Fenomen thermomiksa. Jak robot kuchenny stał się symbolem statusu

Posiadanie robota kuchennego to nie najlepszy wyznacznik przynależności do klasy średniej. Chyba że – jak w przypadku thermomiksa – jego cena przekracza wysokość średniej krajowej pensji.

Czyta się kilka minut
Linia montażowa Thermomixu we francuskiej fabryce firmy Vorwerk Semco w Cloyes-sur-le-Loir. Czerwiec 2021 r. // Fot. Abaca Press / Forum
Linia montażowa Thermomixu we francuskiej fabryce firmy Vorwerk Semco w Cloyes-sur-le-Loir. Czerwiec 2021 r. // Fot. Abaca Press / Forum

W polskich mediach można znaleźć wiele artykułów o produktach, pisanych pod dyktando producenta, który płaci i wymaga. Tym razem jest inaczej. To autor zapłacił producentowi.

Thermomiks kupiłem osiem lat temu, obejrzawszy wcześniej w domu obowiązkową prezentację jego rzekomej kulinarnej omnipotencji. Jednak niemieckie urządzenie nie na długo wdarło się w moją codzienność w postaci systematycznego przyrządzania kilkudaniowych posiłków, ani nawet częstego używania go do siekania, blendowania czy duszenia na parze. Z czasem thermomiks spowszedniał mi do tego stopnia, że w końcu za karę trafił do kuchennego kąta. Niepokojąco regularne stały się za to telefony i esemesy od przedstawicielki handlowej, która postanowiła iść za ciosem i spróbować wpłynąć na życie moich krewnych i znajomych.

Zakup thermomiksa osobiście uważam za turbopomyłkę, ale rozumiem motywację setek tysięcy polskich konsumentów, którzy tylko w ubiegłym roku wydali na ten sam cel równowartość 290 milionów euro – kwotę niższą jedynie od przychodów ze sprzedaży robota na ojczystym rynku producenta, czyli niemieckiej firmy Vorwerk. Wielu z nas zapewne nie wyobraża już sobie codziennej rutyny bez udziału tej maszyny.

Wdawanie się w rytualną przy takich okazjach dyskusję, co dostajemy tak naprawdę w zamian, pominę. Ciekawsza może być próba odpowiedzi na pytanie, co kryje się za polskim thermofenomenem – zwłaszcza że sam producent urządzenia w kreowaniu jego wizerunku jest dość oszczędny. Reklam thermomiksów nie ma w mediach głównego nurtu, a pobieżne przeczesanie Youtube’a każe przypuszczać, że to samo dotyczy świata internetowych celebrytów. Mało tego, Vorwerk nawet na własnej stronie zaczyna porównanie wad i zalet thermomiksa od tych pierwszych. Wszystko to ma tworzyć wrażenie obcowania z wyjątkowo „uczciwym” produktem, który w przeciwieństwie do innych elektrogadżetów oferuje dokładnie to, co naprawdę jest w stanie dać nabywcy.

O tym, że to niezupełnie zgodne z faktami, klienci orientują się dopiero po zakupie, gdy już zauważą, jak wiele dodali od siebie do bajań przedstawicieli handlowych, niemal ostatnich na tym świecie członków plemienia komiwojażerów.

Warzywa na fakturę

Kto w dorosłość wchodził w latach 90. zeszłego stulecia, z pewnością pamięta zastępy rycerzy tak zwanego marketingu wielopoziomowego, usiłujących wciągnąć kogo tylko się da w sieć sprzedaży bezpośredniej. Kosmetyki i środki czystości, naczynia i sprzęt AGD, książki, ubezpieczenia, nawet kursy językowe – rzeczywistość była wtedy usłana pseudookazjami, które w dokładniejszym oglądzie niemal zawsze okazywały się pułapką. Wspólnym mianownikiem tamtych ofert była też równoczesna, lecz tak naprawdę pozorna próba rekrutacji do pracy, dobra mocno reglamentowanego w epoce wczesnego Balcerowicza. „Konsultanci” i przedstawiciele handlowi w rzeczywistości byli tylko klientami firmy, drobnicą w jej łańcuchu pokarmowym, choć przekonywano ich, że łatwo i szybko się wzbogacą, jeśli znajdą kolejnych uczestników tego łańcuszka szczęścia.

Sądząc po wpisach byłych i aktualnych przedstawicieli handlowych Vorwerku w serwisach dla osób szukających pracy, a także po oficjalnych informacjach z samej firmy, elementy tamtej kultury nadal tkwią w systemie jej wynagrodzeń. Kandydatów na sprzedawców thermomiksów kusi się brakiem górnego limitu zarobków, zwykle przemilczając fakt, że również dolny nie współgra z zainwestowanym czasem pracy i w końcu może się okazać, że nie starczy nawet na ZUS. Na handlowców spadają też koszty dojazdów do klientów oraz… koszt zakupu produktów spożywczych używanych podczas prezentacji urządzenia u klienta. Część handlowców deklaruje jednak zadowolenie z systemu premiowego, który pozwala im regularnie inkasować spore kwoty za – jak sami podkreślają – bardzo ciężką, a czasem też niewdzięczną pracę.

„Higiena w domu”, niemiecka reklama z 1956 r. // Fot. TV-Yesterday Wolfgang Maria Weber / Interfoto / Forum

Niemiecka chemia

Działając w takich warunkach, 10 tysięcy polskich handlowców Vorwerku sprzedało jednak w ubiegłym roku – jak wynika z informacji przekazanych przez samą firmę serwisowi Business Insider – 232 tysiące thermomiksów. Na statystycznego przedstawiciela przypadły zatem niespełna dwa urządzenia miesięcznie. Thermobiznes z pewnością nie jest więc zajęciem dla osób źle znoszących ostrą konkurencję, bo choć Polska jest dziś drugim po Niemczech rynkiem zbytu dla tych urządzeń, nie oznacza to, że klienci walą drzwiami i oknami. 

Sprawozdanie roczne Vorwerku przynosi też informację o gigantycznym wzroście zainteresowania polskich konsumentów drugą wunderwaffe ze stajni tej firmy – odkurzaczem Kobold. Urządzenie również trudno nazwać tanim, w zależności od konfiguracji zestawu kosztuje od 6,6 do ponad 16 tysięcy złotych, ale w 2023 roku nie przeszkodziło to polskiemu przedstawicielstwu producenta zwiększyć jego sprzedaż w ujęciu wartościowym aż o 211,2 proc. Sprzątanie nadwiślańskiego kurzu zapewnia firmie Vorwerk 5 milionów euro rocznie, i przy takiej dynamice sprzedaży Polska już za parę lat może stać się dla niej jednym z kluczowych rynków zbytu odkurzacza. Zapotrzebowanie na koboldy w skali globalnej urosło jednak w zeszłym roku ledwie o 4,5 proc.

Powyższa garść informacji z raportu rocznego pokrywa się z innymi danymi z polskiego rynku, z których wynika, że motorem napędowym naszej gospodarki jest dziś przede wszystkim konsumpcja. Zwłaszcza dóbr luksusowych. Jak podaje firma badawcza Samar, w 2023 roku niemal co czwarty nowo rejestrowany samochód należał do którejś z marek premium. Głównie niemieckich. Na drogach przybyło między innymi 4281 nowych porsche, aż o 553 więcej od znacznie tańszych, a swego czasu dominujących u nas fiatów. Łączna sprzedaż modeli ze stajen Ferrari i Lamborghini przewyższyła zaś popyt na wszystkie tanie auta chińskich producentów. W tym kontekście nie dziwią więc również puchnące polskie wydatki na thermomiksy czy koboldy.

Wysoka inflacja zrzuciła z konsumpcyjnej karuzeli najgorzej sytuowanych Polaków, którzy lwią część dochodu muszą wydawać na rachunki i żywność. Ci, którzy się na niej utrzymali, dzięki rosnącym pensjom dysponują za to budżetami coraz bliższymi zachodnioeuropejskim, one zaś pozwalają częściej sięgać po produkty będące symbolami statusu. Zwłaszcza gdy widnieje na nich napis „made in Germany”. Trzydzieści pięć lat po upadku żelaznej kurtyny, która także europejskich konsumentów dzieliła na dwie kategorie, przekonanie o solidności niemieckich produktów ma się w Polsce, jak widać, całkiem dobrze.

Makłowicz z pokrywką

Popularność thermomiksów może zwiastować nadchodzącą wielkimi krokami zmianę polskich obyczajów kulinarnych. Większość analiz tego tematu kończy się tą samą z grubsza konkluzją: w wielkich miastach co rusz błyskają kulinarne efemerydy w postaci mody to na falafel, to na curry, i tak będzie też w przyszłości, choć dietą przeciętnego Polaka nie przestanie rządzić menu, w którym bez trudu odnaleźliby się jego pradziadkowie. Wymyślonemu przez miłośników wurstu i choucroute’a thermomiksowi polska kuchnia również niestraszna, ale statystycznego odbiorcę powinien bardziej interesować bodaj najważniejszy dodatek do niemieckiego robota, jakim stała się platforma Cookidoo, czyli serwis internetowy z tysiącami dań z całego świata, dla wygody przełożonymi na prosty system miar i receptur thermomiksa. Nie wiedząc nic o kuchni bengalskiej, można z jego pomocą sporządzić przyzwoite biryani, a sięgając po przepisy z Kolumbii – ugotować smaczną zupę ajiaco. Z serwisu korzysta dziś ponad 5 milionów użytkowników z całego świata, a rosnąca sprzedaż thermomiksów w Polsce może dowodzić, że także w oczach coraz większej liczby rodzimych konsumentów niemiecki robot zyskuje kolejną cenną funkcję: staje się odpowiednikiem Roberta Makłowicza z pokrywką.

Lektura krajowych forów i stron poświęconym thermomiksowi często owocuje niezwykłymi odkryciami. Okazuje się na przykład, że z jego pomocą można sobie zrobić… inhalację! W tym celu należy wlać do urządzenia „1000 ml czystej wody” (litr brzmiałby tu zapewne zbyt trywialnie), dodać olejki eteryczne, włączyć tryb gotowania na parze i pochylić się nad garem z głową przykrytą ręcznikiem. Instrukcja nie wspomina, że to samo można sobie zaaplikować za pomocą właściwie dowolnego naczynia kuchennego, ale to akurat łatwo zrozumieć. Pęczniejąca lista potencjalnych zastosowań thermomiksa ilustruje bowiem powszechną wśród jego właścicieli potrzebę zracjonalizowania sensowności zakupu urządzenia, które kosztuje krocie, ale pozostaje wciąż tylko zwykłym robotem kuchennym. W tej logice à rebours na drugi plan schodzi pytanie, czy to, co planujemy zrobić w kuchni, można wykonać prościej i szybciej w inny sposób. Liczy się tylko fakt, że da się to zrobić również thermomiksem. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Thermozagadka