MARTA ZDZIEBORSKA: Po tym, jak 10 maja europejscy liderzy postawili Rosji ultimatum „zawieszenie broni albo sankcje”, Putin zaproponował rozmowy pokojowe z Ukrainą w Stambule. Zrobił to, by przypodobać się Trumpowi?
John Bolton: Właśnie tym się kierował, proponując to spotkanie. Jest jasne, że Putin nie chce zawieszenia broni. Myślę, że jest wręcz święcie przekonany, że obecne ruchy na froncie działają na korzyść Rosji. Jednocześnie rozumie, że nie może nadwyrężyć przychylności Trumpa, bo już i tak wiele ugrał.
Co mianowicie?
Trump i wiceprezydent J.D. Vance dawali już sygnały, że nie widzą szans na powrót Ukrainy do jej wcześniejszych granic i wykluczają jej członkostwo w NATO. Proponując bezpośrednie rozmowy z Ukrainą, Putin chciał przerzucić odpowiedzialność na Zełenskiego. On chce, by rozmowy pokojowe utknęły w martwym punkcie, ale bez obwiniania za to Rosji, co mogłoby dać Ameryce powód do nałożenia sankcji. Putin być może wyczuł, że cierpliwość Trumpa się kończy.
Gdy Putin nie zjawił się w Turcji na rozmowach, tylko wysłał swoich ludzi, Trump wypalił: „Dlaczego on miałby tam jechać, skoro ja nie jadę?”. Co musiałby zrobić Kreml, by prezydent USA uznał, że miara się przebrała i nałożył nowe sankcje?
To musiałoby być coś naprawdę poważnego. Proszę pamiętać, że Trump postrzega stosunki międzynarodowe przez pryzmat osobistych relacji. On myśli, że Putin jest jego przyjacielem. To z Zełenskim ma problemy.
Spójrzmy na przeprowadzoną 19 maja dwugodzinną rozmowę Trumpa z Putinem. Choć nic nie dała i Putin dalej obstaje przy swoich maksymalnych żądaniach, Trump nie zamierza naciskać na niego mocniej. Przynajmniej tak twierdzą europejscy politycy, którzy rozmawiali z prezydentem USA.
Myślę, że Trump zaczyna tracić zainteresowanie rozmowami pokojowymi. Skoro w jego oczach ani Zełenski, ani Putin nie chcą współpracować, to on woli skupić się na innych sprawach. Trump chciałby, żeby kwestia wojny w Ukrainie zniknęła i nie musiał się nią martwić. Często powtarzał, że to wojna Bidena, i że nigdy by do niej nie doszło, gdyby to on, Trump, wygrał wybory prezydenckie w 2020 roku.
Mówimy o słabości Trumpa do Putina, a być może chodzi tu o pieniądze. Według oficjela w Białym Domu – anonimowego rozmówcy „New York Timesa” – prezydent nie chce nałożyć sankcji, bo to mogłoby kiedyś utrudnić robienie interesów z Rosją.
Być może o to chodzi, choć moim zdaniem Trump po prostu traci zainteresowanie rozmowami pokojowymi, przynajmniej na ten moment. Pozostaje teraz podstawowe pytanie, czy jeśli Trump odpuści sobie rolę mediatora w negocjacjach, to czy podtrzyma pomoc wojskową dla Ukrainy? Z drugiej strony, Putin jako były oficer KGB ma świadomość, że nie może być niczego pewien. Trump jest nieprzewidywalny. Nigdy nie wiesz, kiedy uzna, że ktoś przeholował.
Czy sygnałem, że jego cierpliwość się kończy, mogą być doniesienia, że USA dały Niemcom zielone światło na przekazanie Ukrainie rakiet do systemów Patriot i pocisków artyleryjskich dalekiego zasięgu? Potrzeba było na to zgody, bo to sprzęt produkcji amerykańskiej.
Nie sądzę, aby ta zgoda oznaczała, iż właśnie zmienia się strategia Waszyngtonu. Po awanturze w Białym Domu między Trumpem w Zełenskim Amerykanie mogli zwlekać z autoryzacją tego transferu, by mieć dodatkową kartę przetargową w negocjacjach z Ukrainą dotyczących umowy o surowcach. Inna sprawa, że Putin pewnie obawia się, iż Trump nagle mógłby zmienić strategię i zgodzić się na to, by pomoc dla Ukrainy została utrzymana na tym samym poziomie co w 2024 r. To byłby dla Rosji duży problem.
Czy ta umowa, mająca ułatwić firmom z USA wydobycie surowców na Ukrainie, sprawi, że Trumpowi zwyczajnie będzie się jednak opłacało dozbrajać Kijów?
Umowa przemawia na korzyść Ukraińców, ale to nie jest gwarancja podtrzymania przez Trumpa pomocy wojskowej. Wydobycie surowców to długotrwała inwestycja, mocno obarczona ryzykiem, zwłaszcza jeśli złoża są blisko terenów kontrolowanych przez Rosjan. Ciekawe, czy znajdą się zagraniczni inwestorzy gotowi do podjęcia działań w takich warunkach. To długa droga, zanim umowa zacznie przynosić korzyści ekonomiczne dla USA.
Ponoć gdy europejscy przywódcy postawili Putinowi ultimatum „zawieszenie broni albo sankcje”, Trump obiecał, że Ameryka włączy się w monitorowanie rozejmu, jeśli do niego dojdzie. Pan w to wierzy?
To kolejna mglista obietnica. Nie jest dla mnie jasne, na ile Trump zezwoliłby np. na przekazywanie danych wywiadowczych służących monitorowaniu rozejmu. Łatwo coś obiecać, trudniej z realizacją.
Może Trump dokona kolejnego zwrotu w sprawie Ukrainy, gdy poczuje, że politycznie traci na łagodnym kursie wobec Kremla?
Być może. We wczesnych latach 50. XX w. Amerykanie dyskutowali, jak to się stało, że doszło do przejęcia władzy w Chinach przez komunistów i jak Stany mogły do tego dopuścić. Trump z pewnością nie chce być kiedyś oskarżany o to, że za jego sprawą Ukraina trafiła w ręce Rosji. Co też, mam nadzieję, nigdy nie nastąpi.
Ponadto problemem nie są tu tylko obecne działania Kremla, ale to, co Rosjanie zrobią np. pięć lat po zawieszeniu broni z Ukrainą, gdy odbudują swoją armię. Jeśli w porozumieniu pokojowym między Kijowem a Rosją zabraknie skutecznych gwarancji bezpieczeństwa, Rosja ponowi atak na Ukrainę.
Spytam o coś, co mocno niepokoi Polaków: najpierw były nieoficjalne doniesienia, że Pentagon rozważa wycofanie 10 tys. amerykańskich żołnierzy z Europy Wschodniej, a teraz ambasador USA przy NATO przebąkuje, że co prawda decyzji nie podjęto, ale rozmowy z sojusznikami na temat redukcji mogą ruszyć w najbliższych miesiącach. Co pan słyszy od ludzi w Pentagonie? To realny scenariusz?
W myśleniu Trumpa i jego doradców jakiekolwiek przetasowania amerykańskich wojsk w Europie byłyby pierwszym krokiem do zmniejszenia zaangażowania USA w NATO. To byłby duży błąd Trumpa, ukłon w stronę Putina, który przekonuje, że redukcja wojsk NATO zwiększyłaby bezpieczeństwo w Europie Wschodniej. Być może Trump rozumie, dlaczego taka rosyjska narracja jest nie do zaakceptowania. Za wcześnie jednak, by ocenić, jakie mogą być tu posunięcia jego administracji.
John R. Deni, profesor z US Army War College, na łamach „Foreign Policy” stawia tezę, że wycofanie części wojsk USA z Europy jest nieuniknione.
Nie zgadzam się. Trump oczywiście może mieć to w założeniach, ale pamiętajmy, że za pierwszej kadencji chciał całkowicie wycofać amerykańskie wojska z Syrii, jednak ostatecznie zrewidował swoje plany, gdy mu uświadomiono, że to zły pomysł. Do końca prezydentury zostały jeszcze niecałe 44 miesiące. Jeśli zdołamy odpowiednio długo odwracać jego uwagę od sprawy wycofania wojsk USA z Europy, być może uda się tego uniknąć.
Tyle że ważną funkcję podsekretarza ds. polityki pełni dziś w Pentagonie Elbridge Colby. Od lat powtarza on, że najważniejsza jest rywalizacja USA z Chinami i dlatego trzeba zredukować amerykańskie wojska w Europie.
Owszem, Colby buduje swoje wpływy w Pentagonie. Z jego argumentami mogą się zgadzać wiceprezydent Vance i szefowa Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard, ale wielu Republikanów jest innego zdania. Założenie, że możemy sobie odpuścić Europę i Bliski Wschód, bo najważniejsza dla nas jest Azja Wschodnia, jest szkodliwe dla bezpieczeństwa Stanów.
Przypomina o tym właśnie wojna w Ukrainie i pomoc Pekinu dla Rosji. Chiny kupują rosyjski gaz i ropę, a także pomagają Kremlowi obchodzić sankcje za pośrednictwem chińskiego systemu finansowego. Założenie, że najważniejszym problemem na świecie jest potencjalny atak Chin na Tajwan albo sytuacja na Morzu Południowochińskim, otwiera Pekinowi furtkę do wzmacniania wpływów w innych częściach globu. Nie trzeba kochać Europy Wschodniej, by wiedzieć, że w interesie Amerykanów jest jej bezpieczeństwo.
Czyli chce Pan powiedzieć, że Elbridge Colby nie jest tak bardzo wpływowy w otoczeniu Trumpa?
Tego nie wiem. Ale wiem, że trudno dostrzec kogoś innego wpływowego w otoczeniu Trumpa niż sam Trump. On rzadko pyta innych o radę, a jeśli już, to po to, by utwierdzili go w przekonaniu, że ma rację, i że się z nim zgadzają.
Pan zgadza się z Trumpem w jednej kwestii: pomyśle wykupienia Grenlandii od Danii. Dlaczego?
Bo Grenlandia jest dziś dla Amerykanów ważna strategicznie jeszcze bardziej niż za czasów zimnej wojny. Z niepokojem obserwujemy, jak Rosja i Chiny rozwijają swoją obecność w rejonie Oceanu Arktycznego. Ponadto, wraz z zanikiem lodu na Grenlandii, zwiększyły się możliwości wydobycia surowców.
Trump nie jest pierwszym w wysuwaniu pomysłu kupienia tej wyspy.
Taką próbę podjął już w 1868 r. sekretarz stanu William Seward – ten sam, który zabiegał o odkupienie Alaski od Rosji. Po raz kolejny Dania odmówiła nam sprzedaży Grenlandii przed I wojną światową. Udało się tylko odkupić duńskie Indie Zachodnie, czyli dzisiejsze Wyspy Dziewicze, mające strategiczne położenie na trasie do Kanału Panamskiego. W 1946 r. kolejną próbę podjął prezydent Harry Truman, oferując Danii 100 mln dolarów.
Jeśli spojrzeć na mapę świata, to z Nuuk, stolicy Grenlandii, bliżej jest do Waszyngtonu niż do Kopenhagi. Gdy pod koniec 2018 r. Trump poruszył ze mną temat zakupu Grenlandii, zleciłem mojemu zespołowi w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, by zrobił ostrożny rekonesans.
Słucham z ciekawością.
Latem 2019 r. miałem w planach podróż do Kopenhagi, by spotkać się z premier Danii Mette Frederiksen i wybadać sprawę. Wszystko przekreślił przeciek do mediów. Gdy napisano, że Trump jest zainteresowany kupnem Grenlandii, grenlandzki dziennik zapytał Frederiksen, co o tym myśli. Odpowiedziała, że to absurd. Zapytany wtedy o komentarz przez jednego z reporterów w Waszyngtonie, Trump nazwał duńską premier „wstrętną”. Potem była tylko równia pochyła. Do Kopenhagi już nie pojechałem.
Wróćmy na europejski kontynent. Czy Trump byłby gotowy zerwać z tradycją, zgodnie z którą głównodowodzącym połączonych sił zbrojnych NATO w Europie jest amerykański generał? Latem kończy się służba pełniącego tę funkcję gen. Christophera Cavoliego, a jeszcze w marcu, według ustaleń NBC News, Pentagon rozważał rezygnację z dowodzenia siłami NATO. Mamy koniec maja i wciąż nie ma oficjalnych informacji o potencjalnym następcy Cavoliego.
Myślę, że doradcy odradzaliby Trumpowi zrezygnowanie z wiodącej roli Stanów przy dowodzeniu siłami NATO. To byłby niewybaczalny błąd, w zasadzie pośredni ruch do wycofania Stanów z Sojuszu. A wciąż martwi mnie, że Trump mógłby potencjalnie być do tego zdolny. Zrezygnowanie przez USA z dowodzenia siłami NATO w Europie mogłoby doprowadzić do chaosu. Europejczycy zaczęliby debatować, kto miałby objąć tę funkcję, co niosłoby ryzyko waśni na podobieństwo tych w Unii Europejskiej.
Dlaczego według Pana błędem jest mówienie przez przywódców Francji i Niemiec o potrzebie strategicznego uniezależnienia się od Stanów?
Bo takie wypowiedzi mogą tylko zachęcić Trumpa do wycofania Ameryki z NATO. To fatalne, gdy szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas twierdzi, że „wolny świat potrzebuje nowego lidera” (Kallas napisała to na platformie X po starciu Trumpa i Vance’a z Zełenskim – red.). Słysząc takie głosy, Trump może powiedzieć: „Chcecie sami się bronić? Proszę bardzo, w takim razie wycofuję wojska z Europy, nie będziemy wam nic narzucać”.
Rozumiem, że europejscy liderzy są sfrustrowani Trumpem, ale on nie będzie prezydentem przez całą wieczność. Europejczycy powinni zagryźć zęby i robić wszystko, by zminimalizować szkody dokonywane przez Trumpa. Tak, aby po jego odejściu można było dość szybko naprawić straty.
Co konkretnie doradzałby Pan europejskim przywódcom?
Kraje NATO powinny skupić się na zwiększaniu wydatków na obronność. Polska wybija się na tle innych, podczas gdy niektóre kraje nie dobijają nawet do poziomu 2 proc. PKB. Tymczasem Trump mówi już o 5 proc., choć moim zdaniem zadowalającym pułapem byłoby 3-4 proc. Wzmacnianie strategiczne Europy nie powinno wieść przez Unię Europejską, ale przez decyzje poszczególnych krajów o zwiększeniu ich budżetów na obronność.
Uważam, że podejmowanie zbyt pochopnych decyzji w Europie na podstawie aberracji, jaką jest prezydentura Trumpa, może naruszyć relacje transatlantyckie w równym stopniu, co same działania Białego Domu. Jeszcze raz przypomnę: Trumpowi zostały niecałe 44 miesiące rządów. W skali historii to mrugnięcie okiem.
Marta Zdzieborska jest dziennikarką „Press” i byłą korespondentką w USA. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.

JOHN BOLTON (ur. 1948), z wykształcenia prawnik, był doradcą ds. bezpieczeństwa za pierwszej prezydentury Donalda Trumpa w latach 2018-19. Wcześniej pracował w administracji innych republikańskich prezydentów: Ronalda Reagana, George’a H.W. Busha i jego syna George’a W. Busha. W latach 2005-06 był ambasadorem przy ONZ, a w latach 2001-05 podsekretarzem stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















