prezydencki ograł jako swój sukces; co do zasady miał do tego chuligańskie prawo. To Nawrocki w Waszyngtonie wymusił na Trumpie deklarację, że wojska USA zostaną w Polsce, a jeśli dobrze pójdzie, to ich liczba zostanie zwiększona. Granie tą kartą w sporze z rządem ma jednak „plusy ujemne”. To wspomniane już oczekiwanie, że Nawrocki wpłynie na Trumpa w kwestii Ukrainy, co stanowi raczej mission impossible. No i Trump zawsze może zmienić zdanie i zabrać swe oddziały znad Wisły.

Z drugiej strony, od przedstawicieli rządu słyszymy, że niektórzy ważni politycy koalicji uznali za problem zagalopowanie się w narracji wykluczającej prezydenta z polityki zagranicznej. Teraz trudno będzie obarczać Nawrockiego za ewentualne niepowodzenia. Po stronie „pałacowej” też słychać refleksję o konieczności opamiętania się polskiej klasy politycznej, ale tu również brakuje chęci trwałego porozumienia w najważniejszych kwestiach międzynarodowych.

Wojna rządu z prezydentem o dyplomację i bezpieczeństwo państwa wygląda dziś jak hałaśliwa studencka impreza. Uczestnicy robią szum, są nieuważni, kłócą się, potem mają kaca utrudniającego logiczne myślenie. Donald Trump, formułując swój plan, zgodził się na wprowadzenie do niego zapisów o zapoczątkowaniu między NATO i Rosją rozmów de facto o demilitaryzacji wschodniej flanki Sojuszu. Wpisał do draftu dokumentu w zawoalowanej formie to, do czego dążyła rosyjska dyplomacja już zimą 2021 r. 

Polska o tych zapisach nic nie wiedziała. „Decyzje dotyczące Polski podejmować będą Polacy. Nic o nas bez nas. W sprawie pokoju wszelkie negocjacje powinny być prowadzone z udziałem Ukrainy” – napisał Donald Tusk na portalu X.

Możliwe, że w gorącym sporze „o krzesło” zarówno rząd, jak i Pałac Prezydencki coś przegapili. Albo ktoś naprawdę ważny zapomniał nam o tym powiedzieć. Ewentualnie uznał, że nie ma takiej potrzeby.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Gorące krzesła