Polska leży nie między Odrą a Bugiem, lecz między zlewem a piekarnikiem

To nie przypadek, że tak gorąco szukamy dziś tego, co nas łączy. I to nie pośród abstrakcyjnych idei, a w oswojonej przestrzeni między zlewem, lodówką a piekarnikiem.
Czyta się kilka minut
Fot. Davide Angelini / Adobe Stock
Fot. Davide Angelini / Adobe Stock

Maria Filcek nie spodziewała się, że zostanie gwiazdą mediów. Zwykle trudno zainteresować dziennikarzy wynikami badań socjologicznych. Tymczasem rezultaty przeprowadzonego przez nią badania omówiły m.in. „Gazeta Wyborcza” („Tylko 4 proc. z nas nie ma żadnego z tych elementów w mieszkaniu. Oto polski wystrój w pigułce”) i Onet („Magnesy na lodówce i ścierka na piekarniku. Tak mieszkają Polacy”).

Opisanie polskiej tożsamości przez pryzmat ściereczek, magnesów i kosza pod zlewem to rewelacyjny pomysł, więc zainteresowanie jej pracą nie dziwi. Sam byłem ciekaw, a ponieważ w internecie nie udało mi się znaleźć bardziej szczegółowych informacji, postanowiłem zapytać u źródła – w firmie badawczej „Minds and Roses”, dla której pracuje Filcek.


Ten artykuł znalazł się w wydaniu specjalnym Tygodnika Powszechnego „Made in Polska” – do kupienia w punktach z dobrą prasą, salonach prasowych oraz w naszym sklepie internetowym >>> 

Dla subskrybentów cyfrowych wszystkie treści z wydania specjalnego dostępne są w serwisie Made in Polska >>> 


–  Historia odbioru tego materiału jest dużo obszerniejsza niż on sam – śmieje się Krzysztof Tomczak z zarządu firmy. – Bo w zasadzie to nie jest nawet badanie… Maria z własnej ciekawości dodała jedno pytanie do badania na zupełnie inny temat.

Filcek zapytała o kilka rozwiązań stosowanych w wielu domach: kosz pod zlewem, ściereczkę na piekarniku, magnesy na lodówce. A moim zdaniem ogromne medialne zainteresowanie jej ustaleniami mówi coś ważnego o tym, gdzie się znaleźliśmy i dokąd zmierzamy. To nie przypadek, że tak gorąco szukamy dziś tego, co nas łączy. I że szukamy tego nie wśród abstrakcyjnych idei, a właśnie w oswojonej przestrzeni między zlewem, lodówką a piekarnikiem.

Co o nas mówi antropologia codzienności

Obraz wspólnego domu to jedna z kluczowych metafor politycznych już w czasach Platona i Arystotelesa (pisałem o tym w tekście „Dom od nowa”). Jeśli zamieszkujemy jeden dom, czyni nas to rodziną. Nasze sprawy stają się sprawami wspólnymi. Związane z tym pytania filozoficzne czy socjologiczne są oczywiste: jak rozległe są mury wspólnego domu? Jak szeroko powinny być otwarte drzwi? Kogo uznajemy za współgospodarza, a kogo za sąsiada, kto jest gościem, a kto intruzem?

Metafora wspólnego domu zawsze wykorzystywała to, co konkretne i namacalne, by opowiadać o sprawach ogólnych i abstrakcyjnych. W XX w. antropologia codzienności postawiła kolejny krok na tej drodze. Michel de Certeau i Gaston Bachelard, a w Polsce Jolanta Brach-Czaina czy Roch Sulima sugerują, że aby zrozumieć to, co dla nas najważniejsze, musimy przyjrzeć się „drobinom bytu, które domagają się uwagi” – materialnym szczegółom codziennego życia, tak oczywistym, że stają się aż przezroczyste. Naszą tożsamość indywidualną i wspólnotową budują nie pojedyncze idee, lecz setki rozproszonych przedmiotów i czynności. Ekonomię przeżywamy robiąc zakupy, urbanistykę – chodząc po mieście, a narodową tożsamość – lepiąc pierogi.

Dlatego właśnie, jeśli chcemy dostrzec to, co nas łączy, faktycznie warto przyjrzeć się ściereczkom, magnesom albo koszowi na odpadki. Choć niekoniecznie chodzi tu o prostą identyfikację miejsc ich przechowywania, a raczej o powrót do świata ludowej wyobraźni, z której socjologów wygnało pragnienie wielkich abstrakcji. „Ludowe myślenie jest pragmatyczne, dla tradycji szlachecko-inteligenckiej typowe jest myślenie w kategoriach ideologicznych” – wyjaśniał Jerzy Bartmiński w tekście „Polski etos narodowy: pański, chłopski, mieszczański?”. I to właśnie w chłopskiej wizji świata można szukać pierwszego tropu wyjaśniającego sens ściereczkowej gorączki.

Jak postrzegają siebie Polacy. gościnność, narzekanie, zazdrość i pracowitość

Przeskoczmy na chwilę do innego badania. W listopadzie 2022 r. firma ARC Rynek i Opinia opublikowała raport „Co nas łączy?”. Wśród wymienionych cech „charakteru narodowego” Polaków na pierwszym miejscu znalazła się gościnność, wskazana przez 57 proc. respondentów. Solidarność polsko-ukraińska nie została jeszcze wówczas nadwątlona i byliśmy z siebie bardzo dumni po pomocowym zrywie. Srebrny medal ex aequo (po 51 proc.) zdobyły skłonność do narzekania i zazdrość. Podium uzupełnia pracowitość.

Zazdrość to skomplikowana sprawa (zwłaszcza że zawiść była wymieniona w badaniu jako oddzielna cecha). Ale jeśli potraktowalibyśmy ją jako wyraz postawy egalitarnej – wiary, że ludzie „powinni mieć z grubsza po równo”, to w połączeniu z pozostałymi trzema cechami – gościnnością, skłonnością do narzekania i pracowitością – otrzymalibyśmy zestaw wartości kluczowych dla chłopskiego etosu.

Gościnność to święte przykazanie tradycyjnej kultury ludowej – kultury niedoboru, ale i solidarności. Zastępuje rachunek ekonomiczny imperatywem współdzielenia. Przedkłada dobro gromady nad dobro jednostki. W innym, obcym, tułaczu każe widzieć nie zagrożenie, lecz bliźniego. Gdybyśmy próbowali tę wartość umieścić przestrzennie we współczesnym mieszkaniu, symboliczną przestrzenią gościnności okazałaby się właśnie kuchnia – serce domu; miejsce, gdzie dzielimy się tym, co mamy.

Chłopskie narzekanie także jest ważną praktyką wspierającą gromadę i podtrzymującą więzi. „Wierząc, iż zgryzota istnieje obiektywnie dla mnie, dla ciebie i dla niego, wierzę, iż jesteśmy identyczni wobec zgryzoty – pisał Włodzimierz Pawluczuk, badacz kultury chłopskiej i autor książki „Potoczność i transcendencja”. – Oto więc dlaczego ludzie lubią rozprawiać o swoich zgryzotach: uzyskują przez to, po pierwsze, zdystansowanie się wobec tych zgryzot i – do pewnego stopnia – oczyszczenie się z nich, a po drugie – przekroczenie własnej odrębności i poczucie zjednoczenia się z mądrym, dobrym i sprawiedliwym żywym transcendentalnym ego”.

Polska kultura to kultura chłopska

I znów: po wyprowadzce z chłopskiej chaty naturalną przestrzenią takich rozmów stała się kuchnia. O tym, co najważniejsze, rozprawiamy nocą między piekarnikiem a lodówką. Stłoczeni w niewielkiej przestrzeni, która zawsze pełniła funkcję kulis rzeczywistości; w miejscu, gdzie snuło się metakomentarz do wydarzeń rodzinnych, społecznych, a nawet globalnych.

Wbrew wiecznym narzekaniom panów, ekonomów i karbowych, pracowitość też była w kulturze chłopskiej wysoko ceniona. Praca wyznaczała rytm życia, przyjmowana była z pokornym fatalizmem, ale stanowiła również przedmiot dumy. Co istotne, była to praca przeżywana i opisywana w kategoriach drobnej rzeczywistości materialnej: staranności ruchów, dbałości o narzędzia, uważnej obserwacji plonów. Słowem kluczem była tu nie „przedsiębiorczość” czy „innowacja”, lecz „krzątanina” – ów niespieszny, pokorny model pracy wykonywanej cierpliwie, miarowo, drobnymi krokami. Taką przestrzenią krzątaniny wciąż pozostają nasze kuchnie.

A zatem polska kultura na najgłębszym poziomie okazuje się w zasadzie kulturą chłopską. Nic w tym zaskakującego. Wszak w ciągu ostatnich kilku lat nasz rynek wydawniczy podbiły pozycje, które o tym przypominają: od „Ludowej historii Polski” Adama Leszczyńskiego po „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak.

A mimo to, szukając „cech narodowych”, zwykle mówimy głosem szlacheckim lub inteligenckim. Przeglądamy się w zwierciadle folwarcznej wyobraźni, w której Polak jest leniwy, narzekający i niezdolny do wzięcia spraw w swoje ręce. Dane tego nie potwierdzają. Pracujemy najwięcej w Europie. Narzekamy, owszem, też więcej niż inni, ale to narzekanie może być ważną praktyką wspólnotową.

Kiedy Amerykanin pyta Amerykanina „jak się masz?”, jedyna poprawna gramatycznie odpowiedź to „doskonale!” (lub prześlizgujące się nad pytaniem echo: „jak się masz!”). Jest to komunikacja pusta, zamykająca. Polskie „fatalnie”, „źle jak nigdy”, ewentualnie „jakoś jeszcze daję radę” otwierają konwersację, pozwalają wypłynąć na głębię, zapraszają do dzielenia się troską.

Kusi zatem, by w polskim mieszkaniu zobaczyć nowe wcielenie chłopskiej chaty. Piec na drewno ustąpił piekarnikowi, zamiast klepiska jest terakota, ale wciąż zbieramy się w kuchni, żeby się pokrzątać i ponarzekać: żeby być razem.

Może to właśnie dlatego tak rzuciliśmy się na te ściereczki i magnesy? Świat z kuchni wygląda inaczej niż z wyżyn akademickiej katedry.

Zdjęcie z cyklu "Zapis socjologiczny". Podhale, 1991 r. // Fot. Zofia Rydet / PAP

Socjologiczna próżnia między polską rodziną a polskim narodem

Socjolog Ray Oldenburg odkrył, że kluczową rolę w kształtowaniu się społeczeństwa obywatelskiego pełnią wspólne przestrzenie, w których ludzie mogą się zbierać i być razem. Aby odróżnić je od domów i miejsc pracy, ukuł termin „trzecie miejsce”. „Trzecie miejsca” to ośrodki krystalizacji sensu. Przestrzenie publiczne (świetlice, parki, kościoły) i komercyjne (puby, kluby), gdzie odbywają się społeczne, wspólnotowe rytuały.

W Polsce takich miejsc brakuje. Przestrzeń publiczna jest ograniczona. Życie społeczne toczy się zwykle w domu. Trochę pewnie dlatego, że taki mamy klimat – trudno, żebyśmy wspólnie jadali na zewnątrz jak Hiszpanie czy Grecy. A jednak klimat to chyba nie wszystko. Za wieloletnim wycofaniem w sferę domową kryje się istotny rys naszej historii i kultury.

Wyjaśnia to teoria „próżni socjologicznej” Stefana Nowaka, zaproponowana w tekście „System wartości społeczeństwa polskiego” z 1979 r. Polacy identyfikują się z rodziną i najbliższym otoczeniem, a na wyższym poziomie – z narodem. Między tymi dwoma poziomami rozciąga się próżnia.

Jeśli nie chcemy atomizacji, potrzebujemy przestrzeni publicznych

Od publikacji Nowaka wiele się wydarzyło. Rewolucyjne znaczenie Solidarności wynikało właśnie z tego, że niezależne, samorządne związki zawodowe utkały sieć tożsamości „średniego poziomu”, dając społeczeństwu możliwość samoorganizacji i umożliwiając wpływ na otoczenie. Wiele badań sugeruje jednak, że po 1989 r. próżnia wróciła. Znów mało mamy „trzecich miejsc”. 

Naszą przestrzeń średniego szczebla zdominowały, jak opisuje Roch Sulima w „Antropologii codzienności”, najpierw super-, hiper- i megamarkety, a potem galerie handlowe. Zawładnęły one wprawdzie zbiorową wyobraźnią, stając się miejscami, gdzie „się bywa”, lecz nie były to nigdy przestrzenie faktycznie dospołeczne, a raczej takie, gdzie ludzie się mijają, nie dostrzegając. Zaprojektowane tak, by ułatwić interakcję klienta z produktem lub (w przypadku sieciowych kawiarni) spotkania w bardzo małej grupie, zwykle wręcz dwuosobowej, nie są raczej przestrzenią do inicjowania debaty społecznej.

Są to więc nie „trzecie miejsca” w znaczeniu Oldenburga, lecz raczej „nie-miejsca” w sensie, jakie słowu temu nadaje francuski badacz Marc Augé. Nie-miejsca to przestrzenie celowo tak zaprojektowane, by szybko przemieścić się przez nie do celu bez interakcji: dworce, autostrady, stacje benzynowe. Idealnym przykładem nie-miejsca jest winda: choć znajdujemy się w niej naprawdę blisko innych ludzi, to nie wypada nawiązywać z nimi interakcji. Im mniej „trzecich miejsc”, tym bardziej życie społeczne wycofuje się do kuchni, która jest antropologicznym przeciwieństwem windy – przestrzenią, w której dzielimy się marzeniami i zgryzotami.

Pomiędzy ściereczką schnącą na piekarniku a flagą łopoczącą przed Grobem Nieznanego Żołnierza nie powiewa dziś żaden sztandar. Jeśli chcemy zapobiec atomizacji rzeczywistości społecznej i rozsnuć silniejsze więzy łączące nas z lokalnymi wspólnotami, potrzebujemy przestrzeni publicznej, która bardziej przypominałaby kuchnię niż windę. Sferę troski i krzątaniny rozciągnąć na ulice, na place i do muzeów. Budować przestrzenie partycypacyjne, w których toczyć się będą wspólnotowe rytuały.

Błąd magnesów na lodówce i ściereczek kuchennych

Z odpowiedzi na pytanie Marii Filcek wynika, że 70 proc. Polaków ma magnesy na lodówce. Ale z podobnego sondażu telewizji CBS News  wynika, że magnesy na lodówce ma 87 proc. Amerykanów. A zatem tego rodzaju praktyki wcale nas nie wyróżniają. Przeciwnie! Jeśli chwilę się zastanowić, widać, że mają one sens właśnie jako fenomen globalny. Gdziekolwiek się pojedzie – do Zakopanego czy na Zanzibar – można taki kupić. Dla siebie, dla rodziny, dla kolegów i koleżanek z pracy, którym chcielibyśmy okazać życzliwość (albo u których chcielibyśmy wzbudzić zawiść).

Podobnie rzecz przedstawia się z koszem pod zlewem (74 proc. Polaków). Nie jest to wprawdzie globalna reguła, ale popularne miejsce dla pojemnika na odpady w większości krajów europejskich.

Magnesy, ściereczka czy kosz łączą nas nie dlatego, że jesteśmy Polakami, lecz dlatego, że jesteśmy ludźmi. Pewne rozwiązania są po prostu kwestią ergonomii (tak wygodniej) lub ekonomii (opłacają się w globalnym systemie).

To spostrzeżenie prowadzi do istotnego pytania. Kiedy szukamy tego, co nas łączy, czy jednocześnie powinniśmy zwracać się ku temu, co nas odróżnia od innych? Czy chcąc jako Polacy poczuć wspólnotę, musimy przejrzeć się w oczach obcego?

Mieszkanie bez kuchni

Zanim „Minds and Roses” podbiło media pytaniem o polską codzienność, Maria Filcek ze współautorami zawojowali serca branży badawczej, wygłaszając na konferencji Insummit prelekcję „Jezu, wy tu tak żyjecie?!” – opowieść o przemianach polskich mieszkań.

Skupiamy się – zapewne słusznie – na rosnących cenach nieruchomości. Ale nie dostrzegamy przy tym wielu istotnych zmian. Liczba przypadających na osobę metrów zwiększyła się radykalnie w ciągu ostatnich 15 lat. Buduje się niby mniej niż za Gierka, ale przyrost naturalny jest dużo mniejszy. Mniej, a nie więcej Polaków mieszka dziś z rodzicami. Kuchnia, jak całe mieszkanie, uległa ogromnym przemianom.

Punktem wyjścia, po raz kolejny, mogłaby być kuchnia chłopska. Tym razem zestawiona z tą pańską. Pierwsza była połączona z izbą i stanowiła główny ośrodek życia. Druga pozostawała zamknięta, oddzielna, wstydliwie ukryta w części dla służby i rzadko nawiedzana przez gospodarzy.

Na początku XX w., gdy kształtował się bardziej egalitarny etos nowych klas społecznych, pytanie o przyszłość kuchni okazało się jednym z kluczowych. Jak będą jeść i gotować miejscy ludzie przyszłości? Po chłopsku, po pańsku, jeszcze inaczej?

Ciekawej odpowiedzi na to pytanie udzieliła Charlotte Perkins Gilman – jedna z pionierek ruchu feministycznego. Nakreśliła ona rewolucyjną wizję mieszkań w ogóle pozbawionych kuchni, umieszczonych w mieście-ogrodzie, w którym gotowanie (a także pranie i opieka nad dziećmi) zostałyby wprowadzone z przestrzeni prywatnej do publicznych, wspólnotowych placówek. Perkins Gilman chodziło o to, by odciążyć i zawodowo zaktywizować kobiety, na które przypadała wówczas przeważająca większość domowych obowiązków. Tak długo, jak w mieszkaniach będą kuchnie – argumentowała – kobiety będą do nich spychane.

Kto wymyślił dzisiejszą formę kuchni

Błyskotliwą alternatywę dla jej konceptu stworzyła Margarete Schütte-Lihotzky – architektka, projektantka, pierwsza kobieta przyjęta na austriacką Kunstgewerbeschule. W 1926 r. dostała zlecenie zaprojektowania kuchni dla nowo budowanego osiedla komunalnego. Zamiast upubliczniać prace domowe, postanowiła je maksymalnie usprawnić. Inspirując się kuchniami w wagonach pociągowych i stanowiskami w zautomatyzowanych fabrykach, zaprojektowała kuchnię minimalistyczną przestrzennie, lecz maksymalnie funkcjonalną i ergonomiczną. Tak powstała słynna „kuchnia frankfurcka”.

Schütte-Lihotzky zastąpiła dawny stół i oddzielne meble w rodzaju kredensów czy szaf rzędami szafek przykrytych funkcjonalnym roboczym blatem. Całość przestrzeni zaprojektowała tak, by zminimalizować ruchy niezbędne do przygotowania posiłków. Wszystko tu było pod ręką. Z kolei fakt, że kuchnia była projektowana dla wielu identycznych mieszkań, pozwolił wykorzystać efekt skali dla obniżenia kosztów pojedynczej zabudowy.

Tak właśnie narodziła się kuchnia, jaką wszyscy znamy, choć w ciągu stulecia koncept odziedziczony po Schütte-Lihotzky przechodził interesujące zmiany. Np. w latach 80. aneks kuchenny był niemile widziany, a marzenie Polek i Polaków stanowiła oddzielna kuchnia. Umożliwiała ona długie gotowanie i utrzymanie porządku w przestrzeni wspólnej, czyli w tzw. dużym pokoju, gdzie nie tylko jadło się rodzinne posiłki, ale też spało, oglądało telewizję i przyjmowało gości.

Od czego zależy kuchenny ideał

W ciągu ostatnich dwóch dekad trend uległ odwróceniu. Z badań CBOS wynika, że dziś tylko 44 proc. Polaków ma zamkniętą kuchnię. I wcale się tym nie martwimy. Upowszechnienie zmywarek rozwiązało problem naczyń zalegających w zlewie i na suszarce. Wyciągi i okapy zmniejszyły uciążliwość zapachów z gotowania. Stopniowe wypieranie kuchenek gazowych przez elektryczne oraz atrakcyjne wzornictwo frontów i blatów kuchennych sprawiły, że otwarte kuchnie coraz lepiej komponują się ze wspólną przestrzenią, umożliwiając optymalne wykorzystanie skromnych metraży.

Równolegle do przemian sprzętów zmieniały się też praktyki kulinarne. Coraz mniej było „długiego gotowania” – konfitury, przetwory, a nawet bigos znacznie łatwiej kupić, niż przygotowywać samodzielnie. Popularne programy kulinarne oswajają nas z gotowaniem jako czynnością wspólnotową. Gotowanie przy gościach to już nie coś, na czym zostaliśmy „przyłapani”, bo „nie wyrobiliśmy się”. To raczej atrakcyjna zabawa, do której możemy zaprosić znajomych. Pani domu nie jest dłużej zepchnięta do roli kucharki i kelnerki.

W ten sposób w kuchniach zapisują się nie tylko (zacierające się stopniowo) różnice klasowe i płciowe, ale także przemiany międzypokoleniowe. Młodzi bowiem wyobrażają sobie idealną kuchnię nieco inaczej niż starzy. Z dekady na dekadę zmieniać się więc będą nawet te pozorne świętości – magnesy, kosze, ściereczki.

Jak się zmieniają nasze kuchnie

Już to zresztą widzimy. Lodówki w zabudowie uniemożliwiają przyczepianie magnesów (stąd pewnie więcej magnesów w USA, gdzie zabudowa mniej się przyjęła, choć obserwowany w ostatnich latach powrót lodówek wolnostojących może znów podnieść liczbę magnesów w polskich domach). Kosz pod zlewem? Sprawdzał się świetnie przed czasami segregacji odpadów. Ale jak zmieścić w jednej szafce rosnącą liczbę pojemników na kolejne ich kategorie? Nawet ściereczka na piekarniku nie może się czuć bezpieczna, choćby dlatego, że sam piekarnik może zostać wyparty przez mniejsze i szybsze kuchenki mikrofalowe, air fryery, opiekacze czy co tam jeszcze szykuje dla nas przyszłość AGD. A w ogóle to coraz więcej jedzenia zamawiamy i częściej jemy na mieście (choć wciąż ustępujemy tu wielu innym narodom europejskim czy Amerykanom).

Każda współczesna kuchnia jest prawnuczką tej pierwszej, zaprojektowanej przez Schütte-Lihotzky. A jednak konkurencyjna wizja Perkins Gilman nie odeszła do lamusa. W 2016 r. katalońska architektka Anna Puigjaner otrzymała prestiżową Wheelwright Prize dla młodych architektów za projekt Kitchenless City – miasta bezkuchniowego. A cała ta opowieść przypomina, że organizacja kuchni nie jest zagadnieniem z zakresu urządzania domu, lecz społeczeństwa. Magnesiki i ściereczki, rozległe blaty i kosze opowiadają o przemianach technologii, urbanizacji, zmianach klasowych i trudnej walce o równouprawnienie.

I nie jest to przypadek, że w zdominowanym przez mężczyzn świecie architektury, urbanistyki i wzornictwa wielkie strategiczne rozwiązania dotyczące kuchni zaproponowały kobiety.

Magia wspólnej przestrzeni

Polska leży nie między Odrą a Bugiem, lecz między zlewem a piekarnikiem. Prywatna przestrzeń domowego zacisza jest zarazem przestrzenią najbardziej wspólną. To, co osobiste, podległe naszej indywidualnej kontroli i gustowi, okazuje się zarazem zaskakująco podobne. Z powodu naszego chłopskiego dziedzictwa, które nauczyło nas krzątaniny, gościnności i dzielenia się zgryzotami. Z powodu próżni socjologicznej, która spycha nas w przestrzeń prywatną. Z powodu wspólnej ludzkiej tożsamości, której polska wersja jest tylko jednym z przejawów. A wreszcie z powodu historii architektury, wzornictwa i urbanistyki, w których odbijają się globalne i lokalne przemiany społeczne.

Szaleństwo wokół ściereczkowego badania opowiada o drzemiącym w nas pragnieniu, by coś nas łączyło. Podpowiada też, gdzie tego szukać. Wspólnoty wypatrujmy nie w abstrakcyjnych ideach, lecz w konkretach. Z magnesów i ściereczek wywróżmy sobie lepszą przyszłość.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Spotkamy się w kuchni