Acapulco w Chodzieży. Pożytki z kolekcjonowania rzeczy vintage

Każda rzecz używana posiada dwie historie: oficjalną i prywatną. Dlatego w kolekcjonowaniu kluczowa jest wyobraźnia.
Czyta się kilka minut
Asteroidy na wystawie „Eryka i Jan Drostowie. Polskie Projekty Polscy Projektanci”. Gdynia, lipiec 2021 r. // Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl
Asteroidy na wystawie „Eryka i Jan Drostowie. Polskie Projekty Polscy Projektanci”. Gdynia, lipiec 2021 r. // Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl

W mojej kolekcji przedmiotów vintage każdy jest zbytkiem, rzeczą niekonieczną, której pierwszym zadaniem jest się podobać. Dopiero później – ewentualnie – spełnia rolę: talerza, wazonu, krzesła, wieszaka na ubrania. Vintage to rzeczy traktowane specjalnie, mają służyć oczom. Bywają kruche i także z tego powodu – jeżeli pozostaną nienaruszone – z wiekiem zyskają na wartości.

W cenę sztuki, również użytkowej, wlicza się przecież czas, lata troski, dekady delikatnego obchodzenia się. W przypadku figurek produkowanych przez Zakłady Porcelany Stołowej w Ćmielowie można wręcz obliczyć wartość czasu minionego w złotówkach. Cena tych produkowanych współcześnie przez AS Ćmielów (z form-matek) jest dwu-, trzy-, a czasem nawet dziesięciokrotnie niższa od tej, jaką osiągają na licytacjach figurki powstałe na przełomie lat 50. i 60.

W 2022 r. 64-letni Jeż Hanny Orthwein (projekt z 1958 r.) sprzedał się w internetowym domu aukcyjnym za 1200 zł, podczas gdy identyczny, dopiero co wypalony w piecu, jest dostępny od ręki za niecałe 500 zł. Proces produkcji obu Jeży był taki sam – zostały odlane w formach gipsowych, oczyszczone, szkliwione i ręcznie dekorowane. Każdy ma unikatowy numer, wyglądają identycznie. Oprócz ceny różni je czas.

Moja szklana głowa: dzieło od Ingrid Glas lub San Miguel

Jest w mojej kolekcji zachowana idealnie, wykonana z cienkiego niebieskiego szkła ludzka głowa naturalnych rozmiarów, pochodząca być może z Niemiec (Ingrid Glas), albo z Hiszpanii (San Miguel). Dałam za nią dosłownie kilka dych, choć głowy z barwionego w masie (a nie malowanego) szkła potrafią w Polsce kosztować nawet kilkaset złotych.

Można jej używać jako stojaka na słuchawki albo kapelusze, ale ja wolę na nią tylko patrzeć. Przyszła do paczkomatu zapakowana pancernie. Tamtego wieczoru, przejęta, ostrożnie rozcinałam kolejne warstwy tektury i folii bąbelkowej, a potem wilgotną chusteczką wycierałam z kurzu delikatne szkło, przytrzymując je dla pewności drugą dłonią. Czystą głowę postawiłam na wschodnim parapecie, by następnego dnia rano zalśniła w zimowym słońcu. Tamtego ranka rosyjskie czołgi wjechały na Ukrainę na czterech liniach frontu i na długo o niej zapomniałam. Po paru tygodniach znów głowę dostrzegłam, przypominając sobie ostatni wieczór w czasach, gdy najbardziej martwiłam się o szkło.

Kiedy dwa lata później się przeprowadzałam, owinęłam niebieską głowę w trzy koce i umieściłam w osobnym koszu, zabezpieczając jego boki ścierkami do naczyń. Na tobół przykleiłam karteczkę „szklana głowa, bardzo uważać!”. To oczywiście bzdura, zdobyczna błahostka, nawet nie pamiątka. A jednak bardzo nie chciałabym jej stracić.

Tak jak włocławskiego porcelanowego kubka z „Kujawiakiem” Zofii Stryjeńskiej (z sześciu wysłanych do mnie w paczce – luzem, w owijce z papieru toaletowego – ocalał tylko ten), ćmielowskiego talerzyka z nadrukiem „100 lat polskiej hodowli buraka cukrowego” czy szklanej tabliczki z wygrawerowanym napisem „STOŁÓWKA”, odnalezionej w śmieciach po remoncie jednej z tysiąca szkół na tysiąclecie.

Towarzyszą mi w każdym z wynajmowanych mieszkań. To takie różowe spodeczki, które tanki zamienić mogą w pianę, a którymi obrosłam jak poczuciem bezpieczeństwa.

Vintage

Odnotowany już w XV w. angielski rzeczownik vintage, oznaczający winobranie, w następnych stuleciach stał się synonimem słów „epoka”, „okres” czy „sezon”. Również jako przymiotnik stosowany był najpierw w enologii dla określenia znakomitego wina rocznikowego – wyprodukowanego ze szczepu winogron zebranych wyłącznie w jednym sezonie. Ponieważ pogodowe zmienne uniemożliwiają produkowanie rok w rok równie doskonałego wina, vintage wine to wino wyjątkowe.

Dziś przymiotnikiem vintage opisuje się – ogólnie, ale pochlebnie – charakter przedmiotów używanych. Vintage oznacza zaletę i zawdzięcza to właśnie enologicznym korzeniom. Bo o tym, czy przedmiot jest vintage, decyduje rok produkcji, ale i to, co owa data za sobą niesie.

W dacie jest świat minionego czasu: przedmiot vintage to ten, o którego kształcie, zdobieniu, materiale i technice wykonania zdecydowały mody, nastroje, wydarzenia i odkrycia czasów jego produkcji.

True vintage

Atmosfera dekady wpłynęła na przykład na fakt istnienia metalowego pudełka, które kupiłam parę lat temu na Allegro. Wymiary: 7 na 5 cm, wysokość niecałe 2. Na zewnątrz zdobione złotym nadrukiem. Z przodu i z tyłu logo „zVz” oraz rozwinięcie skrótu Zigarettenvertrieb vereinigten Zigarettenfabriken oraz adres: Berlin NW 87. Po bokach: 10 ZIGARETTEN 1936.

Obrazek na wieczku prawie nienaruszony: rozsunięta artdecowska kurtyna odsłania scenę, na którą spomiędzy greckich kolumn wybiega ku palaczowi papierosów nagi bóg – umięśniony maratończyk niosący pochodnię. Pod sceną: data z dziewiątką i szóstką, których brzuchy są okrągłe jak ronda. Dopiero kiedy się pudełko otwiera, czuć, jak cienka jest blacha. Wnętrze nie zostało zadrukowane, widać ślady zużycia: metal poczerniał, z przeżartych rogów wyłazi rdza. Zawias działa gładko, ale brzegi pokrywki są pofałdowane. Kiedy już się tę puszkę otworzy, niełatwo potem ją zamknąć.

Według katalogu Deutsche Digitale Bibliothek egzemplarz znajduje się także w zbiorach Deutsches Historisches Museum (nr AK 94/516.1154). Czy taka metryka i okoliczności produkcji – Letnie Igrzyska Olimpijskie w stolicy III Rzeszy – sprawiają, że pudełeczko to bardziej antyk czy jednak wciąż przedmiot vintage? I jak wytyczyć granicę między nimi?

Za młody na bycie antykiem

Vintage jest określeniem potocznym, dotyczy rzeczy od antyków młodszych. Ubraniom wystarczy dwadzieścia lat, by uznano je za vintage, podobnie jest w przypadku wyposażenia wnętrz: lamp, mebli, zastawy stołowej. Licząca ponad 55 tys. obserwujących prywatna facebookowa grupa Vintage Design PRL dopuszcza dziś do sprzedaży przedmioty wyprodukowane do roku 1999, ale jeszcze dwa lata temu tą cezurą był rok 1989.

Z drugiej strony: na publicznej grupie sprzedażowej Stragan Odzysku – Vintage PRL Loft (195 tys. obserwujących) nie wprowadzono daty określającej minimalny wiek oferowanych przedmiotów. Można tam sprzedać „wszystko co stare, znalezione, odzyskane, niechciane. Dotyczące czasów PRL, designu vintage czy loft. Wszystko co ma swój klimat. Wszystko to, co można uratować przed zapomnieniem”.

Znaczenie słowa „antyk” ograniczone zostało natomiast oficjalnie, według ustawy. Antykami są przedmioty, których „wiek przekracza 100 lat, nie będące przy tym dziełami sztuki lub przedmiotami kolekcjonerskimi”. Na liście pojęć warto jednak odnotować także bardziej szczegółowe, choć potoczne true vintage oznacząjące, że przedmiot ma co najmniej lat 50. 

Oficjalnie olimpijskie pudełeczko jest za młode na bycie antykiem, pozostaje vintage, a ściślej: true vintage.

Fotel UFO, ongiś w kawiarni warszawskiego Hotelu Europejskiego // Fot. Archiwum prywatne

Szkło Jana Sylwestra Drosta i cenna metka

Każda rzecz używana posiada dwie historie: oficjalną i tę prywatną. Oficjalną historię przedmiotów o autoramencie mniej wyrazistym niż puszka z 1936 r. można odtworzyć z pieczątek manufaktury, punc złotniczych, wyrytych rylcem inicjałów czy z resztek papierowej metki. Jeżeli ich brakuje, pozostaje oko, odnajdujące trop w kształtach, fakturze, kolorach. Wyszukiwarka Google Grafika, choć pomocna, nie widziała (jeszcze) wszystkiego (wciąż np. nie daje jasnej odpowiedzi na pytanie o pochodzenie niebieskiej szklanej głowy). Wyroby ze szkła, również te polskiej produkcji, w przeciwieństwie do porcelany czy ceramiki rzadko posiadają trwałe sygnatury.

Do dziś wypłynęło na przykład zaledwie siedem szkieł projektu Jana Sylwestra Drosta podpisanych (zapewne ręczną szlifierką – dremelem) przez autora. Wazony, owocarki i patery oznaczano zwykle naklejką, którą pierwszy właściciel usuwał, jeżeli traktował szkło wyłącznie użytkowo. Taka metka mogła też z biegiem czasu po prostu złuszczyć się i odpaść. Ale sam przedmiot wpisywał się przecież w pejzaż swojego czasu.

Zestaw deserowy Asteroid: odcisk wyścigu kosmicznego w designie

Asteroidy, czyli zastawa stołowa ze sprasowanego szkła, z wypustkami przypominającymi krokodylą skórę (albo kratery na księżycu) zaprojektowane zostały przez Drosta w dekadzie pierwszych załogowych lotów kosmicznych, natomiast Eryka Trzewik-Drost równolegle zaproponowała szklaną galanterię stołową „Stella” – z centralnie umieszczoną na talerzach ośmioramienną gwiazdą. W podobnym czasie w kawiarni warszawskiego Hotelu Europejskiego rozgościły się fotele „UFO”, a w Wielkiej Brytanii furorę robiła Astro Lava. Lampka Edwarda Craven-Walkena do dziś produkowana jest zresztą w niezmienionym kształcie przypominającym rakietę startującą w kosmos.

Lampka Edwarda Craven-Walkena do dziś produkowana jest zresztą w niezmienionym kształcie przypominającym rakietę startującą w kosmos // Fot. stock.adobe.com

Jej klosz wypełnia kolorowa magma, która przelewa się pod wpływem grawitacji i ciepła żarówki (kilkanaście lat później lampę-rakietę wyprodukowano również w Związku Radzieckim, tyle że zamiast magmy plumkają w niej metalowe opiłki). Inspirację motywami Space (lub Atomic) Age przypisuje się także produkowanym w latach 60. lampom fińskiej projektantki Heleny Tynell (klosze wyglądają jak spienione bąble), a żyrandole nawiązujące kształtem do satelitów, rakiet, wyobrażeń o statkach kosmicznych i ciałach niebieskich były od lat 50. produkowane powszechnie, m.in. we Włoszech (Stilnovo), Niemczech (Honsel Leuchten, Limburg) czy w Belgii (Massive).

Wazony optyczne Drosta: odcisk architektury w designie

Fachowa wiedza pomaga w identyfikacji i orientacji na osi czasu, ale nie powinna wykluczać korzystania z wyobraźni, intuicji i pamięci. Dzięki nim można uchwycić mniej oczywiste przepływy. W zabudowie warszawskiej Ściany Wschodniej dostrzega się wtedy ladę zastawioną szkłem z Huty Szkła Gospodarczego Ząbkowice. Rotunda PKO (oddana do użytku w roku 1966) okazuje się wówczas paterą „falbanką” o fasonie zaprojektowanym w roku 1910 (projekt wznowiono po wojnie), a w punktowcach przy ul. Zgoda 13, Świętokrzyskiej 35 i Chmielnej 35 – widzi się trzy wazony optyczne Drosta.

Wazony i wieżowce są rówieśnikami: bloki oddane zostały do użytku w 1969 r., a projekty wspomnianych wazonów powstały w latach 1963-1968. Bryły budynków i wazonów mają zbliżone kształty, są opływowe dzięki lekko ściętym krawędziom bocznym, ich partery pozostają węższe, gładkie. Elementy architektury: siatka ram okiennych, linie podziału pięter, ukryte w elewacji skośne balkony i wynikająca z powyższych rytmika geometrycznych załamań dają efekt bliski temu, który osiągnął Drost, szatkując prostopadłymi szlifami szklane zewnętrza optycznych, soczewkowych wazonów.

A kiedy już zobaczy się w punktowcach wazony Drosta, kusi, by również na domy towarowe – Warsa, Sawę, Juniora – spojrzeć jak na ciężkie kryształowe szkatuły z wieczkami-popielniczkami, te wyprodukowane w Hucie Szkła Kryształowego Julia. Może gdyby Tadeusz Konwicki kolekcjonował szkło, wyobraźnia podpowiedziałaby mu, że po drugiej stronie Marszałkowskiej – naprzeciwko kamiennego tortu, którego tak nie znosił – pysznią się perły z polskich hut.

Włocławskie Zakłady Ceramiki Stołowej produkują oryginalne wyroby fajansowe projektowane przez artystów plastyków.; na zdjęciu ręcznie malowane ozdobne talerze. Włocławek, marzec 1968 r. // Mariusz Szyperko / PAP

Nie bagatelizowałabym roli wyobraźni w doświadczeniu kolekcjonera również dlatego, że to na niej trzeba polegać, odgadując prywatną historię przedmiotu. Niebogaci zbieracze nie kupują w showroomach, gdzie rzeczy są już odczyszczone, czasem także po renowacji. Kupują na targowiskach, OLX i Allegro, gdzie kupić tanio znaczy kupić od osoby, która nie wie, jak cenną rzecz posiada.

Kafel dekoracyjny Jeana Lurçata i historia osiadłego kurzu

I tak – żółtoszare warstwy lepkiego brudu na fajansowych talerzach ściennych z Włocławka rodzą w wyobraźni dość oczywiste obrazy kuchni, w której talerze te wisiały obok kalendarza i Matki Boskiej Karmiącej, gromadząc kurz i opary smażonych kotletów. Jaka jest jednak historia kurzu osiadłego na pochodzącym z lat pięćdziesiątych kaflu dekoracyjnym Jeana Lurçata, zmarłego w 1966 r. francuskiego projektanta ceramiki, obrazów tapet i tkanin?

Po wyczyszczeniu kafla szczoteczką do zębów maczaną w mydlinach, z ciemnobrązowego tła wydobyłam biało-czerwono-żółtą syrenę o kanciastym, poszarpanym ciele – jeden z charakterystycznych dla artysty motywów. Kupiłam ten kafel za trzydzieści złotych w podkarpackim komisie Szafirek, wyłuskując spośród kilkudziesięcioletnich mebli, używanych umywalek i wysiedzianych wózków inwalidzkich.

Skąd się wziął w Dąbrówce Wisłockiej? Czy parę miesięcy wcześniej, gdzieś w Niemczech – skąd pochodzi większość rzeczy sprzedawanych w Szafirku – wnuczęta opróżniające mieszkanie po zmarłym dziadku wyrzuciły kafel razem z innymi rzeczami, które im się nie spodobały? Kto, siedemdziesiąt lat wcześniej, kupił ten kafel w Perpignan, na południu Francji, gdzie w niewielkim studiu warsztatowym Sant Vicens wypalono go i ozdobiono? Jaka była wtedy jego cena? Przez ile rąk potem przeszedł? Czy w ciągu tych wszystkich dekad został choć raz umyty? Czy ktoś wcześniej uśmiechał się, jak ja, z satysfakcją zwycięskiego łowcy, na widok tej syreny o czuprynie jak kłębowisko węży?

Jak zbladła konewka Klausa Kunisa

Prywatna historia, której można się tylko domyślać, zapisała się również w plastiku konewki zaprojektowanej przez Klausa Kunisa w latach 60. Kiedy trafiła do mnie, jej górna część – oryginalnie żółta – była już tylko jasnobeżowa. Czy wypłowiała od słońca, bo poprzedni właściciel latami odkładał ją w to samo miejsce, pomiędzy kwiatami, które potrzebują dużo światła? A może zbladła wyłącznie „ze starości”, barwnik się utlenił, woda odbarwiła materiał? 

Woda, no właśnie – a skąd w używanych wazonach kamień? Kilka razy, kupując okazyjnie stare ceramiczne lub szklane wazony, prócz zdechłych much, usuwałam z ich wnętrz wżartą w ścianki obręcz kamiennego osadu. Po ilu miesiącach stojąca w naczyniu woda zostawia osad tak gruby, że po kilkukrotnym potraktowaniu go kwaskiem cytrynowym wciąż czuć pod palcem chropowaty nalot? Czy to możliwe, że poprzedni właściciel trzymał w wazonie zwiędłe kwiaty aż tak długo? A może wazon służył do zbierania deszczówki?

Wzór Acapulco na ceramice z Chodzieży: kto go przywiózł do Wielkopolski

Na pograniczu historii oficjalnej i historii prywatnej przedmiotu sytuowałabym za to wątek Acapulco w Chodzieży. Uruchamiam domysły i wyobraźnię, bo nie udało mi się dotrzeć do źródeł tłumaczących, jak to się stało, że proste porcelanowe kubki z Chodzieży z lat 70. zdobione są tym samym (choć bledszym) wzorem, jaki widnieje na porcelanowej zastawie stołowej Villeroy & Boch.

Wzór nazywa się Acapulco i prawdopodobnie w roku 1967 zaprojektowała go dla luksemburskiej manufaktury Christine Reuter, zainspirowana ludową sztuką meksykańską. Kto przywiózł Acapulco do Wielkopolski? Czy wykonał wzór z pamięci, bo widział te przedmioty za granicą, czy wzorował się na zdjęciach z zachodniej prasy? A może zobaczył ten model na Międzynarodowych Targach Poznańskich?

Moje Konsumy ze stołówki MO

Niebieska szklana głowa przetrwała przeprowadzkę. W nowym mieszkaniu tabliczkę z napisem STOŁÓWKA przymocowaliśmy nad blatem kuchennym. Kubek z „Kujawiakiem” stoi obok tego z nadrukiem Konsumy (ze stołówki MO) i filiżanki dziecięcej z Dżekim i Nuką – niedźwiadkami z japońskiej dobranocki wyświetlanej w Polsce od 1985 r.

Obiady jemy na talerzach Lubiany – tych, które na rancie mają sztućce w kółeczku, a popcorn wsypujemy do zielonej misy – wyprodukowanej w RFN jako donica pod bożonarodzeniową choinkę. Pewnie za parę lat trzeba się będzie znów przeprowadzić, bo właściciel sprzeda mieszkanie albo podniesie czynsz o kilkaset złotych za wysoko. Kolejny raz zabezpieczymy i przewieziemy całą tę scenografię, która tworzy nasz dom. Będziemy bardzo uważać.

MARTA SYRWID jest redaktorką literatury pięknej. Prowadzi Kurs Pisania Powieści, organizowany przez Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Acapulco w Chodzieży