Zdrowy rozsądek: pojęcie, które zrobiło karierę w polityce. Choć jest przerażająco nierozsądne

Od Trumpa po Mentzena przez świat idzie rewolucja zdrowego rozsądku. Rzekomo apolityczna, ale nie dajcie się zwieść: nie ma nic bardziej politycznego niż zdrowy rozsądek.
Czyta się kilka minut
Wiec wyborczy Sławomira Mentzena. Częstochowa, 24 kwietnia 2025 r. // Fot. Karol Porwich / East News
Wiec wyborczy Sławomira Mentzena. Częstochowa, 24 kwietnia 2025 r. // Fot. Karol Porwich / East News

Jest 6 listopada 2024 r. Karolina Północna, Georgia i Pensylwania wybrały, więc staje się jasne, że Donald Trump wróci do Białego Domu. Zwycięzca wychodzi na scenę w Palm Beach. Staje za mównicą z napisem „Trump will fix it” (Trump to naprawi), który równie dobrze mógłby się znaleźć na jednej z milionów furgonetek przemierzających amerykańskie ulice – należącej do hydraulika, elektryka albo złotej rączki.

Z właściwą sobie skromnością przyszły prezydent ogłasza, że oto dokonał „zjednoczenia obywateli ze wszystkich grup społecznych wokół wspólnego rdzenia zdrowego rozsądku [common core of common sense]”. I dodaje: „Bo wiecie, jesteśmy partią zdrowego rozsądku!”.

Uruchamianie odtwarzacza...

Nie brakuje komentatorów, którzy dostrzegają w tym abdykację polityki na rzecz banału. Podobno za zdroworozsądkową retoryką nie ma już żadnego programu, żadnych propozycji, żadnych wartości.

Sądzę, że to nieprawda. Nie ma nic bardziej politycznego niż zdrowy rozsądek. A im bardziej apolitycznie stara się przedstawiać, tym bardziej polityczny się staje. Zdrowy rozsądek polega bowiem na wzięciu czegoś, co my uznajemy za oczywiste i ogłoszeniu tego za prawdy absolutne, niepodlegające negocjacji. Tym samym każdy zdrowy rozsądek (po łacinie i angielsku „rozsądek wspólny”, sensus communis/ common sense) powołuje do życia hermetyczną wspólnotę, a zarazem wyklucza z niej tych, którzy myślą inaczej.

To niebezpieczne narzędzie. Warto zrozumieć, jak działa.

Trump, Farage, Orbán, Mentzen: kto jest w Partii Zdrowego Rozsądku

Partia Zdrowego Rozsądku wyrosła na potężną międzynarodową organizację, której wpływy sięgają daleko poza USA. Na Starym Kontynencie np. do tego pojęcia chętnie odwołują się zwolennicy prawicowych partii o charakterze „wolnościowym” i antyeuropejskim.

To właśnie „zdrowy rozsądek” (w połączeniu z nostalgią za imperialną przeszłością) kilka lat temu zaprowadził poddanych królowej do Brexitu. Nigel Farage, lider ruchu na rzecz opuszczenia UE, uwielbiał mówić o „większościowej koalicji zdrowego rozsądku” (majority for common sense).

Wiosną zeszłego roku zdrowy rozsądek był także jedną z fraz kluczy podczas National Conservatism Conference – zjazdu prawicowych organizacji, na którym oprócz wspomnianego Farage’a występował m.in. Viktor Orbán. Po tym, jak nie udała się próba zablokowania kongresu przez władze miejskie Brukseli, organizatorzy ogłosili, że „zdrowy rozsądek zwyciężył”, co stało się nieformalnym hasłem całego zjazdu.

Partia Zdrowego Rozsądku ma przedstawicieli także nad Wisłą. Najważniejszym z nich jest Sławomir Mentzen, który podczas lutowej konwencji sformułował nawet swego rodzaju credo: „Mówią nam, że jesteśmy radykałami. I pod jednym względem to rzeczywiście prawda. Jestem radykalnym zwolennikiem zdrowego rozsądku. Uważam, że zdrowy rozsądek jest tym, czego w tej chwili najbardziej brakuje w polskiej polityce”. Kandydat Konfederacji na prezydenta powtarza wręcz, że najwyższy czas przeprowadzić w Polsce „rewolucję zdrowego rozsądku”.

To hasło oparte na paradoksach. Po pierwsze, zdrowy rozsądek prezentuje się jako wartość konserwatywna, odsyłając do pojęć takich jak „umiar” czy „ograniczanie”, a jednocześnie Partia Zdrowego Rozsądku na całym świecie – od Trumpa do Mentzena – chętnie mówi o rewolucji.

Jeszcze ciekawsze jest drugie napięcie. Choć bowiem „rewolucja zdrowego rozsądku” jest globalna i blisko związana z neoliberalnymi ideałami wolności gospodarczej, na jej sztandarach znajdują się lokalność, izolacjonizm, odcięcie od światowych trendów kulturowych i sprzeciw wobec globalizacji handlu.

Krótka historia zdrowego rozsądku. Sekret, jak zawsze, tkwi w szczegółach

I jeszcze jeden paradoks. Zdrowy rozsądek przedstawia się jako niezmienny, choć nieustannie mutuje. Dzieje wielkich przemian politycznych są w gruncie rzeczy historią stopniowych lub rewolucyjnych zmian tego, co przyjmowano za pewnik.

Jak przypomina Sofia Rosenfeld, autorka książki „Common sense. A political history”, zdrowy rozsądek zajmuje ważne miejsce w historii politycznej USA co najmniej od czasu publikacji w roku 1776 broszury pod takim właśnie tytułem. Jej autor, Thomas Paine, przekonywał, że potrzeba uniezależnienia się amerykańskich kolonii od Wielkiej Brytanii jest rzeczą oczywistą, bo bieg dziejów wyznacza postęp wolności.

W tym samym roku Thomas Jefferson napisał słynne drugie zdanie Deklaracji Niepodległości: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, do wolności i dążenia do szczęścia”.

Sekret, jak zawsze, tkwi jednak w szczegółach. Zarówno dla czytelników Paine’a, jak i dla Jeffersona zdanie „wszyscy ludzie stworzeni są równymi” (all men are created equal) odnosiło się do białych mężczyzn. Bowiem 19. poprawka do konstytucji USA, przyznająca prawa wyborcze kobietom, weszła w życie dopiero w 1920 r. I potrzeba było kolejnych czterech dekad, żeby w kraju ludzi wolnych, jak chętnie określa się Ameryka, zniesiono segregację rasową.

Podobnie rzecz się przedstawia ze zdrowym rozsądkiem w polityce ekonomicznej. Na początku lat 70. nawet najbardziej prorynkowi politycy wierzyli, że publiczne jest sprawniejsze niż prywatne, a naprawdę duże przedsięwzięcia może zrealizować tylko państwo. Jak Richard Nixon, który w 1971 r. przyznał, że – jak wszyscy wówczas – jest zwolennikiem interwencjonizmu państwowego w modelu Keynesowskim. „We are all Keynesians now” było zdrowym rozsądkiem tamtych czasów.

Rewolucja neoliberalna lat 80. i 90. to przede wszystkim wielkie przedefiniowanie zdrowego rozsądku. Dziś coraz częściej łączy on realizm z różnymi formami egoizmu, kolektywizm przedstawia jako mrzonki i z góry zakłada, że prywatne jest w każdej dziedzinie sprawniejsze niż publiczne. Podatki przedstawia jako brzemię, a nie jako formę udziału w kształtowaniu wspólnej przestrzeni.

Zapewne niektóre z tych twierdzeń w pewnych sytuacjach okazują się prawdziwe. Niektóre to z kolei deklaracje wartości, które w ogóle nie poddają się weryfikacji w kategoriach prawda/fałsz. W żadnym nie ma jednak nic oczywistego. Skąd więc globalny sukces tych, którzy przedstawiają je jako pewniki?

Pojęcia bliskie doświadczeniu chętnie bierzemy za rzeczywistość

Tak się składa, że pojęcie zdrowego rozsądku jest ważne nie tylko dla polityki, lecz także dla antropologii. I to właśnie wyprawa na teren tej dyscypliny może pomóc zrozumieć, skąd bierze się sukces Partii Zdrowego Rozsądku.

Niemiecki lekarz i psychoterapeuta Heinz Kohut zauważył, że korzystamy z dwóch rodzajów pojęć. Niektóre są dla nas oczywiste, zrozumiałe same przez się i poręczne – Kohut nazwał je „pojęciami bliskimi doświadczeniu”. Czasem jednak, by zmierzyć się z rzeczywistością, potrzebujemy kategorii abstrakcyjnych, teorii czy skomplikowanych schematów poznawczych. Wszystko to w terminologii Kohuta „pojęcia dalekie od doświadczenia”. Zdrowe funkcjonowanie w społeczeństwie oznacza m.in. zdolność płynnego przełączania się między tymi dwoma systemami.

Kategoryzacja Kohuta okazała się poręczna we współczesnej antropologii. Jej zadaniem jest wszak zrozumienie wszelkiego rodzaju „tubylców” w ich własnym świecie. „Ludzie posługują się koncepcjami bliskimi doświadczeniu spontanicznie, nieświadomie, jak gdyby potocznie, nie zdają sobie sprawy, prócz wyjątkowych i ulotnych momentów, że jakiekolwiek »koncepcje« wchodzą tutaj w grę. Oto cały sens bliskiego doświadczenia: pojęcia i rzeczywistość, która za nimi stoi, są ze sobą nierozerwalnie związane” – wyjaśnia jeden z czołowych przedstawicieli tej dyscypliny, Clifford Geertz.

W świecie zdrowego rozsądku – Geertz stosuje to pojęcie zamiennie z „pojęciami bliskimi doświadczeniu” – słowa i rzeczy są jednym. Wolność to wolność, sprawiedliwość to sprawiedliwość, Polska to Polska (Grzegorz Braun: „Tu jest Polska”). Kto podważa tautologie, kto śmie pytać o precyzyjny sens tego, co przyjmowane za oczywiste, natychmiast staje się obcym, wykluczonym. Geertz nazywa to także „wiedzą lokalną”. Prawdy obowiązujące na danej wyspie czynią z jej mieszkańców wspólnotę.

Oczywiście zasada ta nie ogranicza się do miejsc z naszego punktu widzenia „egzotycznych”. Najdonioślejszym odkryciem XX-wiecznej antropologii było wszak rozpoznanie, że i my jesteśmy tubylcami. Żyjemy na naszych wyspach i w internetowych bańkach, otoczeni przez ludzi, którzy podzielają naszą wiedzę lokalną. Otaczają nas pojęcia bliskie doświadczeniu, które chętnie bierzemy za rzeczywistość. Czujemy się wówczas bezpieczni i pewni swoich racji.

Dlaczego polityka zdrowego rozsądku jest współczesną wersją magii

To poczucie bezpieczeństwa ma jednak cenę. Mentzen i Trump mogą głosić potrzebę rewolucji, ale zdrowy rozsądek jest kategorią zachowawczą, betonującą zastaną rzeczywistość. Dla wyjaśnienia tego fenomenu antropologowie często odwołują się do badań nad… magią. Bo magia, choć przypisuje sobie moc niemal nieograniczonego zmieniania świata, jest w gruncie rzeczy sprytnym narzędziem konserwowania obowiązującego porządku.

Jak ujmował to Geertz, odwołując się do badań nad jednym z afrykańskich plemion: „Czary przywoływane są wtedy, kiedy coś nie przebiega zgodnie z oczekiwaniami, kiedy Zande natyka się na anomalie czy sprzeczności”. Afrykańscy Zande słyną z tego, że w każdym niefortunnym zdarzeniu upatrują magii, a czary i czarownice stanowią kluczowy element ich zdrowego rozsądku. „Każdy wie – powtarzają Zande – że takie rzeczy dzieją się przez czary”. Garnki nie pękają same z siebie, ludzie nie chorują tak po prostu. Kluczowym elementem systemu zdrowego rozsądku jest tu wskazywanie winnych, a jedną z ulubionych rozrywek – polowanie na czarownice.

Polityka zdrowego rozsądku jest współczesną wersją magii, tyle że przełożoną na pojęcia bliskie naszemu doświadczeniu. Jej esencję stanowią zasady, które antropolodzy rozpoznali, prowadząc studia nad czarami.

Po pierwsze, uznanie pewnych pojęć za oczywiste i wykluczenie poza obręb wspólnoty tych, którzy ich nie podzielają (np. niższe podatki są lepsze niż wyższe, państwo jest zawsze nieefektywne, małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety, klimat się nie zmienia…).

Po drugie, w ten sposób wykluczeni ze wspólnoty zostają wszelkiego rodzaju „obcy”, wychowani w odmiennych systemach wyobrażeń, polityczni przeciwnicy, ale też „elity”, w szczególności zaś eksperci dysponujący wiedzą innego rodzaju niż potoczna i posługujący się pojęciami dalekimi od doświadczenia. Tym samym prawomocnym podmiotem polityki staje się wyłącznie „zwykły człowiek”, co w gruncie rzeczy oznacza „ja i podobni do mnie”.

Po trzecie wreszcie, polityka zdrowego rozsądku koi niepokoje poprzez wskazywanie prostej, najlepiej osobowej przyczyny wszelkich niepowodzeń i kataklizmów (np. biurokraci, UE, Żydzi, Ukraińcy). Co doskonale splata się z wykluczeniem poza nawias wszelkiego rodzaju „innych”.

Polityka oparta na dowodach: nie ma prostej recepty na wszystko

Arthur C. Clarke twierdził wprawdzie, że każda dostatecznie rozwinięta technologia staje się nierozróżnialna od magii, antropologia nie zgadza się jednak z tym popularnym w literaturze science fiction konceptem. Jeśli istnieje system radykalnie odmienny od magii, to jest nim właśnie nauka i zbudowana wokół niej technologia.

Przede wszystkim nauka opiera się na pojęciach dalekich od doświadczenia. Celowo szuka abstrakcji, stara się usunąć wszelkie poboczne czynniki, by sprowadzić proces do prostych, możliwych do kontrolowania zmiennych. Nauka stawia hipotezy i weryfikuje je poprzez eksperymenty. W nauce zmienianie zdania, przyznawanie się do błędu i nieustanna weryfikacja paradygmatów są (a przynajmniej powinny być) czymś normalnym. Oczywiście naukowcy także są tubylcami na swoich wysepkach, a proces poszukiwania wiedzy jest dla nich związany z pozyskiwaniem grantów, osobistymi ambicjami i budowaniem indeksu cytowań. Nic więc dziwnego, że czasem też zachowują się jak kapłani pradawnych bogów albo urządzają polowania na czarownice.

Wracając jednak do ideałów nauki – jej politycznym przedłużeniem jest polityka oparta na dowodach. A właściwie polityki oparte na dowodach, bo pojęcia dalekie od doświadczenia kierują nas nie ku polityce jako systemowi zarządzania wspólnotą (ang. politics), lecz raczej ku politykom w znaczeniu rozwiązań problemów (ang. policy), np. polityka rolna, energetyczna czy fiskalna.

Trzy zasady polityk opartych na dowodach przedstawiałyby się następująco. Po pierwsze, treść pojęć jest płynna – wymaga negocjowania i doprecyzowania. Po drugie, uznajemy, że różne osoby i grupy w obrębie wspólnoty dysponują różnymi zakresami wiedzy, w szczególności cenimy i staramy się wykorzystać wiedzę ekspertów. Po trzecie i najważniejsze: nie zakładamy z góry, co jest skuteczne, lecz testujemy hipotezy i szukamy potwierdzenia lub zaprzeczenia w danych. Nie ma jednej uniwersalnej przyczyny wszystkich niepowodzeń i jednej prostej recepty na naprawienie świata.

Sposób na Mentzena: powiedzieć „sprawdzam”

Różnicę między polityką zdrowego rozsądku a polityką opartą na dowodach najlepiej widać na przykładach, przyjrzyjmy się więc temu, co polski oddział Partii Zdrowego Rozsądku ma do powiedzenia na temat ochrony zdrowia. „Służba zdrowia w Polsce zbankrutowała”. „Mamy państwowego monopolistę. Jak coś jest państwowe, zwykle działa źle”. Nawet pochwały dla szeptunki, które kilkakrotnie głosił Mentzen, zyskują sens jako przykład antyelitaryzmu („Ludzie potrafią składać ręce. Nie muszą mieć do tego dyplomu lekarskiego”).

Co tak naprawdę robi Mentzen? Stara się z góry sformułować pewne zasady, a potem dopasować do nich rzeczywistość. Konkurencja jest zawsze lepsza niż kooperacja. Prywatne lepsze niż publiczne. Elity próbują zwiększyć zyski, sztucznie ograniczając podaż usług medycznych (była to odpowiedź na krytykę chodzenia do szeptuchy.) Może i szczepienia działają, ale przymus na pewno jest zły.

Tymczasem żyjemy w świecie, w którym dostęp do danych jest łatwiejszy niż kiedykolwiek. Możemy po prostu sprawdzić, jakie polityki zdrowotne się sprawdzają, a jakie nie. Czy to prawda, jak twierdził Mentzen, że polski system jest niewydajny i traci mnóstwo pieniędzy, podczas gdy niemiecki działa doskonale? Otóż w Polsce całkowite wydatki na zdrowie na osobę wynoszą mniej niż 3 tys. dolarów rocznie, podczas gdy w Niemczech – ponad 8 tys. Na tle Niemiec nasza ochrona zdrowia jest po prostu niedofinansowana. Natomiast naprawdę kuriozalny przykład stanowią USA, zorganizowane w sposób bliski ideałom głoszonym przez Mentzena. Wydatki na ochronę zdrowia per capita wynoszą tam ponad 12 tys. dolarów (czyli ponad cztery razy więcej niż w Polsce!). A efekty? Mizerne. Oczekiwana długość zdrowego życia (healthy life expectancy), jeden z najważniejszych współczynników, na podstawie którego ocenia się wydajność ochrony zdrowia, wynosi w USA zaledwie 64,5 roku, co plasuje je nie tylko poniżej Niemiec (69 lat), ale także Polski (65,7 lat).

System konkurujących ze sobą prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych jest nieskuteczny. Nie znaczy to, oczywiście, że wszystko, co państwowe, jest lepsze (to by było myślenie magiczne, tylko w drugą stronę). Oznacza po prostu, że w tym przypadku dostępne dane wskazują, jakie działania w obrębie polityki zdrowotnej przynoszą efekt, a jakie nie.

Recepty doktora Mentzena mogą więc brzmieć rozsądnie, okazują się jednak kompletnie nieskuteczne.

Na czym polega prawdziwa polityka

Odpowiedzią na politykę zdrowego rozsądku może być więc promowanie polityk (policies) opartych na dowodach. Komunały powtarzane przez Trumpa czy Mentzena należałoby konsekwentnie konfrontować z danymi. To powinno być zadanie nie tylko politycznych adwersarzy, lecz przede wszystkim ludzi mediów, naukowców i ekspertów wypowiadających się w przestrzeni publicznej. Potrzebujemy portali internetowych, programów radiowych i tygodników, w których dane mogą zwyciężyć z komunałami.

Oprócz tego wciąż mamy jednak politykę w szerokim znaczeniu (politics), a więc sztukę zarządzania wspólnotą i występującymi w niej różnicami. Tutaj też potrzebujemy odpowiedzi na politykę zdrowego rozsądku i jej prosty przepis polegający na forsowaniu założenia, że wszyscy rozsądni ludzie są tacy sami i myślą tak samo.

W tym kontekście znów warto wrócić do antropologii. Clifford Geertz twierdził, że „sedno tkwi w tym, żeby pojąć, co, u licha, oni sami o sobie myślą”. Antropolog to tłumacz, który przemieszcza się pomiędzy światami. Poznaje różne systemy zdrowego rozsądku i dokonuje przekładu. Jeśli trzeba – przenosi pewne treści na poziom abstrakcji, dokonując tłumaczenia na pojęcia dalekie od doświadczenia. Przede wszystkim zaś nieustannie przypomina, że za horyzontem istnieją inne wyspy. To, co wydaje się oczywiste w Krakowie, na Trobriandach może być niedorzecznością.

Antropolog musi więc maksymalnie zbliżyć się z badaną grupą, nie może jednak stać się jednym z tubylców (w antropologii nazywa się to paradoksem going native). Być może kryje się tu ważna lekcja także dla ambitnych polityków, którzy muszą nie tylko poznać swoich wyborców, lecz także mieć odwagę zaproponować im coś, co w danym momencie wykracza poza ich zdrowy rozsądek.

To wezwanie do sprzeciwu wobec dominującej dziś dyktatury sondaży i polityki całkowicie reaktywnej. Być może najważniejszym zadaniem polityków, którzy chcieliby wygrać z receptami oferowanymi przez doktora Mentzena i spółkę, powinno być pokazanie wielości światów, zrozumienie, mediowanie, proponowanie czegoś dodatkowego.

Prawdziwa polityka to sztuka budowania mostów między wyspami zdrowego rozsądku. Sztuka słuchania i inicjowania dialogu oraz tłumaczenia w obie strony – na pojęcia bliskie doświadczeniu i dalekie od niego. Sztuka zmieniania zdrowego rozsądku tak, by mógł nadążać za politykami opartymi na dowodach.

Bardzo nam dziś potrzeba takiej globalnej partii antropologów. Alternatywą jest dalszy rozpad archipelagu, niekończące się polowanie na czarownice, pogłębiający się antyelitaryzm i ksenofobia.

Bo zdrowy rozsądek na dłuższą metę okazuje się przerażająco nierozsądny.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Politycy jak magicy