Uznanie przez Sąd Najwyższy ważności wyborów prezydenckich, wraz z jasną deklaracją marszałka Sejmu, iż nie widzi przeszkód dla zaprzysiężenia Karola Nawrockiego – w zasadzie wygasiły dyskusję o sfałszowanych wyborach, która organizowała debatę medialną w Polsce przez ostatnie tygodnie. Mocny sondażowy spadek poparcia dla Koalicji Obywatelskiej (składa się na nią PO, Nowoczesna, Zieloni oraz Inicjatywa Polska) stał się dowodem na to, że była to jedna z najgorszych operacji narracyjnych, jaką widziała polska polityka w ostatnich latach. Jakie konsekwencje przyniesie głównemu ugrupowaniu obozu władzy?
Fundamenty spiskowej teorii o fałszerstwie. Dlaczego KO nie potrafi przegrać?
Podważanie wyboru Karola Nawrockiego zbudowane zostało na dwóch fundamentach. Po pierwsze, wskazywano na nieprawidłowości w kilkunastu komisjach wyborczych, w których SN zgodził się ponownie przeliczyć głosy, po czym skorygował ostateczny wynik. Stąd wyciągnięto wniosek, że powtórne liczenie głosów powinno odbyć się w całym kraju, mimo że logikę tę podważały argumenty ekspertów podkreślających, iż badanie nieprawidłowości w 19 komisjach odbyło się na podstawie uzasadnionych protestów, a nie poprzez ich losowy wybór. Na dodatek skala dostrzeżonych błędów miała być – zdaniem tych samych specjalistów – nieistotna dla ostatecznego wyniku.
Drugim argumentem było wskazanie wadliwości prawnej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP) Sądu Najwyższego, która zgodnie z ustawą o SN jest odpowiedzialna za ostateczne zatwierdzenie wyników wyborów. Nawet jeśli przyjąć, że IKNiSP nie powinna orzekać w sprawie ważności wyboru Nawrockiego, to pojawia się kontrargument: dlaczego nie zgłaszano podobnych pretensji, gdy Izba uznawała ważność wyborów parlamentarnych w 2023 r., a potem też samorządowych i europejskich.
Mimo tak słabych argumentów Donald Tusk nie zdecydował się wyhamować nastrojów kwestionujących legalność wyborów, a nawet podsycał emocje, pytając na portalu X Andrzeja Dudę, Jarosława Kaczyńskiego i Karola Nawrockiego, czy nie są tak „zwyczajnie po ludzku ciekawi, jakie są prawdziwe wyniki głosowania?”. Zachowanie premiera było odbierane jako zielone światło dla narracji podważającej wynik wyborów i dla akcji Romana Giertycha, który nie tylko kwestionował ich rezultat, domagając się ponownego przeliczenia głosów, ale wprost mówił o wyborczych fałszerstwach, jakich miał dokonać PiS i jego zwolennicy w komisjach.
Ukoronowaniem tej narracji był wywiad Giertycha dla Moniki Olejnik i fantastyczna teoria o spisku, zorganizowanym przez marginalną, nacjonalistyczną grupę Braci Kamratów, która obsadziła rzekomo tysiące komisji i w ten sposób zmieniła ostateczny wynik.
Tusk nie szedł tak daleko w swych podejrzeniach, ale wielu uznawało jego słowa za autoryzację działań posła PO. W efekcie wszystkie wypowiedzi Giertycha szły na konto premiera, a jednym z efektów okazało się pęknięcie w obozie władzy.
Akcja Giertycha prezentem dla koalicjantów PO
Dla sojuszników Koalicji Obywatelskiej narracja Giertycha była nieakceptowalna. Obsługiwała jedynie „twardy” elektorat PO, więc koalicjanci nie tylko nie widzieli potrzeby podążania za Tuskiem, ale uznali za zasadne się od niego odciąć – mimo że sami podważają status IKNiSP. Co ważne, zrobiły to solidarnie wszystkie ugrupowania, od Lewicy, przez Polskę 2050, na PSL kończąc.
Dla koalicjantów narracja Giertycha była wręcz politycznym prezentem, ponieważ w ich interesie jest ukazywanie zarówno pewnej odrębności, jak i zdecydowania wobec najsilniejszego w koalicji podmiotu. Tu na dodatek mogli odciąć się od teorii uznawanych za mało wiarygodne; o ile bowiem w innych kwestiach sprzeciw koalicjantów często rodził krytykę w sprzyjających Tuskowi mediach, to w tej sprawie mogli liczyć na ich pełną wyrozumiałość, a czasem nawet poparcie.
Na narracji podważającej wybór Nawrockiego bez wątpienia najmocniej zyskał Szymon Hołownia, gdyż to on, jako marszałek Sejmu, decyduje o zwołaniu Zgromadzenia Narodowego i zaprzysiężeniu prezydenta. Nie wpisując się w działania Giertycha, prezentował się jako „normals” na tle sfanatyzowanego sojusznika, zaś ataki ze strony „twardego” elektoratu PO jedynie wzmacniały jego pozycję (aż do kryzysu wywołanego tajnym spotkaniem Hołowni z Jarosławem Kaczyńskim w domu Adama Bielana).
Stanowisko Hołowni było oczywiste m.in. z tego względu, że brak zwołania Zgromadzenia Narodowego oznaczałby poważne naruszenie prawa. O ile Giertych mógł sobie pozwalać na najdziwniejsze narracje i szarże, o tyle prawne konsekwencje odmowy zaprzysiężenia Nawrockiego poniósłby osobiście marszałek.
Absurdalne były także oczekiwania twardego elektoratu KO, żeby poparł go Władysław Kosiniak-Kamysz. Wejście w narrację podważającą wybór Nawrockiego to byłby dla lidera PSL samobój, ponieważ jako szef MON musi dbać o szczególnie dobre relacje z prezydentem jako zwierzchnikiem sił zbrojnych. Trudno więc się dziwić, że Kosiniak nie był skory bo zaogniania konfliktów, ale raczej je łagodził.
Nawet przychylne rządowi media mają dość narracji Tuska
Narracja Giertycha była na tyle „gruba”, że również bliskie obozowi władzy media zaczęły się nie tylko dystansować od tej narracji, ale wręcz ją krytykować. Robili to dziennikarze i redakcje, na których przychylność Tusk i Koalicja Obywatelska mogli liczyć niemal zawsze. Mieliśmy zatem do czynienia z wydarzeniem bez precedensu, i dowód na to przyniosły badania społeczne CBOS.
Wynikało z nich, że 75 proc. Polaków uznaje wyniki podane przez PKW za wiarygodne (w tym 62 proc. wyborców Rafała Trzaskowskiego). Kolejne sondaże CBOS pokazały też, że poparcie dla rządu Tuska tonie, i ma on dziś mniejszy odsetek zwolenników niż gabinet Mateusza Morawieckiego tuż przed oddaniem rządów przez PiS. Z kolei samego Tuska na stanowisku premiera nie chce aż 58 proc. badanych.
Nic dziwnego, niemało jest w elektoracie KO osób, dla których narracja wyborcza tej formacji jest co najmniej mocnym „żółtym” światłem. Pójście w zaparte i dodawanie coraz bardziej absurdalnych argumentów spowodowało, że dla racjonalnych wyborców postępowanie partii stało się nie tylko nieakceptowalne, co wręcz obraźliwe.
Należy pamiętać, że liberalny elektorat związał się z PO z uwagi na jej „racjonalny” wizerunek, który kontrastował z obrazem prawicy, oddającej się spiskowym teoriom, ideologicznym szaleństwom oraz plemiennym zaślepieniom. Wyborcza narracja uderzyła więc w tożsamościowe fundamenty Platformy i podważyła to, co dla wielu było uzasadnieniem poczucia wyższości nad prawicą. Wielu wyborców zobaczyło, że na ich oczach rodzi się liberalny odpowiednik narracji smoleńskiej, okraszony emocjonalną egzaltacją najtwardszego elektoratu PO.
Narracja sterowana przez Giertycha była trudna także dla wielu polityków PO, choć publicznie o tym nie mówią. Większość z nich czuła, że operacja jest zbyt grubymi nićmi szyta i do niczego nie doprowadzi. Posłowie KO starali się więc ograniczać przekaz do „bezpiecznych” pozycji, czyli wskazywania konieczności przeliczenia głosów tam, gdzie były nieprawidłowości (i ogólnej krytyki IKNiSP). Część jednak dała się złapać w „pułapkę” Giertycha.
Charakterystyczny jest przykład ministra Adama Bodnara. Dotychczas starał się on tworzyć wrażenie, że reprezentuje umiarkowaną frakcję w obozie władzy. Nie wiemy, co motywowało ministra sprawiedliwości, że podejmując się działań sugerujących wyborcze fałszerstwa, zagrał de facto w przedstawieniu Giertycha. Tym samym uwiarygodnił go i zakwestionował swoją dotychczasową linię dystansu wobec znanego adwokata (ale też wobec radykałów domagających się np. bezwzględnej rozprawy z tzw. neosędziami).
Sam Giertych tylko wzmocnił się politycznie, bo udowodnił, że ma zdolność narzucania tonu w debacie publicznej. Takie akcje Giertycha tylko budują – adresuje on przekaz wyłącznie do twardego elektoratu PO, więc krytyka ze strony środowisk umiarkowanych go nie zraża, a jedynie wzmacnia.
Premier bez planu B
Wszystkie opisane wyżej zjawiska zdarzyły się w trudnym dla tej partii momencie. Po przegranej w wyborach prezydenckich Platforma (będąca główną siłą Koalicji Obywatelskiej) znajduje się w defensywie, a nastroje są tam mocno pesymistyczne. Wielu działaczy spodziewa się nie tylko oddania przez koalicję 15 października władzy w 2027 r., ale też załamania poparcia dla samej PO – i to w niedalekiej przyszłości.
Niewielu będzie też chętnych do współpracy z partią, która wchodzi właśnie w głęboki kryzys. Zapowiedź nowych inicjatyw politycznych, jak ta Wadima Tyszkiewicza, czy spekulacje o partii Arkadiusza Musia (13. na liście najbogatszych Polaków, według ostatniego rankingu „Wprost”) oraz Rafała Brzoski dowodzą, że rośnie przeczucie, iż PO jest już na tyle słaba, by zrodziło się miejsce na nowe projekty typu „Nowoczesna 2.0”.
Kryzys dotyczy także przywództwa samego Tuska. Charakterystyczne jest, że po wyborach w przychylnych mu mediach pojawiały się, niewyobrażalne wcześniej, materiały podkreślające negatywną rolę premiera w kampanii Trzaskowskiego. W tej sytuacji wielu oczekiwało od niego „zadośćuczynienia” – mocnego nowego otwarcia, które pokazywałoby, że istnieje „plan B”. Wystąpienie Tuska w Sejmie zostało jednak odebrane jako nieprzekonujące i jako dowód na to, że premier RP nie ma żadnego asa w rękawie.
Wielu wciąż zastanawia się, dlaczego w ogóle Tusk pozwolił Giertychowi nadawać ton przekazu KO w kwestii wyborów. Często stawiana jest teza, iż premier stracił swój legendarny słuch społeczny i błędnie kalkuluje rachunek zysków oraz strat. Potwierdzeniem tej tezy ma być niezdecydowanie Tuska i jego niejednoznaczne sygnały. Tuż po wyborach uspokajał nastroje, by następnie wysłać kilka bardzo „ofensywnych” komunikatów, a na końcu znowu wrócić do tych umiarkowanych.
Chybotliwość premiera bez wątpienia była błędem, bo finalnie nikogo nie usatysfakcjonowała, a wielu zniechęciła. Dla umiarkowanego elektoratu pójście z Giertychem było nieakceptowalne i antypaństwowe. Z kolei najtwardszy elektorat czuje się dziś zdradzony. Tusk zrodził w nim nadzieje i oczekiwania, których nie był w stanie zaspokoić.
Kryzys u podstaw. Czy Platforma jest bezideowa?
Wyborcza narracja nie jest przypadkowym błędem, ale konsekwencją znacznie głębszych procesów, które od dłuższego czasu trapią nie tylko PO, ale całą KO. Są to procesy długiego trwania, które często nie mają spektakularnych kamieni milowych, więc umykają obserwatorom polityki. Na czym one polegają?
Po pierwsze, Tusk wzorem Kaczyńskiego postanowił stworzyć twardy i wierny elektorat, który podążałby za partią i jej liderem bez żadnych wątpliwości. Taki elektorat miał dawać pewny grunt i bazę, z której zawsze można wyskoczyć na polityczne łowy, szukając dodatkowego poparcia. To był powód, dla którego Tusk dał zielone światło w dowartościowaniu grupy „silniczków” – radykalnie antypisowskiej grupy, znanej na portalu X ze swoich dywanowych nalotów na politycznych przeciwników. Co ważne, grupa ta nie tylko atakuje polityków PiS, ale też wszystkich mających wątpliwości po stronie liberalnej.
Nadanie tej grupie kluczowego znaczenia zrodziło istotne koszty. Przede wszystkim Silni Razem swoim radykalizmem i osobliwym językiem debaty zniechęcają bardziej umiarkowanych wyborców koalicji, zarazem radykalizując polityków KO. Zwłaszcza tych mniej doświadczonych, którzy poddają się emocjonalnie marginalnej w sumie grupie, niejednokrotnie doprowadzając przy tym do medialnych kompromitacji.
Drugim problemem jest praktykowane od lat ustawianie się w kontrze do PiS, które stanowi nie tylko główną narrację PO, ale zaczyna wręcz definiować tożsamość partii. Tusk chcąc przesterować formację na waleczną i zdyscyplinowaną armię spowodował, że często nie jest ona w stanie funkcjonować w innych trybach niż wojna z PiS. Tymczasem strategia działania, która angażuje w zasadzie tylko najtwardszą bazę, nie ma wielkiego potencjału, by zyskiwać na popularności. O ile może być z pewnym sukcesem realizowana w czasie, gdy Platforma znajduje się w opozycji, to w okresie sprawowania władzy trzeba umieć zagospodarować oczekiwania dużo szerszej grupy wyborców.
Radykalny „antypisizm” powoduje, że każdy, kto reprezentuje podobną linię, staje się potencjalnym sojusznikiem KO. Pozwoliło to formacji zebrać wokół siebie antyprawicowe elity, ale przy okazji także liberalne odpowiedniki Antoniego Macierewicza. W swojej nadgorliwości obniżają wiarygodność KO, ponieważ ich pełne niezdrowych emocji podejście sprawia, że często „przegrzewają” tematy i czynią zarzuty wobec PiS absurdalnymi, nawet w sytuacjach, w których miały silne podstawy.
Partia uwieszona na Tusku
Trzeci strategiczny problem PO to kryzys kadrowy. Wszystkie narracyjne porażki, z tą wyborczą włącznie, nie wydarzyłyby się, gdyby działał tam lepszy filtr przepuszczający komunikaty słane do opinii publicznej. Widać wyraźnie, że brakuje w tym środowisku osób posiadających zdolność chłodnej kalkulacji, a także mających polityczne znaczenie, które mogłyby na wczesnym etapie wysyłać wiarygodne sygnały ostrzegawcze.
O ile w czasach pierwszego rządu Tuska miał on wokół siebie całą grupę osób posiadających pewną autonomię (partia zaś – osobne frakcje), to dziś, poza Radosławem Sikorskim, takich osobistości nie widać. PO stała się partią generała, poniżej którego widać samych poruczników i kilku majorów.
Stopniowa degradacja kadrowa doprowadziła do sytuacji, w której partia „wisi” na Tusku i nie posiada mechanizmu korekty na wypadek, gdyby wódz robił błędy. Jednak premier jest tej sytuacji nie tylko ofiarą, ale przede wszystkim sprawcą. Wyeliminował bowiem lub zmarginalizował wszystkie osobistości mające potencjał odgrywania choćby częściowo samodzielnej roli.
Te strategiczne problemy sprawiają, że cała KO jest w trudnym położeniu. O ile można z dnia na dzień zmienić wyborczą taktykę, o tyle nie da się zmienić partyjnego DNA. Dziś kluczowe pytanie brzmi: czy w KO w ogóle jest świadomość, iż źródło problemów leży znacznie głębiej, niż się wielu jej politykom wydaje. Na razie nic na to nie wskazuje.
PAWEŁ MUSIAŁEK jest prezesem Klubu Jagiellońskiego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















