Chleb nasz spowszedniały

Marnowanie żywności, trawestując Talleyranda, to nie błąd współczesnego kapitalizmu, który rozrzutność uczynił cnotą. To zbrodnia – także na samej żywności.

09.12.2019

Czyta się kilka minut

 / MATEUSZ SKWARCZEK / AGENCJA GAZETA
/ MATEUSZ SKWARCZEK / AGENCJA GAZETA

Na najwyższej półce znalazłem serek wiejski. Stał wciśnięty w kąt lodówki, za sokiem malinowym i trzema napoczętymi słoikami z konfiturą domowej roboty. Sądząc po wybitej na opakowaniu dacie przydatności do spożycia – 11 listopada 2019 – tkwił tam od co najmniej kilku tygodni.

Poniżej – jogurt. Nieruszony, częściowo tylko zgnieciony przez inne produkty wpychane pewnie w pośpiechu do lodówki. Powinniśmy go zjeść najpóźniej 26 listopada, ale nie doczekał się tego zaszczytu. Podobnie jak ćwierć kostki masła w pozłotku i kawałek wyschniętego już cheddara, zawieruszony za słoikiem z resztką suszonych pomidorów, o którym – prawdę powiedziawszy – również zdążyliśmy zapomnieć.

Lustracja półek na drzwiach lodówki zaowocowała odkryciem jajka, które kiedyś chyba ugotowaliśmy na twardo, chociaż nikt z domowników nie umiał sobie przypomnieć kiedy – i czy na pewno. W szufladzie na warzywa do grona lodówkowych weteranów dołączył zwiędły por oraz osiem ziemniaków o konsystencji zbliżonej do starej gąbki.

Przyszła wreszcie kolej na inspekcję zamrażalnika. Kiedy wyjąłem zeń pudełko z zamrożonym pół roku temu bulionem warzywnym, olśniło mnie, że schowałem tam wtedy również pół kilo świeżo łuskanego groszku, który wtedy pachniał latem. Teraz przybrał odstręczającą zielonkawo-szarą barwę. Obok leżała równie nieapetyczna wędlina w plastrach, trudna do zidentyfikowania przez pokrywającą ją glazurę szronu. Filety z dorsza, wciąż w oryginalnym opakowaniu, dało się rozpoznać od razu. Niestety – wraz z datą przydatności do spożycia, która minęła z ostatnimi feriami zimowymi.

W sąsiadującej z lodówką szafce znalazłem jeszcze sześć saszetek z rozmaitymi ryżami i kaszami oraz słoik z ciecierzycą w zalewie, która wraz z datą przydatności pod koniec zeszłego roku straciła ostatnią szansę na metamorfozę w humus czy choćby sałatkę.

Internetowy kalkulator kalorii i tabele składników odżywczych na opakowaniach pozwoliły łatwo zsumować skalę marnotrawstwa. W lodówce i szafkach z zapasami popsuła się nam porcja żywności, która zdrowemu mężczyźnie prowadzącemu aktywny tryb życia wystarczyłaby na trzy dni.

8172 kilokalorie – oto nasz skromny rodzinny wkład w globalny wysiłek marnowania żywności. Jeśli rację mają ekonomiści pracujący dla ONZ, każdego dnia na świecie na śmietnikach ląduje pełnowartościowe jedzenie, które populacji Polski wystarczyłoby na 66 lat dostatniego życia.

Bez poszanowania

Dariusz, pracownik jednej z krakowskich firm wywożących śmieci, zdecydowanym ruchem podczepia do podnośnika brązowy pojemnik na bioodpady wystawiony przed nasz dom. – Nie, żebyśmy za każdym razem sprawdzali, co jest w środku – zastrzega, przekrzykując grzechot śmieciarki, która pochłania właśnie zawartość kontenera. – Ale i bez zaglądania widać, co ludzie wyrzucają do pojemników bio. Całe bochenki chleba. Owoce. Czasem te, co lądują w śmieciach, wyglądają apetyczniej od tych na półce w sklepie, bo są dojrzalsze. Kilka dni temu ktoś wywalił do kosza całą mrożoną kaczkę. Nawet foliowego opakowania z niej nie zdjął – wylicza.

235 kilogramów – w przybliżeniu tyle jedzenia, zdaniem analityków firmy doradczej Deloitte, marnuje co roku każdy mieszkaniec Polski. Pod tym względem plasujemy się wysoko, bo na piątym od góry miejscu wśród wszystkich nacji Unii Europejskiej – i niestety, z perspektywą awansu w tym niechlubnym rankingu. Odsetek osób, którym „zdarza się wyrzucać żywność”, nadal rośnie. W 2016 r. takiej odpowiedzi w badaniu przeprowadzonym na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności udzieliło 31 proc. respondentów. W 2016 r. – 34 proc. W zeszłym roku – 42 proc.

Darek: – Możliwe, że to prawda. Ja tego w każdym razie nie widzę. Może dlatego, że dopiero od paru miesięcy mamy w Krakowie oddzielne pojemniki na bioodpady? A może po prostu dlatego, że od dawna jest tego tyle, że człowiek przestał zwracać uwagę na wyrzucane jedzenie.

Z podobnymi problemami mierzą się statystycy, którzy próbują oszacować skalę marnowania żywności w Polsce. Od kilku lat w kolejnych analizach pojawia się wzmianka o ok. 9 mln ton, ale sami badacze zastrzegają, że są to bardziej szacunki niż obliczenia. Jak mówi Paulina Kaczmarek z Deloitte, Unia Europejska dopiero wzięła się za stworzenie standardu badań. W Polsce przed kilkoma miesiącami tematem na poważnie zajęła się także Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego, która wraz z Instytutem Ochrony Środowiska spróbuje zbadać ten proceder na wszystkich etapach: od produkcji i dystrybucji, kończąc na gospodarstwach domowych oraz w gastronomii. Opinia publiczna za głównego winowajcę już dawno uznała wielkie sieci handlowe, a politycy w ślad za nią we wrześniu br. uchwalili ustawę nakładającą na wielkie sklepy m.in. obowiązek przekazywania niesprzedanego jedzenia na cele ­charytatywne. ­Organizacja EU Fusion działająca dla Komisji Europejskiej wskazuje tymczasem na gospodarstwa domowe, które zdaniem badaczy odpowiadają za aż 53 proc. żywności trafiającej przedwcześnie na śmietniki Europy. Na drugim miejscu plasuje się przetwórstwo spożywcze (19 proc.), na trzecim i czwartym – odpowiednio gastronomia (12 proc.) i produkcja (11 proc.). Najmniejszym marnotrawcą w tym zestawieniu paradoksalnie okazuje się handel, który odpowiada za „jedynie” 5 proc. strat.

Ci, którzy żyją z produkcji żywności, nadal podchodzą więc do niej z jako takim respektem. Za to dla tych, którzy za nią płacą, jedzenie przestało być darem, który zasługuje na poszanowanie.

Jęczmień na giełdzie

Mały Rocznik Statystyczny z 1939 r. podaje, że przeciętne zarobki miesięczne osób objętych ubezpieczeniem emerytalnym w ZUS wynosiły w 1935 r. 102,77 zł. Za tę kwotę można było wówczas kupić 394 bochenki chleba lub 57 jaj. Dziś przeciętna pensja brutto to 5084 zł, co stanowi równowartość ceny detalicznej 1065 bochenków albo ponad 12 tys. jajek. W odniesieniu do najpopularniejszego polskiego mięsa, jakim była i nadal jest wieprzowina, siła nabywcza średniego polskiego wynagrodzenia wzrosła z 68 do ponad 390 kg.

W zglobalizowanej gospodarce żywność również potaniała na globalną skalę. W Stanach Zjednoczonych statystyczne gospodarstwo domowe przeznacza dziś tylko 6,9 proc. swojego budżetu na zakup jedzenia – blisko cztery razy mniej niż na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku. W Europie żywność jest nieco droższa, bo lepsza jakościowo, ale zakupy spożywcze wciąż nie stanowią ważnej pozycji w wydatkach domowych. OECD szacuje, że przeciętny Niemiec przeznacza na ten cel tylko 11,4 proc. dochodów. W Polsce na żywność wydajemy więcej, bo około 20 proc. budżetu domowego. Ale jeszcze na początku lat 90. szła na ten cel co druga zarabiana złotówka!

Globalna era taniego jedzenia rozpoczęła się właśnie w latach 90. zeszłego stulecia, wraz ze śmiercią tradycyjnego rolnictwa, którego miejsce zajęła wielkopowierzchniowa produkcja i hodowla prowadzona metodami przemysłowymi. Produkty rolne przestały być tylko żywnością. Ich wolnorynkowym alter ego stały się tajemnicze skróty, którymi na giełdach towarowych oznacza się niemal wszystko, co da się zjeść, a więc i sprzedać: kukurydzę, sok pomarańczowy, wieprzowinę, soję, owies, mleko sojowe, wołowinę, pszenicę, ryż. Jeszcze w 2010 r. na każde 100 kontraktów terminowych, zawartych na 69 największych giełdach świata, jedynie sześć stanowiły umowy, których przedmiotem były produkty rolne. Od tamtej pory ich liczba rośnie w średnim tempie około 28 proc. rocznie.

Tego typu zabawa opłaca się jednak wyłącznie na wielką skalę. Dlatego przyspieszyć musiała również produkcja, a raczej nadprodukcja żywności. Amerykańska agencja FDA zarządzająca rynkiem spożywczym USA szacuje, że od początku lat 70. globalna produkcja kukurydzy potroiła się ze 140 do 420 mld litrów.

Zastosowanie herbicydów, nawozów sztucznych i innych sztuczek rolniczej inżynierii sprawiło, że średnia wydajność upraw kukurydzy tylko w latach 1990–2015 wzrosła w USA z 4,1 do 5,3 tys. litrów ziarna. Po chemię sięgnęli oczywiście również producenci żywności przetworzonej; w końcu niedrogi, łatwo dostępny surowiec nie jest żadnym argumentem za tym, by tanio sprzedawać wyprodukowane także z nich towary.

Sprzedaż detaliczna w branży spożywczej na całym świecie jest polem wściekłej rywalizacji na marże rzędu 1-3 proc. W tych warunkach dobra jakościowo żywność bez wspomagaczy smaku, sztucznych barwników czy solanek zwiększających ciężar produktu musi stać się niszowym produktem premium.

We Francji, jak obliczyli niedawno dziennikarze „Le Monde”, cena żywności niezawierającej sztucznych dodatków jest wyższa średnio o 1,76 euro za każde tysiąc kilokalorii.

Marzenie o jedzeniu „na każdą kieszeń” stało się faktem – oczywiście w krajach rozwiniętych. Koszt jego produkcji spadł tak bardzo, że jego przechowywanie kosztuje często więcej niż wyprodukowanie. Rzecz jasna, mając na co dzień do czynienia z takimi ersatzami, trudno upierać się, że żyjemy po to, by jeść.

Tylko czy na pewno wciąż jemy po to, aby żyć?

Prawda brzegu talerza

Żywność nie jest już bowiem po prostu nośnikiem kalorii, a samo jedzenie przestało być czynnością, której podstawowym celem jest zaspokojenie głodu. Odkąd miejsce tego ostatniego w kulinarnej dialektyce zajął apetyt, spożywanie posiłków powędrowało błyskawicznie w górę piramidy Maslowa. Jedzenie bywa dziś deklaracją stylu życia („odchudzam się”), manifestem ideologicznym („jestem weganinem”), symbolem statusu („oboje z żoną wprost przepadamy za sashimi”), a nawet popularną formą wyrazu artystycznego – sądząc chociażby po tłumach chętnych do udziału w kolejnych telewizyjnych talent-show spod znaku łyżki i widelca.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że drastycznie kurczy się przez to przestrzeń dla jedzenia w prozaicznej roli zapychacza grających marsza kiszek tym, co akurat znajduje się pod ręką. W lodówkach milionów Amerykanów i Europejczyków więdną właśnie połówki pomidora z ostatniego śniadania, których nikt już nie skroi na kolację – bo co to za przyjemność dojadać napoczęte kilka godzin wcześniej warzywo (dokładniej rzecz ujmując owoc, gdyby czytał nas jakiś biolog). W nowoczesnych biurowcach coraz rzadziej trafiają się kuchnie, w których da się zrobić coś więcej niż latte macchiato, bo personel woli stołować się (co za anachroniczne określenie) w którymś z kilkunastu okolicznych lokali serwujących dania kuchni świata. Nawet gimnazjaliści potrafią odrzucić ofertę przygotowania kanapek do szkoły oczywistym dla nich stwierdzeniem, że jedzenie czegoś takiego w towarzystwie innych nastolatków to esencja obciachu.

Tym samym trudne czasy nastały także dla żywności. Data przydatności do spożycia nie stanowi żadnej wskazówki, odkąd głównym kryterium doboru żywności jest czysta frajda z jedzenia. W Wielkiej Brytanii blisko 33 proc. zdatnych do konsumpcji owoców w ogóle nie trafia z plantacji do sklepów, ponieważ nie spełnia „oczekiwań estetycznych” tamtejszych klientów. Brązowe plamki na skórce dojrzałego banana mogą więc sobie świadczyć dobitnie o wysokiej zawartości cukru, ale to nie uchroni owocu przed wylądowaniem w śmieciach. W idealnym świecie przepisów kulinarnych z Instagrama banany są przecież nieskazitelnie żółte i do tego mają błyszczącą skórę. Chleb? Zawsze ciepły i chrupiący. Lekko zwiędła marchew nie nadaje się nawet na bulion, nie wspominając o surówce. Zresztą, kto by chciał jeść nudną surówkę z samej marchewki?

W podbijaniu tego bębenka uczestniczą oczywiście producenci żywności, którzy dawno odkryli, że ludzki apetyt jest zbyt jałową glebą dla biznesu przez duże B. Trzy posiłki dziennie? Lepiej, żeby było ich pięć. Albo i siedem. Właśnie w tym celu laboratoria marketingu krzyżują kolejne kategorie żywności: superfood w sam raz na zdrową koktajl-przekąskę pomiędzy posiłkami, a wieczorem, po paskudnym dniu w robocie, comfort food – na poprawę nastroju. Mogłoby to być cokolwiek pod ręką, choćby jabłko, które zostało po szarlotce, lecz internetowe poradniki nie pozostawiają wątpliwości, że bez zjedzenia np. wytwornych croque madame, do których potrzeba sera, pieczywa, szynki oraz jajek, wieczorna chandra jest nie do uniknięcia. A jeśli comfort food, to też telewizja, bo przecież nic tak nie wzmaga łaknienia jak patrzenie w ekran.

Z badania przeprowadzonego kilka lat temu przez chicagowską firmę doradczą Technomic wynika, że w latach 2008-12 liczba określeń odnoszących się do konsystencji na opakowaniach amerykańskich produktów spożywczych uległa podwojeniu. Producenci po prostu odkryli, że sugestywny opis tych właściwości zachęca do zakupu jedzenia skuteczniej od promocji cenowych. Klienci, których wieczorem nachodzi apetyt na coś do chrupania albo gotowi są dać się pokroić za ciepłą, klejącą się czekoladę do picia, z reguły nie zdają sobie sprawy, że ich zachcianki mogą być prostą reakcją na sprytnie skomponowany przekaz reklamowy.

Preferencje smakowe, którymi tak chętnie tłumaczymy impulsywne zakupy żywności, w gruncie rzeczy mogą więc nie być nasze. Ale to nie problem. To, co nie posmakuje, wystarczy wyrzucić. ©℗


PORADNIK: PRZESYP LUB WYSUSZ

JEŚLI NA DNIE PACZKI Z­OSTANIE Wam pokruszony makaron lub porcyjka zbyt mała dla choćby jednej osoby, przesypcie te resztki do słoja. Po kilku tygodniach uzbiera się w nim oryginalna mieszanka makaronów różnych kształtów, w sam raz na zapiekankę lub włoską frittata di maccheroni, którą na tych łamach polecał jakiś czas temu Paweł Bravo. Warto przyswoić sobie ten prosty przepis, bo pomoże zagospodarować także resztki gotowej pasty już zmieszanej z sosem; śmiem twierdzić, że frittata najlepiej smakuje właśnie zrobiona z wczorajszych resztek, które zdążyły się przegryźć.

Ugotowany i wystudzony makaron przekładamy więc do miski i zalewamy skłóconym jajkiem z dużą ilością startego pecorino lub parmezanu. Jeśli sos do makaronu powstał na bazie pomidorów, dobrym dodatkiem będą marynowane kapary, mozzarella lub świeża bazylia. Jeżeli sos był biały, np. na bazie śmietany, do jajek dodajemy właśnie śmietanę oraz odrobinę prawdziwego sosu sojowego (unikajmy podróbek na bazie karmelu, które smakują inaczej i często zawierają dużo konserwantów).

Całość przekładamy następnie na delikatnie natłuszczoną i niezbyt gorącą patelnię, przykrywamy i smażymy, a raczej podgrzewamy stopniowo, aż masa jajeczna zetnie się i zwiąże makaron. Frittata powinna dać się pokroić na kawałki jak pizza. Powyższy przepis pochodzi oczywiście z bogatego arsenału włoskiej cucina povera. Podobne sztuczki można spotkać także na talerzach innych kultur. Gdy po posiłku zostaje ugotowany ryż, nie jesteśmy skazani wyłącznie na mdłą zapiekankę z jabłkami i cynamonem. Można też przesmażyć go na chińską modłę, czyli krótko i na mocnym ogniu, z cienko pokrojonymi warzywami i z rozkłóconym jajkiem wlanym pod koniec na patelnię. Jeżeli zostało go za mało na nowe danie, spróbujcie, zamiast wysypywać go do kosza, sztuczki rodem z indyjskich i bangladeskich slumsów, gdzie jedzenie traktuje się nadal z nabożeństwem. Ugotowany i wystudzony ryż rozkładamy jak najcieńszą warstwą na pergaminie na blasze do pieczenia, rozdzielamy widelcem większe grudki i wkładamy do piekarnika ustawionego na 90 stopni na około 3-4 godziny. Po takim zabiegu można przesypać go do pudełka i przechowywać do czasu, aż przy następnej okazji znów potrzebny będzie nam ryż. Wysuszone ziarna dodajemy wtedy pod koniec gotowania do świeżych. ©(P) MR


PORADNIK: NAMOCZ LUB PRZESMAŻ

CZERSTWIEJĄCY CHLEB BYWA CIEKAWSZY dla kucharza od świeżego! Po pierwsze, można go „zreanimować”, kładąc kromki na patelni, na której stopiliśmy szczodrą porcję masła (może z ząbkiem czosnku?) i podgrzewając je na malutkim ogniu pod przykryciem – po dwóch minutach trzeba przewrócić na drugą stronę, po kolejnych dwóch będą już miękkie – a jeśli lubimy lekko chrupiący i „grzankowy” posmak spalenizny, to pod koniec warto na krótko zwiększyć ogień i zdjąć pokrywkę.

Ale co zrobić, kiedy nie mamy ochoty na grzanki? Pokrojony w drobną kostkę miękisz czerstwego chleba (dowolnego, także razowego) jest świetnym wypełniaczem w dwóch wariantach. Po pierwsze na ciepło do omletów i wszelkich potraw, które składają się z masy jajecznej zapiekanej lub smażonej z warzywami, wędliną itd. Garść chlebowych ułomków rzucona już po wylaniu do masy na patelnię lub do formy sprawi, że frittata stanie się bardziej sycąca, zwiększy objętość i zadowoli większą liczbę stołowników. W takim wypadku warto dodać do jajek i całej reszty trochę śmietanki albo mleka, żeby masa była bardziej płynna.

Po drugie, uczmy się od Toskańczyków, którzy zamieniają sałatkę warzywną w bardzo pożywne danie obiadowe na upalne dni, robiąc tzw. panzanellę. Zasada jest prosta: kromki czerstwego chleba zwilżamy mieszaniną 1:1 wody i octu winnego, potem kroimy do miski dowolne warzywa, na jakie mamy ochotę, dbając, by znalazły się wśród nich także „mokre”, jak świeży ogórek czy pomidor. Solimy, doprawiamy wedle upodobań, po czym palcami wkruszamy dużą ilość nasączonego miękiszu, intensywnie mieszamy, żeby się jak najbardziej rozdrobnił, odstawiamy koniecznie na godzinę.

No i wreszcie magiczny deser, dla którego warto specjalnie zostawić trochę chleba, by się zsechł. Bread and butter pudding. Topimy 70 g masła i nasączamy nim czerstwe kromki w ilości potrzebnej, by ułożyć trzy warstwy w żaroodpornej formie średnicy ok. 20 cm, posypując między nimi garść namoczonych rodzynek. Zalewamy to mieszaniną 400 ml mleka z wanilią, 3 jajek i 70-80 g cukru, czekamy, aż dobrze nasiąknie, i pieczemy w 160 stopniach przez godzinę pod przykryciem, odsłaniając na ostatnie minuty, by skarmelizować wierzch. Zaraz po wyjęciu z pieca mamy jeszcze wrażenie, że jemy słodki, mokry chleb, ale po nocy całość zamienia się w prawdziwy, jednorodny pudding. ©(P) PB


PORADNIK: UKIŚ LUB ZAMROŹ

ZALEGAJĄCE W LODÓWCE trochę zbyt długo, przywiędłe i mniej atrakcyjne? To jeszcze nie powód, żeby wyrzucać. A już na pewno powodem nie może być (chociaż – jak pokazuje doświadczenie rynku – zbyt często bywa, vide tekst obok) wygląd dyskwalifikujący je z instagrama. Jak nie marnować warzyw i owoców, jak przedłużyć im przydatność do spożycia?

UKIŚ! – wszyscy teraz mówią o kiszeniu i to bardzo piękny trend. Warto zajrzeć do książek Sandora Elliksa Katza, kiszonkowego guru. Zalegającą w lodówce kapustę, kalarepę, marchew, rzodkiew, jarmuż – drobno siekamy, porządnie nacieramy solą do kiszonek (Katz pisze, że komercyjni producenci dają 1,5 do 2 łyżeczek na 500 g warzyw, sam proponuje 3 łyżeczki na 2,3 kg), doprawiamy kminkiem, gorczycą czy kolendrą i ugniatamy w słoju, aż puszczą tyle soku, żeby je przykrył. Dociskamy np. spodkiem, żeby nic nie wystawało ponad płyn, przykrywamy tak, żeby uchodził dwutlenek węgla i zostawiamy na kilka dni w temperaturze pokojowej. Po ukiszeniu przestawiamy do lodówki, gdzie wytrzymają kilka dalszych tygodni. Jeśli nie chcą puścić aż tyle soku albo chcesz np. ukisić rzodkiewki w całości (boskie!), użyj solanki: zagotuj wodę z solą (czubata łyżka na litr), przestudź, zalej warzywa ciepłą solanką.

UGOTUJ ZUPĘ: np. tajską pomidorową z owocami – przesmażamy kawałek cebuli na oliwie, dodajemy 4 pomidory (albo analogiczną ilość z puszki) i 1 jabłko, nieco chili, miksujemy, zabielamy mlekiem kokosowym, można rozprowadzić bulionem z zamrażarki (patrz niżej) – to wariant podstawowy. Świetnie wyjdzie z gruszką, a nawet z pomarańczą. Albo krem z białych warzyw: przesmażamy cebulę z czosnkiem na oliwie, dodajemy dowolne (posiekane) białe warzywa zalegające w lodówce (pietruszkę, seler, ziemniaki), przyprawiamy według upodobania, gotujemy, miksujemy na krem.

I do zamrażarki.

ZRÓB BULION WARZYWNY: kilka marchwi i pietruszek, cebula, por, kawałek selera, pieprz ziarnisty, liście laurowe, kilka jagód ziela angielskiego (bez soli) wrzucamy do garnka, dopełniamy wodą nieco powyżej warzyw i stawiamy na minimalny ogień nawet i na 3 godziny (pół godziny w szybkowarze). Odcedzony porcjujemy i zamrażamy – poczeka, aż będzie potrzebny. Przy okazji można dorzucić skórę z parmezanu (zero waste!), która podbije smak, czy włókniste doły szparagów, co da wspaniałą bazę nie tylko do zupy szparagowej, ale też np. brokułowej. Rezerwa bulionu w zamrażarce naprawdę zmienia kuchenne życie na lepsze.

ZAPIECZ OWOCE POD KRUSZONKĄ: dowolne pokrojone owoce wrzucamy płaską warstwą do natartej masłem kamionki. 150 g mąki, 2 łyżki cukru, po 2 łyżki płatków owsianych i wiórków kokosowych mieszamy palcami z 100 g masła (można dodać 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia), aż osiągną grudkowatą, piaszczystą konsystencję. Przysyp owoce, zapiecz w 180 st. C na rumiano. Uwaga, szczególnie dobrze się w ten sposób ratuje owoce z nalewki – tylko to nie będzie deser dla dzieci.

UWAGA: Z zalegających owoców i warzyw trzeba wyciąć ewentualne przebrązowienia (oczywiście nie dotyczy to bananów). Jeśli zaczęły gnić albo pokryły się pleśnią, wyrzucamy do odpadów bio, a sami idziemy posprzątać las, żeby odkupić ten grzech. ©(P) MK


POLSKA

235
tyle kilogramów żywności wyrzuca co roku przeciętny Polak. I ta liczba rośnie

ŚWIAT

1,3 mld
ton żywności marnuje się rokrocznie na całym świecie

ZIEMIA

250 bln
litrów wody zużywa się co roku do produkcji żywności, która trafia na śmietniki; to 14 razy więcej, niż mieszczą wszystkie jeziora w Polsce


 

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2019