W przeciwieństwie do wyborów parlamentarnych, te prezydenckie zdają się być klarowne – jest wielu przegranych i jeden zwycięzca, zgarniający całą pulę. Jednak w wyścigu tym, wbrew deklaracjom samych kandydatów, nie każdemu chodzi o to, by wygrać. W realnej grze o Pałac startuje bardzo wąska grupa polityków, najczęściej z największych partii – reszta walczy o inne cele.
Szczególnym przypadkiem są kandydaci, którzy zdobywają trzecie miejsce w pierwszej turze, bo choć nie wchodzą do finału, to ich rezultat realnie wpływa na polską scenę polityczną. Potocznie uważa się, że „ten trzeci” największe znaczenie ma w okresie dwóch tygodni przed drugą turą, kiedy może zasygnalizować, którego kandydata poprze i w ten sposób „przetransferować” na niego głosy swych sympatyków. W 2005 r. publiczne wsparcie Andrzeja Leppera istotnie pomogło wygrać Lechowi Kaczyńskiemu z Donaldem Tuskiem, który przecież był zwycięzcą pierwszej tury.
Nie zawsze jednak zdobywcy najniższego stopnia podium decydują się na oficjalne poparcie innego polityka. I trudno się im dziwić – często nic nie zyskują na tym, że firmują jednego z rywali, który niekoniecznie będzie miał możliwość odpłacenia za okazaną pomoc. Nie zawsze też wyborcy karnie słuchają swych liderów, więc tym bardziej oficjalne poparcie może nie mieć sensu. Jednak już samo zabarwienie ideowe „tego trzeciego” powoduje, że nie musi on nikogo wskazywać, byśmy mogli przewidzieć, jak zachowają się jego sympatycy w drugiej turze.
Złamać polityczne status quo
Cechą naszych wyborów prezydenckich jest prawidłowość, wedle której trzeci na mecie to zazwyczaj kandydat zagospodarowujący emocje antyestablishmentowe – czyli reprezentant tzw. Tymczasowego Ugrupowania Protestu (TUP), by użyć terminu stworzonego przez prof. Jarosława Flisa. Chodzi tu o liczną grupę wyborców, którzy nie mają stałych, zdefiniowanych poglądów. Wielu z nich szuka politycznych „nowości” i zmienia swe preferencje, by sprzeciwić się partyjnemu status quo – dzięki czemu beneficjentami tej „mobilnej” grupy bywają politycy o różnych poglądach. Drugą wspólną ich cechą (bo trudno mówić o zwartym elektoracie) jest szybkie porzucanie swoich sympatii i szukanie nowego obiektu, by ulokować w nim niespełnione nadzieje. Dlatego formacje i politycy, którzy budują poparcie głównie na „zawodowych” kontestatorach, najczęściej odgrywają ważną rolę tylko w jednym politycznym sezonie. Co ważne, przedstawiciele TUP najczęściej wymykają się klasycznym regułom gry. Tak jak w pierwszych latach III RP nie wpisywali się w podział na obóz solidarnościowy vs. obóz postkomunistyczny, tak w późniejszym okresie nie pasowali (i nie pasują) do polaryzacji zrodzonej przez konflikt PO z PiS.
Prekursorem tego zjawiska był legendarny Stan Tymiński: przyszedł „znikąd”, lecz nie wiadomo, w którą stronę chciał pójść. Później gniew elektoratu, niemogącego znaleźć sobie miejsca, przybrał ludową twarz Andrzeja Leppera. Kolejne lata przyniosły już bardziej cywilizowane przejawy kontestacji: w 2015 r. taką rolę odegrał Paweł Kukiz, a w 2020 r. Szymon Hołownia. Korzystając z dobrego wyniku w pierwszej turze wyborów, obaj potrafili zbudować formacje, które z sukcesem weszły do Sejmu (choć potem pojawiły się naturalne dla takich niespójnych tworów problemy, by przetrwać). Po drodze był jeszcze Janusz Palikot, ale on tworzył swą formację tuż po wyborach prezydenckich w 2010 r., więc chrzest ogniowy (udany) przeszedł szybko, w wyborach parlamentarnych rok później. Po czterech latach zdążył się już jednak zużyć, więc elektorat TUP odpłynął w znacznej mierze do Kukiza.
Mimo że wspomniani kandydaci nie definiowali się poprzez tradycyjne podziały, to wpływali na walczące ze sobą główne siły. Wynikało to ze specyfiki polskiego systemu politycznego, w którym ok. jedna trzecia wyborców ma klarowne poglądy prawicowe, jedna trzecia lewicowo-liberalne (bądź w innej formie zdystansowane wobec prawicy), a ostatnia równie liczna grupa to elektorat składający się w większości z przedstawicieli TUP, którego barwy bywają dość zmienne. Nietrudno się domyślić, że wybory, szczególnie prezydenckie, wygrywa ten kandydat, który w drugiej turze potrafi przyciągnąć do siebie jak najwięcej wyborców TUP. W tym kontekście istotny wpływ na finalny wynik ma to, jaki profil ideowy prezentuje „ten trzeci”.

Lekcja Kukiza, szansa Mentzena
Dekadę temu Paweł Kukiz zdobył niespodziewanie 21 proc. głosów. Było więc jasne, że to jego elektorat będzie decydujący dla rywalizacji (prowadzącego po pierwszej turze 1 punktem proc.) Andrzeja Dudy z Bronisławem Komorowskim. Co prawda w kampanii Kukiz dystansował się od PiS, ale naturalnie bardziej krytykował rządzącą PO, miał też sporo „estetycznie” prawicowych cech. W efekcie duża część jego wyborców zagłosowała w drugiej turze na Dudę, przesądzając o zwycięstwie nominata PiS.
Pięć lat wcześniej, mimo że w pierwszej turze Jarosław Kaczyński osiągnął wynik lepszy niż Duda (36,46 proc. vs. 34,76 proc.), to ostatecznie przegrał, ponieważ funkcję Kukiza pełnił bliższy Komorowskiemu Grzegorz Napieralski (13,68 proc.). W 2015 r., w obliczu rozczarowania epoką rządów PO, Kukiz pełnił jednak rolę „kładki”, po której wyborcy TUP, a także część elektoratu zawiedzionego ówczesnym obozem władzy, poszła finalnie głosować na kandydata niebędącego wcześniej faworytem.
Podobny proces miał miejsce w wyborach parlamentarnych w 2023 r. Dla części wyborców głosujących od 2015 r. na PiS i Andrzeja Dudę, ale niebędących twardym elektoratem tego środowiska, głosowanie na Koalicję Obywatelską nie wchodziło w grę. Opcją „strawną” była Trzecia Droga, a w 2020 r. do pewnego stopnia późniejszy jej lider Szymon Hołownia. I tak jak Duda nie zostałby prezydentem bez Kukiza, tak Tusk nie został premierem bez Hołowni.
Taki rodzaj zależności może zdecydować również o wyniku wyborów w maju. Na giełdzie nazwisk, które są w stanie namieszać w prezydenckim wyścigu, wymieniano już gen. Rajmunda Andrzejczaka oraz szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Jacka Siewierę. Z pewnością ich wojskowy background oraz niezła rozpoznawalność dawałyby szansę na niezły wynik, jednak nic nie wskazuje, by któryś z nich planował start. Nie zmienia to jednak faktu, że w maju pojawi się wyjątkowe „okno możliwości”, ponieważ już dawno PO-PiS nie był tak słaby. Badania opinii publicznej wskazują, iż wielu wyborców zdążyło się już rozczarować obecną koalicją, ale nie zatęskniło wciąż za PiS. To idealne warunki do startu nowych politycznych projektów. Wśród nich, poza jednym wyjątkiem, o którym za chwilę, dominuje jednak polityczny plankton – bez szans na dobry rezultat.
Po ostatnich sondażach widać, że najciekawsze perspektywy rysują się obecnie przed Sławomirem Mentzenem. Kandydat Konfederacji notuje poparcie na poziomie ok. 13 proc., gdyż elektorat protestu właśnie w nim widzi, jak na razie, pożądaną antysystemowość i antyestablishmentowość. Choć ani Konfederacja, ani jej współlider nie są debiutantami w polskiej polityce, to dziś zgarniają premię za strategię konsekwentnego „antypopisu”.
W czasie rządów PiS krytykowali ostro tę formację, tak jak teraz czynią to wobec rządu Tuska. Sondażowa zwyżka Mentzena jest zarazem mocno skorelowana ze spadkiem poparcia dla Hołowni i Trzeciej Drogi, w percepcji dotychczasowych wyborców zbyt mocno kojarzących się i zbyt uległych wobec Koalicji Obywatelskiej. Tym samym tracących wiarygodność u osób o kontrkulturowej mentalności politycznej; część z nich albo już deklaruje, albo rozważa poparcie dla Mentzena.
Jednak osiągnięcie dobrego wyniku w majowych wyborach nie będzie dla niego łatwe. Pierwszym problemem jest współtwórca Konfederacji Grzegorz Braun, usunięty z niej tuż po własnej deklaracji startu. Pierwsze sondaże uwzględniające jego kandydaturę pokazują, że może liczyć na 2 proc. głosów, z czego zapewne tylko część odebrana zostanie Mentzenowi. Braun nie stanie się więc „czarnym koniem”.
Stanowski wchodzi do gry
I tu dochodzimy do politycznej supernowej, która może realnie namieszać w nadchodzących wyborach. To Krzysztof Stanowski, popularny dziennikarz i właściciel Kanału Zero, który bez wątpienia stanowi medialne wydarzenie ubiegłego roku. Sam Stanowski jest kandydatem budzącym skrajne odczucia, zarazem osobą z dużym potencjałem, świetnie czującą trendy, nie tylko medialne. Posiada rzeszę sympatyków, którzy cenią w nim przede wszystkim autentyczność, a więc cenną i rzadką cechę w dzisiejszej polityce, nie tylko polskiej. Do tego dysponuje doświadczeniem zawodowym i własnym kanałem medialnym (subskrybowanym przez prawie 1,5 mln osób), który w kampanii będzie fundamentalnym zasobem. Nie bez znaczenia jest również fakt, że to człowiek zamożny i mający zaufanie części środowisk biznesowych, które mogą wesprzeć go w kampanii. Posiada przy tym aurę antyestablishmentowości, ale w bezpiecznych granicach, co powoduje, że w przeciwieństwie do Brauna nie osuwa się na „szurowskie” pozycje zniechęcające „normalsów”.
Stanowski „wypłynął” z tematów stricte sportowych na szersze wody. W Kanale Zero prowadzi z Robertem Mazurkiem wspólny format satyrycznego komentarza, sam też je nagrywa oraz udziela głosu interesującym postaciom o bardzo różnych poglądach – w efekcie w ostatnim roku pozwoliło mu to zbudować solidne zaplecze. Stanowski ma więc idealne „papiery” na kandydata TUP, który bez problemu mógłby uzyskać kilkanaście procent głosów, a może nawet więcej. Analiza maksimum jego możliwości jest jednak bezprzedmiotowa, bo Stanowski zapowiada swój udział na zasadzie happeningu, a nie realnej rywalizacji. Trudno mu nie wierzyć, bo start „na serio” byłby ogromnym ryzykiem biznesowym dla Kanału Zero.
Happeningowa formuła nie oznacza jednak, że jego udział będzie politycznie bez znaczenia. Nawet deklarując rezygnację z ewentualnej drugiej tury, będzie mógł liczyć na niezły wynik, choćby dzięki osobom, które w ten sposób dadzą wyraz rozczarowania obecnym systemem partyjnym. A jeśli tuż przed końcem kampanii Stanowski zrezygnuje, bo uzna, że medialnie wycisnął już wszystko, co mógł, to i tak jego start może mieć znaczenie. Będzie on bowiem zmniejszał poparcie dla wszystkich pozostałych kandydatów, ale przede wszystkim dla Sławomira Mentzena. Wizerunek Stanowskiego i samego Kanału Zero w wielu elementach pasuje do elektoratu Konfederacji (choć do niego się nie sprowadza), więc start Stanowskiego może się okazać największym problemem kampanii Mentzena, gdyż może zrzucić go z podium. I nawet wycofanie się Stanowskiego na ostatniej prostej może sprawić, że Mentzen nie odzyska utraconego poparcia.
Beneficjent Nawrocki
O ile ze startu założyciela Kanału Zero na pewno nie może być zadowolony Mentzen, o tyle będzie on zapewne korzystny dla związanego z PiS Karola Nawrockiego. Stanowski może zmobilizować w pierwszej turze część elektoratu, który rzadko albo w ogóle nie chodzi na wybory. Znany youtuber jak mało kto pasuje, by jego głos posłużył za polityczny manifest i pokazanie żółtej kartki całej obecnej klasie politycznej. Z drugiej strony, prawidłowością w wyborach prezydenckich jest to, że jeśli ktoś poszedł zagłosować w pierwszej turze, zazwyczaj po dwóch tygodniach idzie „za ciosem”, bo emocjonalnie wsiąkł już mocno w prezydencką grę. Dowodem na tę prawidłowość jest fakt, że w Polsce tylko raz frekwencja w finale wyborów prezydenckich była niższa niż w pierwszym rozdaniu – i było to dawno, w 1990 roku.
Stanowski, któremu bliżej do prawicy, może więc zmobilizować wyborców, którzy w drugiej turze w większości oddadzą głos na Nawrockiego – również z tego powodu, że startuje on jako kandydat sprzeciwu wobec aktualnie rządzącego obozu. Taka sama logika będzie się odnosić oczywiście do innych kandydatów kojarzonych z prawicą, jednak nikt poza Stanowskim nie ma tu potencjału do przekroczenia marginalnego progu 1-2 proc.
Ale i bez Stanowskiego Nawrocki ma powody do optymizmu, bo elektorat Mentzena (przy założeniu jego dobrego wyniku) w dużej mierze będzie głosować w drugiej turze właśnie na niego. O ile w 2020 r. jedynie ok. połowy wyborców Krzysztofa Bosaka (reprezentującego ówcześnie Konfederację) głosowało potem na Dudę, o tyle obecnie można założyć, że dużo większy ich odsetek poprze Nawrockiego. Elektoratowi antysystemowej Konfederacji łatwiej będzie swój wybór przekierować na innego przedstawiciela opozycji niż na nominata władzy. Duda startował przecież w 2020 r. z pozycji broniącego prezydentury, teraz zaś Nawrocki występuje jako kandydat opozycji i to jeszcze walczący o to, by KO nie „domknęła” systemu, co również jest ważną emocją w konfederackim elektoracie.
Istnieje więc silna przesłanka dla tezy, iż to Mentzen ze Stanowskim odegrają tę rolę, którą Kukiz pełnił w 2015 r. wobec Dudy – powiększenia bazy wyborców, która pójdzie głosować w pierwszej turze, i która jest w zasięgu możliwości kandydata PiS w drugiej. Podobieństwo polega również na tym, że – tak jak dekadę temu – wybory prezydenckie będą plebiscytem nad rządami Platformy i podobnie jak wówczas kandydatowi PiS sprzyjają nastroje rozczarowania rządzącą ekipą. Pomimo że w maju minie ledwie 1,5 roku od utworzenia gabinetu Donalda Tuska, to badania CBOS pokazują, iż zaufanie do rządu jest na poziomie końca epoki Mateusza Morawieckiego. Niezależnie więc od jakości (obecnie przeciętnej) kampanii Rafała Trzaskowskiego, będzie on musiał dźwigać coraz większe ciężary, które nakłada na niego rząd Tuska. Odcięcie się od premiera byłoby niewiarygodne, skoro kandydat jest wiceszefem dominującej w rządzie partii.
Podsumowując, faworyt Trzaskowski wciąż prowadzi w sondażach, ale czas nie gra na jego korzyść. Przewaga szybko topnieje, a w przeciwieństwie do wyborów parlamentarnych z 2023 r., to Mentzen, a nie Szymon Hołownia, jest bliżej „brązowego medalu”. I to współlider Konfederacji – lub Krzysztof Stanowski – mogą stać się głównymi „dostarczycielami” głosów w drugiej turze. Czas pokaże, ale wiele wskazuje na to, że Nawrocki ma dziś większe szanse na zwycięstwo niż jeszcze kilka tygodni temu. Wynika to nie tyle z cech samego kandydata, ile z okoliczności, które mu wybitnie sprzyjają.
Autor jest prezesem Klubu Jagiellońskiego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















