Kiedy dowiaduję się o kolejnym osiedlowym sklepiku (albo księgarni) zamienionym w oddział jakiejś popularnej sieciówki, nieodmiennie przypomina mi się kategoria „nie-miejsca”. Ukuł ją przed laty francuski antropolog Marc Augé. Przyglądając się nowoczesnym miejskim przestrzeniom, zwrócił uwagę, że coraz więcej dookoła obszarów, by tak rzec, emocjonalnie sterylnych. „Nie-miejsce” to bowiem właśnie taka sfera, z którą nic nas uczuciowo nie wiąże, żadne głębsze relacje i afekty. Sfera czysto użytkowa, w której pojawiamy się i spełniamy rozmaite zapotrzebowania lub obowiązki, a potem wracamy do innych spraw. Przykładem – supermarkety, lotniska albo dworce. Oczywiście te nowe, nieróżniące się niczym od siebie, bo taki Grand Central w Nowym Jorku albo stara stacyjka kolejowa gdzieś na polskiej prowincji to są zdecydowanie miejsca, a nie ich ściśle funkcjonalna atrapa. Zatem: zero więzi, powtarzalność, brak punktów mentalnego zaczepienia, unifikacja. Oto konstytutywne cechy nie-miejsc.
Do tego zestawu należałoby jeszcze dodać systematyczne zastępowanie ludzi technologicznymi artefaktami, dla nie-miejsc dziś bardzo charakterystyczne. O ile bowiem z pracownicą czy pracownikiem nawet najbardziej zunifikowanej sieciówki można się zaprzyjaźnić, można, przychodząc po zakupy, zamienić kilka słów, pogadać o pogodzie, zapytać, co tam słychać – a zatem: nawiązać relację – o tyle z cyborgiem, który sczytuje kody kreskowe, a następnie inkasuje opłaty, to się nie może udać. Cóż, w tym nowoczesnym technoświecie wszystko odbywa się niczym na taśmie produkcyjnej. Pełna depersonalizacja. Automatyczne komunikaty, syntetyczne głosy, sztucznie spokojna, przesłodzona dykcja, wyzbyta gór i dołów – i chyba właśnie dlatego sprawiająca wrażenie balansu na granicy biernej agresji. Laser skanujący towary, jego miarowe, hipnotyczne pikanie. Albo – tu i ówdzie – jakieś już zupełne cuda: kładziesz zakupy we wnęce, a niewidoczne czujniki natychmiast same wszystko wykrywają, musisz to tylko zaakceptować na ekranie. Optymalizacja, regulacja, maksymalizacja (zysku, oczywiście, zysku).
Od kilku lat to zjawisko stopniowo narasta. W kolejnych miejscach, pardon, nie-miejscach, w kolejnych sferach życia interakcje z ludźmi zastępowane są interakcjami z automatem. Takim na dodatek, który ludzkie zachowania i cechy stara się imitować. Wydaje komunikaty, mówi „dzień dobry” i „do widzenia”. A czasami – jak telefonujące do nas boty albo „wirtualni asystenci”, z którymi prowadzimy długie, kafkowskie konwersacje w aplikacjach lub na stronach internetowych, bezskutecznie usiłując zgłosić jakąś nieprawidłowość albo dochodzić jakichś swoich praw – przemawia nawet pełnymi zdaniami. Co z tego, skoro tak naprawdę nas nie słucha, a tylko – posługując się zaawansowanymi algorytmami – analizuje nasze zdania i konstruuje odpowiedzi wedle zaprogramowanych z góry schematów.
Czy jest to zatem nieuchronny proces? Czy trajektorie technologicznego postępu – od naszej woli przecież niezależne, wyznaczane osiągnięciami nauki – prowadzą nas w kierunku świata, w którym już za chwilę nie-miejsca będą dominować nad miejscami? Rzecz w tym, że niewiele w rzeczywistości społecznej spraw nieuchronnych, wiele tam bowiem zależy od konkretnych decyzji. Jest to prawda tyleż oczywista, co aktywnie i efektywnie ukrywana przez tych, którzy są faktycznymi beneficjentami naszej w tym względzie ignorancji.
Dobrze to pokazała Shoshana Zuboff w monumentalnym „Wieku kapitalizmu inwigilacji”: wielkie cyfrowe korporacje inwestują duże pieniądze w budowanie narracji, w myśl której rola technologii w naszym życiu kształtuje się rzekomo w sposób całkowicie bezwiedny. „Tak po prostu jest”, „tak to wygląda” – myślimy, przyjmując ten punkt widzenia, nieświadomi, że ktoś nam go chytrze sufluje. A tym samym godzimy się na wszystko, co pod płaszczykiem takiej „naturalnej technologicznej ewolucji” do nas przychodzi. I co któregoś dnia po prostu zastajemy jako tzw. dobrodziejstwo inwentarza – np. ulubiony osiedlowy warzywniak, który właśnie został zastąpiony sterylną emocjonalnie sieciówką.
A przecież nie sposób przecenić wagi takich drobnych więzi. Małe sklepy, lokalne księgarnie, rodzinne bary czy restauracje, zakłady usługowe, serwisy – w nich zaś ludzie, z którymi wchodzimy w relacje – to wszystko jest wspólnotowa sieć, to wszystko są małe laboratoria, w których formują się nasze społeczne umiejętności. Ba, w których wykuwa się – podobnie jak w interakcjach z rówieśnikami – nasza zdolność nawiązywania kontaktu, rozumienia siebie nawzajem. W których uczymy się – wiem, że to określenie niemal już zapomniane – dobrych manier, szacunku dla innych, dla ich pracy, wysiłku i zaangażowania. Uczymy się postrzegać społeczny świat jako przestrzeń zróżnicowaną, gdzie każdy ma swoje miejsce. Swoje niezbywalne miejsce, w którym żyje, działa, i w którym – a może raczej: z którego – jest na swój niepowtarzalny sposób pożyteczny dla wspólnoty, dla innych.
Nie ma i nie będzie – bo być nie może – takiej nauki, takiej zaprawy do życia we wspólnocie, jeśli całą tę sieć lokalnych miejsc zastąpią bezduszne nie-miejsca. I jeśli naszych sprzedawców, szewców, mechaników, księgarzy, bibliotekarzy czy cukierników zastąpią boty i skanery.
Czy aby na pewno chcemy takiego świata? Na to pytanie nie odpowie za nas żadna maszyna, nawet ta najnowocześniejsza, która doskonale robi „ping”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















