„Za młodu pragnąłem zostać wielkim mówcą – wspomina Jan Karski w jednym z pierwszych rozdziałów „Tajnego państwa”. – Ćwiczyłem się w tym usilnie i starałem się opanować wszelkie oratorskie sztuczki asów europejskiej polityki i dyplomacji. W 1934 roku w Collegium Maximum na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie uzyskałem kilka wyróżnień za wystąpienia”.
Swoje pierwsze naprawdę ważne przemówienie Karski wygłosił jednak nie w akademickiej auli, a w wagonie kolejowym – dodając otuchy grupie współwięźniów i przekonując ich do planu ucieczki. Od tamtego dnia słowo miało stać się jego orężem w walce z obojętnością, politycznym cynizmem i niepamięcią.
Najpierw jako naoczny świadek próbował uświadomić wpływowym politykom za oceanem, czym są getto warszawskie i Zagłada Żydów. Później tłumaczył Zachodowi specyfikę sytuacji okupowanej Polski. „Rychło sobie uświadomiłem – pisał – że świat zewnętrzny nie rozumie dwóch najważniejszych zasad, którymi kierował się polski ruch oporu. Świat nie potrafił pojąć, czy też należycie ocenić poświęcenia i bohaterstwa związanego z tym, że jako naród nie poszliśmy na kolaborację z Niemcami. Nie doceniono tego, że nasza niezłomna postawa zapobiegła wyłonieniu się polskiego Quislinga. (...) Ponadto na świecie nie potrafiono wyobrazić sobie też, na czym polega prawdziwa działalność polskiego ruchu oporu. Sama idea państwa podziemnego często bywała dla obcokrajowców niezrozumiała”.
„Tajne państwo” – bestseller Jana Karskiego o okupowanej Polsce
Karski doskonale rozumiał specyfikę czasu, w którym przyszło mu działać. Zmieniał gatunki, szukał idealnej formy. Swój słynny raport skrócił do kilkunastominutowej wypowiedzi, którą powtarzał niczym biznesowe pitchingi – krótkie mowy mające przyciągnąć inwestorów. Do pomysłu filmu o Polsce próbował przekonać producentów w Hollywood. Kiedy to się nie udało, wziął się za pisanie – nie specjalistycznej rozprawy przeznaczonej dla grona ekspertów, lecz popularnego bestsellera, jakim faktycznie stało się „Tajne państwo”.
Książka podbiła rynek wydawniczy zbyt późno, by odwrócić wyroki Teheranu i Jałty, zapewniła jednak autorowi pozycję autorytetu i otworzyła drzwi do kariery akademickiej. Po wojnie Karski wrócił do słowa mówionego. Dał się poznać jako charyzmatyczny wykładowca, a jego przemówienia utrwalone w nagraniach do dziś robią olbrzymie wrażenie. Twardą angielszczyzną, w której mimo kolejnych lat spędzonych na Zachodzie wciąż wyraźnie pobrzmiewała polska melodia, opowiadał o odpowiedzialności, obojętności i empatii.
Świadectwo w filmie „Shoah” i niedokończona misja
Dla globalnej publiczności odkrył go na nowo film Claude’a Lanzmanna „Shoah” (oryginalne wywiady przeprowadzone wówczas z Karskim obejrzeć można w mediatece Muzeum Historii Polski, gdzie zostały zebrane w ramach programu „Jan Karski. Niedokończona Misja”). Tak oto jego osobista pamięć stała się pamięcią historyczną.
Przez cały ten czas słowo stanowiło podstawowe narzędzie pracy Karskiego. W stuleciu, w którym opowieści uczyniono bronią i zaprzęgnięto w służbę przerażającym totalitarnym reżimom, on wytrwale przywracał im pierwotną, podstawową funkcję. Opowieści służyły mu po to, by podzielić się tym, czego doświadczył. Po to, by zrozumieć innych. Po to, by wezwać do działania w obliczu zła. Wreszcie po to, by utrzymywać pamięć w świecie, który w imię wygody i dobrego samopoczucia wolałby wybrać zapomnienie.
„Wielkie mocarstwa wobec Polski” – opus magnum Karskiego – kończy się rozdziałem pod symptomatycznym tytułem „Znaczenie układu jałtańskiego. Dyplomacja i semantyka”. Czytamy tam o „nieokreśloności i dwuznaczności” jako przemyślanej strategii obojętności. Karski pokazuje, jak zachodni przywódcy celowo dbali o wieloznaczność i ogólnikowość formułowanych w sprawie Polski deklaracji.
Język dyplomacji i lekcja z Jałty
Patrzeć tak, by nie zobaczyć. Słuchać tak, by nie usłyszeć. Mówić tak, by nie obiecać nic konkretnego. Oto pułapka języka bardziej niebezpieczna niż kłamstwo, bo prowadząca do stopniowego wycierania się opowieści, do dewaluacji słów, degradacji języka.
Jest to, jak sądzę, lekcja niezwykle aktualna. Lekcja, którą na nowo musimy odrobić w wieku XXI, w świecie już nie tylko książkowych bestsellerów i filmowych superprodukcji, ale także mediów społecznościowych czy tekstów i obrazów generowanych przez sztuczną inteligencję. W obliczu nowych reżimów nienawiści, nowych mediów i nowych murów obojętności, którymi odgrodzić się próbujemy od tego, co słuszne – wciąż warto walczyć o słowa. Trudno o lepszego patrona tej walki niż Jan Karski.
Marcin Napiórkowski – semiotyk kultury, p.o. dyrektora Muzeum Historii Polski, autor m.in. „Mitologii współczesnej” i „Turbopatriotyzmu”, współpracownik „Tygodnika”.
Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 39/2025
Redakcja: Michał Sowiński
Współpraca: Jacek Stawiski
Proj. graf.: Marek Zalejski
Skład: Andrzej Leśniak
Opieka wydawnicza: Anna Pietrzykowska
na okładce: Jan Karski, lata 50. / Zdjęcie dzięki uprzejmości Macieja Sadowskiego z albumu „Jan Karski fotobiografia”
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















