Dlaczego musimy dbać o małe sklepy, lokalne księgarnie, rodzinne bary i serwisy

Świat sieciówek, botów i optymalizacji to świat, którego nie chcę.
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek dla „TP”
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek dla „TP”

Kiedy dowiaduję się o kolejnym osiedlowym sklepiku (albo księgarni) zamienionym w oddział jakiejś popularnej sieciówki, nieodmiennie przypomina mi się kategoria „nie-miejsca”. Ukuł ją przed laty francuski antropolog Marc Augé. Przyglądając się nowoczesnym miejskim przestrzeniom, zwrócił uwagę, że coraz więcej dookoła obszarów, by tak rzec, emocjonalnie sterylnych. „Nie-miejsce” to bowiem właśnie taka sfera, z którą nic nas uczuciowo nie wiąże, żadne głębsze relacje i afekty. Sfera czysto użytkowa, w której pojawiamy się i spełniamy rozmaite zapotrzebowania lub obowiązki, a potem wracamy do innych spraw. Przykładem – supermarkety, lotniska albo dworce. Oczywiście te nowe, nieróżniące się niczym od siebie, bo taki Grand Central w Nowym Jorku albo stara stacyjka kolejowa gdzieś na polskiej prowincji to są zdecydowanie miejsca, a nie ich ściśle funkcjonalna atrapa. Zatem: zero więzi, powtarzalność, brak punktów mentalnego zaczepienia, unifikacja. Oto konstytutywne cechy nie-miejsc.

Do tego zestawu należałoby jeszcze dodać systematyczne zastępowanie ludzi technologicznymi artefaktami, dla nie-miejsc dziś bardzo charakterystyczne. O ile bowiem z pracownicą czy pracownikiem nawet najbardziej zunifikowanej sieciówki można się zaprzyjaźnić, można, przychodząc po zakupy, zamienić kilka słów, pogadać o pogodzie, zapytać, co tam słychać – a zatem: nawiązać relację – o tyle z cyborgiem, który sczytuje kody kreskowe, a następnie inkasuje opłaty, to się nie może udać. Cóż, w tym nowoczesnym technoświecie wszystko odbywa się niczym na taśmie produkcyjnej. Pełna depersonalizacja. Automatyczne komunikaty, syntetyczne głosy, sztucznie spokojna, przesłodzona dykcja, wyzbyta gór i dołów – i chyba właśnie dlatego sprawiająca wrażenie balansu na granicy biernej agresji. Laser skanujący towary, jego miarowe, hipnotyczne pikanie. Albo – tu i ówdzie – jakieś już zupełne cuda: kładziesz zakupy we wnęce, a niewidoczne czujniki natychmiast same wszystko wykrywają, musisz to tylko zaakceptować na ekranie. Optymalizacja, regulacja, maksymalizacja (zysku, oczywiście, zysku).

Od kilku lat to zjawisko stopniowo narasta. W kolejnych miejscach, pardon, nie-miejscach, w kolejnych sferach życia interakcje z ludźmi zastępowane są interakcjami z automatem. Takim na dodatek, który ludzkie zachowania i cechy stara się imitować. Wydaje komunikaty, mówi „dzień dobry” i „do widzenia”. A czasami – jak telefonujące do nas boty albo „wirtualni asystenci”, z którymi prowadzimy długie, kafkowskie konwersacje w aplikacjach lub na stronach internetowych, bezskutecznie usiłując zgłosić jakąś nieprawidłowość albo dochodzić jakichś swoich praw – przemawia nawet pełnymi zdaniami. Co z tego, skoro tak naprawdę nas nie słucha, a tylko – posługując się zaawansowanymi algorytmami – analizuje nasze zdania i konstruuje odpowiedzi wedle zaprogramowanych z góry schematów.

Czy jest to zatem nieuchronny proces? Czy trajektorie technologicznego postępu – od naszej woli przecież niezależne, wyznaczane osiągnięciami nauki – prowadzą nas w kierunku świata, w którym już za chwilę nie-miejsca będą dominować nad miejscami? Rzecz w tym, że niewiele w rzeczywistości społecznej spraw nieuchronnych, wiele tam bowiem zależy od konkretnych decyzji. Jest to prawda tyleż oczywista, co aktywnie i efektywnie ukrywana przez tych, którzy są faktycznymi beneficjentami naszej w tym względzie ignorancji.

Dobrze to pokazała Shoshana Zuboff w monumentalnym „Wieku kapitalizmu inwigilacji”: wielkie cyfrowe korporacje inwestują duże pieniądze w budowanie narracji, w myśl której rola technologii w naszym życiu kształtuje się rzekomo w sposób całkowicie bezwiedny. „Tak po prostu jest”, „tak to wygląda” – myślimy, przyjmując ten punkt widzenia, nieświadomi, że ktoś nam go chytrze sufluje. A tym samym godzimy się na wszystko, co pod płaszczykiem takiej „naturalnej technologicznej ewolucji” do nas przychodzi. I co któregoś dnia po prostu zastajemy jako tzw. dobrodziejstwo inwentarza – np. ulubiony osiedlowy warzywniak, który właśnie został zastąpiony sterylną emocjonalnie sieciówką.

A przecież nie sposób przecenić wagi takich drobnych więzi. Małe sklepy, lokalne księgarnie, rodzinne bary czy restauracje, zakłady usługowe, serwisy – w nich zaś ludzie, z którymi wchodzimy w relacje – to wszystko jest wspólnotowa sieć, to wszystko są małe laboratoria, w których formują się nasze społeczne umiejętności. Ba, w których wykuwa się – podobnie jak w interakcjach z rówieśnikami – nasza zdolność nawiązywania kontaktu, rozumienia siebie nawzajem. W których uczymy się – wiem, że to określenie niemal już zapomniane – dobrych manier, szacunku dla innych, dla ich pracy, wysiłku i zaangażowania. Uczymy się postrzegać społeczny świat jako przestrzeń zróżnicowaną, gdzie każdy ma swoje miejsce. Swoje niezbywalne miejsce, w którym żyje, działa, i w którym – a może raczej: z którego – jest na swój niepowtarzalny sposób pożyteczny dla wspólnoty, dla innych.

Nie ma i nie będzie – bo być nie może – takiej nauki, takiej zaprawy do życia we wspólnocie, jeśli całą tę sieć lokalnych miejsc zastąpią bezduszne nie-miejsca. I jeśli naszych sprzedawców, szewców, mechaników, księgarzy, bibliotekarzy czy cukierników zastąpią boty i skanery.

Czy aby na pewno chcemy takiego świata? Na to pytanie nie odpowie za nas żadna maszyna, nawet ta najnowocześniejsza, która doskonale robi „ping”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 34/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Miejsca i nie-miejsca