Beata Chomątowska: Twoje fotografie w mediach społecznościowych, będące relacjami z wystaw, na których stoisz – zwykle w stylowych sukienkach – w otoczeniu rzeźb lub obrazów, same w sobie są dziełami sztuki.
Agata Małodobry: Zwykle gdy ktoś to zauważa, żartuję, że nie chodzę na wystawy, do których bym nie pasowała, ale to oczywiście nieprawda. Oglądam wszystko, co mnie interesuje. Cieszę się w ogóle, że w tej rozmowie nie zaczynamy od zawartości szafy, lecz sytuacji zawodowej. Jestem historyczką sztuki i muzealniczką, więc te moje zdjęcia wiążą się z tęsknotą za Gesamtkunstwerk, czyli syntezą sztuk, dziełem totalnym. W specyficznej przestrzeni, jaką jest muzealna galeria, dzieła sztuki i zwiedzający tworzą całość.
I to chcesz przy ich pomocy przekazać?
W krakowskim Muzeum Narodowym zajmuję się rzeźbą współczesną, a na rzeźby patrzy się inaczej niż na obrazy: wiszące płasko na ścianach, odbierane przez widzów w sposób dwuwymiarowy, który implikuje pewien dystans. Z rzeźbami dzieli się przestrzeń na sposób fizyczny, aktywny. Strój dobrze się z nimi komponuje, o ludzkiej figurze ubranej w określony sposób też można myśleć jak o rzeźbie.

Przypomina mi się w tym kontekście „Alfabet” Pauliny Ołowskiej z 2005 roku: seria 26 fotografii, na których artystka układała swoje ciało w poszczególne litery alfabetu. Znaczenie miała też fryzura „na chłopczycę” i strój: niebieski szalik, prosta czerwona sukienka i niebieskie rajstopy, w których krytycy dopatrzyli się odwołania do „błękitnych pończoch”, symbolu wykształconej XVIII-wiecznej emancypantki. To była gra z fotografią mody, nawiązania do abstrakcji geometrycznej.
Pamiętam Alfabet, jest świetny! I znam jego pierwowzór, eksperymentalny ruchomy alfabet z 1926 roku, opracowany przez Karela Teige z tancerką Milicą Mayerową (ona z kolei ubrana była w odważny jak na tamte czasy kostium gimnastyczny). Dawno temu miałam nawet zdjęcie profilowe w mediach społecznościowych z tańczoną przez nią literą A.
Dodajmy, że jest to modernistyczny alfabet. Twoje sukienki i fryzura kojarzą się dość jednoznacznie z okresem modernizmu. Świadome nawiązanie?
Modernizm jest jedną z moich głównych inspiracji. Stąd zwykle są to stroje w duchu minimalizmu, monochromatyczne, a jeśli we wzory, to ściśle określone, czyli abstrakcyjne, geometryczne lub organiczne. Architektoniczne cięcie włosów, które chyba nigdy mi się nie znudzi, to kąt prosty od grzywki do dłuższej części boba.
Widzę tu też odwołanie do stylu ówczesnych „architektoniczek”, jak nazywała je ówczesna prasa.
Architektki doby modernizmu, jak Barbara Brukalska czy Grete Schutte-Lihotzky, to dobry trop. Ale największy wpływ na moje podejście miały – i mają nadal – dwie inne kobiety. Pierwsza to Katarzyna Kobro, artystka, która doskonale wiedziała, jak przyciągnąć do swojej sztuki uwagę odbiorców, i dlatego nic w jej wyglądzie nie było przypadkowe. Kolory, kształty, wzory nawiązywały wprost do radykalnej awangardy. Poza tym bardzo jest mi bliska koncepcja Kobro: formy i barwy w przestrzeni, która nas otacza, powinny ze sobą harmonizować i być przyjazne dla człowieka, który w tę przestrzeń wkracza. Drugą jest Maria Jarema, także inspirująca zarówno swoją sztuką, jak i osobowością, oraz spójnym z nimi wizerunkiem. W komputerze przechowuję dziesiątki jej zdjęć, które mogę oglądać w nieskończoność. Ona jest osobnym fenomenem – kobiety stylowej. Właśnie – bardziej stylowej niż eleganckiej.
Czyli?
Jej styl był zawsze zadziorny, czerpiący nieco z męskiej garderoby, czego przykładem są choćby zestawienia typu szerokie spodnie z wysokim stanem i zakładkami plus krótka góra, jakaś kurteczka, jak na fotografii z Zakopanego. Często też przy okazji wykładów poświęconych Jaremiance albo wystaw, na których prezentowane są jej prace, wkładam sukienki we wzory, na które Andrzej, mój syn, mówi: „jaremiankowe”. Sam wymyślił to słowo.
Wspomniałaś kiedyś, że geometryczne wzory mają jeszcze jedną, istotną cechę: uspokajają. Gdy Twój syn był niemowlęciem, wyklejałaś mu ściany w pokoju figurami geometrycznymi. Dodajmy, że Andrzej jest osobą neuroatypową, w spektrum autyzmu.
Abstrakcja geometryczna to niezwykle logiczna, racjonalna sztuka oparta na matematyce. Uosabia spokój, porządek, wyciszenie. Gdy patrzy się na to, co dzieje się obecnie na świecie, całe to rozedrganie może pełnić funkcję schronienia. Tak, sztuka bywa terapią. Osoby w spektrum albo mają tendencję do abnegacji, albo, na odwrót, lubią manifestować własną osobowość. Często ubiorem, żeby się wyróżnić i czuć dobrze. Taki jest przypadek Andrzeja i mój.

Zawsze tak miałaś?
Od małego. Już jako dziewczynka byłam przeczulona na punkcie szczegółów, na które wiele osób nie zwraca uwagi. Wówczas było to odbierane w rodzinie jako dziwactwa. Jeśli kołnierze, to tylko stójki albo okrągłe. Jak sukienka, to z zaznaczoną talią. Jak spodnie, to odsłaniające kostkę, ale nie przykrótkie. Czasem dosłownie centymetr w jedną lub drugą stronę robi różnicę. Na szczęście rozumie to znakomita krawcowa Małgosia, z którą stale współpracuję, i skraca cierpliwie o ten jeden centymetr. W podstawówce zależało mi na tym, żeby nie nosić tego, co wszyscy. Nie było to łatwe – asortyment w latach 80. XX wieku był mocno ograniczony.
No to gdzie się zaopatrywałaś?
Ratunkiem były ciuchy z paczek od cioci z Wiednia. Przesyłała nam rzeczy, które już wyszły z mody. Złościłam się, wyciągając z pudełek koszule ze zbyt długimi kołnierzykami i spodnie dzwony. Ubrania przerabiała mi wtedy mama. Do tej pory prawie każde adaptuję po swojemu. Idzie w ruch igła z nitką, agrafka albo pin – mam całą serię geometrycznych broszek, koła, kwadraty, w różnych kolorach, przydają się choćby do zmniejszania zbyt dużych dekoltów. Razem z przyjaciółką z klasy, Magdą, byłyśmy pewne, że gdy dorośniemy, zostaniemy plastyczkami, bo wiadomo było, że plastyczki świetnie się ubierają, o czym pisał choćby Tyrmand. Nudząc się na lekcjach, szkicowałyśmy pisakami postacie wyobrażające nas samych jako dorosłe, a że były to czasy mody neohipisowskiej, rysunki przedstawiały dziewczyny w długich spódnicach, z torbami chlebakami, albo w fantazyjnych swetrach, zestawienia ubrań i kolorów, na które trudno było natknąć się w rzeczywistości.
Takie dziewczyńskie zabawy z projektowaniem mody uskuteczniało więcej osób, zwłaszcza lubiących rysować. Tylko nie wszystkie zostałyśmy później plastyczkami. Ale u Ciebie się to sprawdziło.
Plastyczką została faktycznie Magda, zajmuje się dziś ceramiką. Ja poszłam na historię sztuki, czyli obok, ale blisko. Pracę magisterską pisałam o abstrakcji geometrycznej na przykładzie twórczości kilkorga polskich artystów działających w tamtym okresie, m.in. Teresy Bujnowskiej i nieżyjącego już niestety Jana Pamuły, których ogromnie cenię do dziś – i tak mi zostało. Geometria mnie koi. Jestem osobą nadwrażliwą, wiele biorącą do siebie, trudno mi potem się uspokoić. Bywało, że dopadały mnie stany lękowe. Gdy się nasilały, nie miałam zupełnie ochoty mówić, sfera wizualna przejmowała dowodzenie. Komunikowałam się wtedy głównie przez ubiór. Teraz na szczęście minęły, ale nadal lubię czasem coś zasugerować niewerbalnie. Jeśli jestem w muzeum i spotykam się tam z kimś z zewnątrz, chcę, by już w pierwszym kontakcie wiedział, czym się zajmuję, nawet jeśli nie mówię dużo. Strój to dla mnie też gra, zabawa, skierowana do odbiorcy. Ciekawi mnie, czy wyłapie kod kulturowy, czy ceni malarstwo, architekturę modernistyczną.
Nasz pierwszy kontakt, w mediach społecznościowych, tego właśnie dotyczył.
To prawda, zwróciłam uwagę na twoją koszulę w geometryczne wzory na białym tle i od razu musiałam skomentować.
Zdarza Ci się zaczepiać na ulicy osoby, które przykuwają Twoją uwagę strojem?
Oczywiście! Pierwsze, co w ogóle spostrzegam, to kolor i forma – oraz ich relacje w przestrzeni. Zawsze przyglądam się świetnie ubranym ludziom, zdarza mi się nawet pójść w ślad za przechodniami, którzy przyciągnęli moją uwagę, żeby ich dłużej poobserwować. Moją ogromną inspiracją z okresu studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim była prof. Maria Hussakowska-Szyszko, która prowadziła wykłady o sztuce amerykańskiej po 1945 r. Uczyła nas, że w człowieku niezmiernie ważna jest warstwa intelektualna, ale jednocześnie sama wyglądała fantastycznie. Pamiętam jej fryzury na boba, z obciętą równo grzywką w płomiennorudych włosach. Po zdanym egzaminie zmierzyła mnie wzrokiem i zagadnęła: „Pokaż mi tę spódnicę. Co za kontrafałdy!”
Tego też Cię nauczyła?
Od niej wyniosłam przekonanie, że strój to taki sam środek wyrazu jak gest, spojrzenie, tembr głosu. U mnie cechami charakterystycznymi są szybki chód, wyrazista ekspresja, gestykulacja. To wszystko razem, w połączeniu z ubraniem i fryzurą, tworzy całościową kompozycję. Rozumiała to doskonale Zaha Hadid, kolejna kobieta ze współczesnego świata sztuki budząca mój podziw. Miała niełatwą figurę, ale umiała ją zaaranżować, tworząc architektoniczne formy, udrapowane suknie, żakiety, łączyła je z geometryczną biżuterią. Wszystko miało tam znaczenie.
Myślisz o jakiejś osobie i od razu widzisz, jak jest ubrana. Co jest takim mundurkiem dla Ciebie?
Sukienki. Materiał ma znaczenie – musi być miły w dotyku: naturalny, zwykle bawełna lub len, nie wykluczam też wiskozy. Geometria najlepiej prezentuje się na bawełnianym płótnie. Zimą chętnie sięgam po sztruks i aksamit, uwielbiam też suknie z wełny czy kaszmiru w łączonych kolorach. W sukience niezbędny jest pasek w talii, który nadaje formę. Ubiór musi dobrze leżeć, to moja obsesja, w końcu zajmuję się rzeźbą, dla której istotne są relacje z przestrzenią i tym, kto na nią patrzy. Ale lubię też, jak zaznaczyłam na początku, monochromatyczne stroje. Podczas wykładu w tarnowskim BWA na wystawie Kingi Nowak, której malarstwo jest niezwykle intensywne kolorystycznie, miałam na sobie czarną sukienkę z aksamitu, który swoją miękką fakturą pogłębia czerń. Tylko jeden akcent – rajstopy – nawiązywał do koloru, którego artystka często używa: jaskrawożółtego.
Zagrało?
Nie ustalaliśmy wcześniej, jak będzie zaaranżowane miejsce do wykładu, ale tak się złożyło, że stoliczek, przy którym siedziałam, znalazł się obok obrazu z dużym kołem w tym właśnie kolorze oraz rzeźby z cytrynowożółtym akcentem. Zagrało idealnie. Nie zawsze wiem, jaka będzie kolorystyka w miejscu, w którym się znajdę. Najlepsze są intuicyjne wybory. Na przykład na wystawę poświęconą abstrakcji geometrycznej przyszłam w kaszmirowym swetrze złożonym z czterech kwadratów i okazało się, że na jednym obrazie jest podobna forma.

Oglądają się za Tobą na ulicy?
Owszem. Od osób odwiedzających wystawy słyszę często, że je inspiruję. Ale zdarza się i poza Polską. Kiedyś w Kopenhadze miałam taką miłą sytuację. Byłam w granatowej bluzce z plisowaną kryzą zamiast kołnierza i długiej spódnicy z dzianiny bawełnianej, wyglądającej nieco teatralnie. Podeszła do mnie kobieta, komplementując styl, zaczęła fotografować. To cieszy i wpływa pozytywnie na pewność siebie.
Twoi rodzice też wyróżniali się strojem?
Ojciec był prawnikiem, prokuratorem – sztuka zaznaczyła się w jego życiu w specyficznym kontekście, bo prowadził m.in. słynną w swoim czasie sprawę o kradzież obrazów z Muzeum Narodowego. Wyróżniało go to, że do codziennego stroju zawsze nosił muszkę – i wśród kolegów w krawatach wyglądał dość ekstrawagancko. Miał tych muszek całą kolekcję! Mama skończyła technikum odzieżowe. Przekazała mi wrażliwość na formy, choć sama ubierała się raczej konwencjonalnie, grzecznie, biurowo. Ale moja fascynacja monochromatycznym uniformem nie wzięła się z zapatrzenia w modę biurową czasów PRL-u, tylko jest wpływem licealnych muzycznych fascynacji. Słuchałam zespołów z nurtu zimnej fali, Joy Division, Bauhausu. To dzięki ich muzyce dowiedziałam się o istnieniu słynnej szkoły rzemieślniczo-artystycznej w Weimarze, a nie odwrotnie.
Przyznam Ci się, że ja też.
No widzisz. A jednocześnie to jakoś się wszystko łączy z odbiorem sztuki, bo z jednej strony były stylizacje Iana Curtisa, nie stricte punkowe, tylko właśnie takie minimalistyczne, ciemne kolory, bardzo proste kroje, jak choćby popelinowa koszula, czarne spodnie z paskiem – a z drugiej: odbiór samej muzyki, jej rytm, chłodny, miarowy puls, który dla mnie miał też przełożenie w głowie na geometrię, abstrakcję. Słuchając Joy Division miałam pod powiekami suprematystyczne obrazy Malewicza. W Polsce było wtedy trudno o najprostsze, ascetyczne ubrania, królowały tureckie wielobarwne swetry, kakofonia kolorów i wzorów. Czarny prosty sweter udało mi się kupić dopiero w Wiedniu, gdzie wtedy pojechałam na wystawę Mondriana.
Nie uciekniemy więc od pytania o zawartość szafy. Wiesz w ogóle, ile masz sukienek?
Mieszkam w bloku, na 70 metrach kwadratowych, nie mam więc miejsca na wielką garderobę, choć zdarza się, że moje sukienki anektują całe mieszkanie. Kiedy zaczynają wylewać się z szaf, wiem, że pora na rotację. Od czasu do czasu oddaję część z nich potrzebującym, niektóre, najładniejsze, sprzedaję w komisie – no i kupuję nowe. Mam sprawdzone marki, ale też oczy otwarte, bo ciekawe abstrakcyjne nawiązania trafiają się nawet w firmach, po których zupełnie tego bym się nie spodziewała. Zdarzyło mi się kupić trzy takie same sukienki we wzór ze złagodzoną geometrią nawiązującą do polskiej sztuki po odwilży lat 50. – dwie zostawiłam i zabarwiłam sobie na zielono i czerwono, a trzecią, przefarbowaną na żółto – puściłam w świat.

AGATA MAŁODOBRY jest historyczką sztuki i kuratorką wystaw. Autorka naukowych i popularyzatorskich publikacji o sztuce XX i XXI wieku. Pracuje w Muzeum Narodowym w Krakowie, gdzie jest kustoszką w Dziale Sztuki Współczesnej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















