Auschwitz to nie miejsce na politykę. Ono należy do Ocalałych. I do umarłych

Piotr Cywiński, dyrektor Muzeum Auschwitz: W lustrze tego miejsca odbija się nasz świat. Widać w nim polityczne gry, holokaustowy kicz, pomieszanie prawdy i fałszu – ale to dopiero początek.
Czyta się kilka minut
Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz II-Birkenau, grudzień 2019 r. // Fot. Christopher Furlong / Getty Images
Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz II-Birkenau, grudzień 2019 r. // Fot. Christopher Furlong / Getty Images

Michał Okoński: No i co teraz będzie?

Piotr Cywiński: Ale o co pytasz?

O to, że 80. rocznica wyzwolenia Auschwitz odbędzie się w cieniu burzy wokół wizyty Netanjahu. Człowieka, którego Międzynarodowy Trybunał Karny oskarża o udział w masowym zabijaniu i głodzeniu cywilów.

Muzeum, którym kieruję, nie zapraszało na obchody żadnych polityków. Oczywiście przekazywaliśmy informację o rocznicy do ambasad, ale to władze poszczególnych państw decydowały, kto i w jakiej randze będzie je reprezentował.

Kiedy widzisz zdjęcia głodujących dzieci w Gazie, nie masz skojarzeń z dziećmi za drutami Auschwitz?

A jakie ty masz skojarzenia, kiedy widzisz zdjęcia zmasakrowanych zwłok sąsiadów Aleksa Danzyga? Pozwól jednak, że nie będziemy tego wątku kontynuować. Po prostu wchodząc w rozmowę o tym, nie wchodziłbym w nią sam. Angażowałbym autorytet ofiar Auschwitz, a do tego nie mam prawa.

To, że po napaści na Ukrainę nie może tu przyjechać Putin, jest przecież oczywiste – choć Armia Czerwona obóz wyzwoliła. Z Buczą zresztą również Auschwitz porównywano.

Naprawdę, ja nie jestem od wykładni w tych sprawach.

Wykładnię dała Haga: Netanjahu ma stanąć przed sądem.

Zostawmy więc sądzenie sędziom, a polityczne decyzje – politykom. Rolą miejsca pamięci nie jest dyktowanie, co kto ma robić. Owszem, ono stawia pytania, zmusza do refleksji, ale odpowiedzi nie daje. Jego rolą jest bycie soczewką, a nie strumieniem światła. Lustrem, a nie telewizorem.

Co widzi w lustrze polityk, który wykorzystuje rocznicę Auschwitz do własnych celów?

To też nie jest pytanie do mnie. Dla mnie najważniejszymi gośćmi są Ocalali.

Ilu ich przyjedzie?

Okaże się w ostatniej chwili: wiele zależy od prognozy pogody i samopoczucia poszczególnych osób. Z Polski spodziewam się ok. dwudziestu byłych więźniów, głównie przywiezionych tu jako dzieci po upadku powstania warszawskiego. Do tego pewnie dwadzieścia parę osób ze świata, np. dzieci żydowskie będące ofiarami pseudomedycznych badań Mengelego.

To dużo zmienia, że jest coraz mniej Ocalałych?

Musisz pamiętać, że ponad 90 proc. więźniów Auschwitz nigdy nie mieliśmy okazji spotkać: zostali tu zamordowani. A z kolei 90 proc. tych, którzy przeżyli, postanowiło odciąć się od tego doświadczenia dla własnego bezpieczeństwa – emocjonalnego i psychicznego. Dlatego na pytanie, ilu jeszcze żyje, mówię, że nie wiem: dziewięciu na dziesięciu nigdy nie wchodziło z miejscem pamięci w żadne relacje.

Ale tak, to dużo zmienia. Kiedy zaczynałem tu pracować, połowie przyjeżdżających grup towarzyszył jakiś Ocalały, włączający się w oprowadzanie. Teraz to zniknęło, zresztą ci dziś najstarsi pamiętają obóz zupełnie inaczej niż ci, którzy opuszczali go w 1945 r. jako dorośli ludzie. Jeśli trafiłeś tu mając 4-5 lat, pamiętasz bardziej stany – lęk, chłód, osamotnienie, głód – niż normalną lagrową codzienność, bunt Sonderkomando czy nawet wyzwolenie.

Chodzi mi o to, że brak bezpośrednich świadków musi wpływać na sposób rozumienia tej historii. Obaj jesteśmy z pokolenia 50-latków, które Auschwitz miało właściwie na co dzień – od szkolnych wycieczek, przez szkolne lektury i spotkania z byłymi więźniami. Dziś młodzi mają kompletnie inaczej.

Jest fundamentalna różnica między wiedzą historyczną a pamięcią. Wiedza historyczna jest niby nauką humanistyczną, ale tak naprawdę przypomina matematykę lub astronomię, gdzie pewne rzeczy są niekontrowersyjne jak data bitwy pod Grunwaldem. Ona nie powoduje traumy: każdy z nas jako dziecko bawił się zapałkami bez względu na to, czy Neron podpalił Rzym.

A pamięć?

Może być doświadczeniem własnym albo nabytym, może dotyczyć spraw przeszłych, ale żyje tu i teraz. A przede wszystkim ewoluuje: w ekspresji, w symbolach, w sposobie zestawiania ze współczesnymi zagrożeniami.

Trudno się więc dziwić, że dziś Auschwitz kojarzy się z Buczą i Gazą.

Każde pokolenie ma swoją pamięć – wbrew temu utopijnemu konceptowi francuskiemu o jej transmisji.

Ale spotkania z Ocalałymi nigdy tak naprawdę nie służyły budowaniu wiedzy historycznej. Uczestniczyłem w dziesiątkach i nie pamiętam, żeby młodzież pytała: którego dnia pan tu dotarł i jaki procent z pana transportu skierowano do gazu?

O co pytali?

Co pan czuł, będąc w obozie? Co było źródłem tego, że zachował pan nadzieję na wyzwolenie? Czy poddawał się pan zupełnemu zwątpieniu? Co myśli człowiek, kiedy wszyscy naokoło giną, a on nie?

Rano podwoziłem syna do liceum. Zapytał, gdzie się wybieram. Wiadomość, że do Auschwitz, uruchomiła w nim refleksję o cienkiej granicy między dobrem a złem.

Kiedy kilkanaście lat temu mówiłem, że pamięć jest kluczem dla uznania teraźniejszości i projektowania przyszłości, a Auschwitz wydaje mi się w tych procesach punktem odniesienia dla naszych decyzji i ocen, to miałem wrażenie, że uprzejmie mi przytakiwano: „Cywiński tak musi mówić, bo to jego praca”. Ale dziś, kiedy żyjemy w świecie wojen, katastrof klimatycznych i nieprawdopodobnego przyspieszenia, ludzie szukają punktów oparcia wśród ruchomych piasków. Pozytywnych i negatywnych, tragicznych i świetlanych, racjonalnych i irracjonalnych.

Zgadzamy się więc, że na ruchomych piaskach Auschwitz jest stałym punktem. Co on mówi?

Mówi, że są granice człowieczeństwa. I że można je przekroczyć. I co się dzieje po ich przekroczeniu.

To są trzy krótkie zdania. Próba ich rozwinięcia skazuje na banał?

Tym, co się zmienia, jest nasza cywilizacja, współrzędne życia. Auschwitz się nie zmienia.

Ale jest różnie używane. Weźmy holokaustowy kicz: ludzie, szukając oparcia, kupują „Tatuażystę z Auschwitz”, a potem mówią, że miłość zwycięża wszystko. Albo wyciągają z lektury wniosek, że w każdej sytuacji można sobie poradzić. Podczas gdy przytłaczająca większość przywiezionych tu przez Niemców ludzi nie mogła sobie poradzić.

W tej sprawie jestem bez pardonu. Jakaś książka okazała się bestsellerem, więc za jej przykładem powstał cały rynek. Uważam go za moralnie obleśny. Handel trupami po prostu.

Mocne.

Posłuchaj. W ciągu ostatniej dekady powstało kilkadziesiąt książek, które mają dwie wspólne cechy. Pierwsza: totalne kłamstwo na pierwszej lub czwartej stronie okładki, że jest napisana na faktach, a my przecież widzimy, że przedstawione w niej historie nie mogły się wydarzyć. Druga: totalne fałszerstwo dziejów obozu. Teraz mamy np. jakąś „Bibliotekarkę z Auschwitz”. Po pierwsze, powinna być nie z Auschwitz, tylko z Birkenau, no ale wtedy by się nie sprzedało. Po drugie, cóż to za wizja: noszenia książek między barakami dla spragnionych lektury? Kompletny odlot, a efektem są awanturujący się z przewodnikami turyści, żądający pokazania im miejsc, w których rzekomo wydarzyły się jakieś zmyślone sceny.

To urąga pamięci ofiar. I prawdzie.

Skoro turyści chcą zobaczyć coś, co jest prawdziwe: mierzycie się z pytaniami o granice odnawiania eksponatów?

Staramy się konserwować, nie odtwarzając. Wzmacniamy strukturę dziecięcego bucika, ale tak, żeby nie zatracić zagłębień spowodowanych przez ślady stóp. Albo zniekształceń od kopania piłki.

Oczywiście zdarza się, że w jakimś baraku gnije belka podtrzymująca całą strukturę: wymieniamy ją albo dodajemy żelazne wzmocnienia. Wymieniamy też druty: metal przy deszczach, mrozach, soplach, słońcu, ma wytrzymałość 6-7 lat, potem pęka. Gdybyśmy tego nie robili, widzielibyśmy wielki, kompletnie niezorganizowany las słupów. Przestrzeń straciłaby czytelność.

Ale włosów nie ratujecie.

Włosy to ludzkie szczątki, mające swój kod DNA. Chcesz, żebym tłumaczył, dlaczego tego nie robimy?

Kto podejmuje decyzje w takich sprawach?

Międzynarodowa Rada Oświęcimska. I dyskusja, jak się domyślasz, ma charakter bardziej moralny niż techniczny.

Cały czas krążymy wokół pytania, co widać w tym lustrze Auschwitz.

Przede wszystkim to, że nie istnieje jeden świat z jednymi współrzędnymi. Że współrzędnych etycznych, cywilizacyjnych, kulturowych może być wiele. Że człowiek jest w stanie stworzyć alternatywne światy, gdzie te współrzędne – takie podstawowe, typu czas, przestrzeń, tożsamość, istota ludzka – są kompletnie różne.

Bardzo wielu ludzi, z którymi dziś rozmawiam, mówi, że w świecie, w którym zanikają kategorie prawdy i fałszu, a polityk w ciągu paru dni może zaprzeczyć sam sobie i nikt nie ma z tym żadnego problemu, z Auschwitz wyłania się coś twardego, namacalnego. Oczywiście ostrzegawczego.

Tylko co to właściwie jest? Prawda i fałsz to były kiedyś fundamentalne parametry. Podobnie jak wiele innych, które tu przestawały istnieć.

No właśnie: przed Auschwitz ludziom się wydawało, że prawda i kłamstwo, ale też np. przynależność do rodziny, hierarchie społeczne lub godność ludzka, rozumiana również jako prawo do intymności i ochrony własnej nagości, są dorobkiem cywilizacji rozwijającej się przez tysiące lat. Tutaj to wszystko mogło stać się nieważne w ciągu kilku godzin. Konkluzji, że przywiązanie do jakichś cywilizacyjnych parametrów może być złudą, nikt wcześniej nie formułował. A dziś zaczynamy to przeczuwać, także dzięki przekazowi Ocalałych.

W tym sensie mój syn ma rację, że to jest depresyjne: z ich doświadczenia nic nie wynika. Ta lekcja jest nieodrobiona.

Odrobiono ją emocjonalnie, sentymentalnie, faktograficznie, ale czy antropologicznie? Na pamiętnikach Ocalałych pracowali niemal wyłącznie historycy, nie socjologowie, psychologowie, antropolodzy...

Filozofowie pytali, czy można pisać poezję po Oświęcimiu.

Dla mnie to też była poezja. Ładne zdanie, które wszyscy powtarzają, ale tak naprawdę nic nie wnosi. Jak można pytać o pisanie poezji po Auschwitz, skoro po Auschwitz można mordować?

Nie ma dzieł, które potrafią się z tym zmierzyć?

Na terenie Auschwitz I pracujemy nad wystawą, która nie będzie rozumiana jako galeria, tylko jako rytuał przejścia przez sztukę więźniarską. Chcemy pokazać człowieka, który może żyć w sytuacji skrajnej dehumanizacji, ale pokazać właśnie bez ładnych słów, bez skupienia nad stylem czy autorem. Nie damy gotowej odpowiedzi, bo jednej odpowiedzi nie ma, ale możemy przynajmniej spróbować skłonić do refleksji.

Pracujecie też nad koncepcją nowej wystawy stałej.

Scenariusz jest gotowy. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku, może w pierwszych tygodniach przyszłego, otworzymy jedną trzecią.

Jak to będzie wyglądało? Przy czym nie pytam o rzeczy, które wywołują w naszych muzeach rytualne spory – za dużo Żydów, za mało cierpienia Polaków itd. – tylko o kwestię narracyjności, wykorzystania multimediów.

Zwiedzanie większości muzeów polega na szybkim przelocie przez całość i zahaczeniu o sklepik. Porównuje się to doświadczenie do lektury książki, od wstępu po zakończenie. A przy myśleniu o scenariuszu najczęstsze pytanie dotyczy wniosku, jaki ma wyciągnąć zwiedzający. U nas jest inaczej: przejście przez wystawę trwa jakieś 75 minut, a całość wizyty 3,5-4 godziny. Wystawa ma przygotować do wyjścia w teren. Do zmierzenia się z tymi setkami metrów, gdzie można zdać sobie sprawę, co się właściwie tutaj wydarzyło. A to doświadczenie ma służyć temu, co się będzie działo przez kolejne dni, tygodnie, a czasami – kto wie – może lata.

Czy jest właściwy wiek do odwiedzin Auschwitz? Nas zabierano już w podstawówce.

Myślę, że są dwa momenty. Pierwszy to próg dorosłości, kiedy człowiek odcina pępowinę i ma poczucie, że cały świat leży u jego stóp, starzy są beznadziejni, a on wie lepiej.

Nie wszyscy tak mają. U wielu nastolatków to czas niepewności i depresji.

Tak czy inaczej, to moment, w którym świat wydaje się czarno-biały, a nastolatek uważa, że wie, co jest białe i co jest czarne.

A drugi moment?

Kiedy człowiekowi rodzą się dzieci. Kiedy zaczyna być bezwzględnie i bezgranicznie za kogoś odpowiedzialny.

Opowiem Ci scenę z licealnej wywiadówki. Nauczycielka, zapowiadając wycieczkę do Auschwitz, mówi, że ona nie pojedzie, bo to już dla niej za mocne. Ale przy okazji dzieli się wspomnieniem dysonansu, jaki zostawił w niej spacer między barakami w cudownym, wiosennym słońcu.

Dzięki takim chwilom jesteśmy bliżej uświadomienia sobie tego, że obok siebie mogą istnieć kompletnie różne światy. Na tyłach Birkenau przebiegają czasem sarny, coraz bardziej przyzwyczajone do obecności turystów.

Miewasz podobne doświadczenia?

Kilka lat temu musiałem zostać tu w sylwestra. Wiadomo: zamknięcie roku w instytucji państwowej wiąże się z mnóstwem formalności.

Ja nie lubię Nowego Roku, obowiązek radowania się z tej okazji wydaje mi się sztuczny, zwłaszcza w czasach, kiedy trudno o nadzieję, że kolejny rok będzie lepszy. Coś mnie tknęło i przed północą pojechałem do Brzezinki. Stanąłem pośrodku tej ogromnej, mniej więcej kwadratowej przestrzeni, 800 na 800 metrów, kompletnie czarnej, otoczonej drutami. I nad tymi drutami zewsząd widziałem fajerwerki. Było to jedno z najmocniejszych moich doświadczeń tutaj – takiego poczucia, że żyjemy na co dzień w kompletnym zaślepieniu, wierząc, że jest tylko nasz, stosunkowo stabilny świat. No bo, niestety, są inne.

Są różne przeżycia tego miejsca. Jedna z rozmówczyń Mikołaja Grynberga w „Oskarżam Auschwitz” mówi, że czuje się tu, jakby wreszcie wróciła do domu. Że marzy o tym, by położyć się na ziemi i poczuć ciepło tych, którzy w niej zostali.

Myślę czasem o tym, jak powstawały w Europie miejsca pamięci. To było mniej więcej w latach 60., kiedy zaczęło dorastać pokolenie urodzone po wojnie. Ci, którzy ją pamiętali, wpadli w panikę, że młodzi nie będą niczego rozumieć.

Dla naszego pokolenia poznawanie Auschwitz wiązało się z kolei ze zderzeniem wrażliwości. Przy okazji sporu o klasztor karmelitanek byli tacy, którzy pytali: komu przeszkadza cicha modlitwa sióstr? Polacy nie rozumieli Żydów.

Uświadamianie sobie wyjątkowości Zagłady to późne zjawisko. Owszem, był proces Eichmanna, ale przełomem okazało się dopiero „Shoah” Lanzmanna. A gdy w 1989 r. zniknęła żelazna kurtyna, zobaczyliśmy, że pamięci o Auschwitz jest wiele – i że trudno im się spotkać. Że o swoją historię, oprócz Polaków i Żydów, dopominają się Romowie i Sinti. Że nazwiska odzyskują osadzeni tu jeńcy sowieccy, za czasów stalinowskich uważani za zdrajców, którzy nie walczyli do ostatniej kropli krwi. Że włoscy Żydzi i deportowani z Włoch komuniści to kompletnie osobne tradycje.

Sprawienie, żeby te wszystkie pamięci mogły się wzajemnie uznać, zajęło jedno pokolenie, ostatnie 20 lat.

Wciąż mam poczucie, że Auschwitz może być też strefą interesów. Jak przyjeżdżał tu Putin, mówił Europie: myśmy was wyzwolili, macie wobec nas dług, a my swoje prawa.

Na szczęście w tym roku odchodzimy od przemówień politycznych.

Kto takie rzeczy ustala?

Najpierw rozmawiałem o tym w czerwcu z polskimi Ocalałymi. Zareagowali aplauzem. Potem odbyły się dwie dyskusje na Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej, gdzie wszyscy z uznaniem przyjęli takie rozwiązanie.

Problem jest głębszy niż kwestia bieżącej polityki. Podczas 80. rocznicy będą przemawiać ostatni Ocalali. Wkrótce ich głosu zabraknie. Jak sprawić, żeby kolejnych obchodów nie zamieniać w wiece?

Jesteś przeciwny wystąpieniom polityków?

Mają cały świat, żeby się wypowiadać. Dlaczego mają na trupach toczyć swoje waśnie?

Bo na trupach ich głos wybrzmi.

Nie skomentuję tego. Zajmując się miejscem pamięci, mam inne dylematy. Wykład historyczny byłby tu niestrawny. Filozofowie nadają się bardziej na panel. Sztuka ma zawsze autora – według jakich kryteriów go wybierać?

Ale jak na razie możemy skupić się na wyodrębnieniu tego, co jest esencją, czyli głosu Ocalałych.

Z niezwykłego miejsca przemawiasz. W służbie albo w imieniu umarłych mówisz prezydentom: tu nie przemówisz.

Miałem to szczęście, że zanim zostałem dyrektorem, byłem sekretarzem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, która w połowie składała się z Ocalałych, i to takich, którzy najbardziej zagłębili się w pracę nad pamięcią – jak Bartoszewski, Gutman, Albin, Szajna, Turski. Z rozmów z nimi i ze wsłuchiwania się w to miejsce zrodził się może jakiś rodzaj wyczucia, co tutaj przystoi, a co nie.

Mówiłeś o tym nie wprost, więc chciałbym, żebyś odpowiedział jasno: czyje jest to miejsce?

Ich.

Ale ono jest państwa polskiego. Jesteś dyrektorem państwowego muzeum.

Ono jest ich. Wszystko jedno, czy patrzymy na nich transcendentnie, czy nie, to jest ich miejsce. No i co z tego, że należy do państwa polskiego?

Może powinno by eksterytorialne? Pojawiają się i takie postulaty.

Słuchaj, jakkolwiek to nazwiemy, siłą rzeczy ono należy do całego świata, ale przede wszystkim do nich: do Ocalałych. I do ofiar w ogóle. To jest cmentarz, na litość boską!

Politycy przyjeżdżają na ten cmentarz z wizytami. Czasami ich oprowadzasz. Wyobrażasz sobie, że taka wizyta może coś zmienić?

Nie będę podawał nazwisk, bo nie mam prawa opowiadać o intymnych przeżyciach, ale byli tacy, którzy zamiast dwóch godzin zostawali pięć. Chodzili, dopytywali, milczeli, wracali w pewne miejsca ku rozpaczy protokołu dyplomatycznego, któremu walił się kalendarz, kończyły sloty lotniskowe...

Ale byli też tacy, którzy na kilka tygodni przed wyborami przyjeżdżali w otoczeniu pięciu kamerzystów.

Faktycznie, wiele widać w tym lustrze.

Kiedyś prosiłem premiera jednego z europejskich rządów o wsparcie finansowe. Umówiłem się z jego asystentem, nie chciał szefowi zawracać głowy, ale ten się jakoś dowiedział o mojej wizycie i dołączył do spotkania. Okazało się, że był u nas wielokrotnie, także jako polityk, incognito, chodząc samotnie po Birkenau i dojrzewając w ten sposób do swojej odpowiedzialności za innych.

Różne są sytuacje. Czasem przeczuwam, co może się wiązać z daną wizytą. Akurat jestem w jej trakcie nieobecny. Człowiek musi szanować swoje granice.

Skoro mówisz o szanowaniu swoich granic: jak to jest przez 20 lat pracować w tym miejscu?

Każdy ma taką oś między tym, co najgorsze, a tym, co najlepsze, prawda? Taką od czerni po biel, przez różne odcienie szarości. Taką, która mówi np., gdzie wchodzić w kompromisy, a gdzie powiedzieć: non possumus. Otóż po tych latach wydaje mi się, że moja oś jest ośmiokrotnie dłuższa, niż była. Z każdej strony. I tych odcieni jest dużo, dużo więcej.

Co Ci się śni?

Przez wiele lat śnił mi się wyłącznie obóz, oczywiście. Ostatnio trochę mniej, ale wiem, że nawet jak stąd odejdę, ten świat zostanie mi w głowie. Będę szedł przez park, zobaczę biegnące dzieci, no i wrócą takie myśli po prostu.

Zabierałeś dzieci do pracy?

Na wystawę nie, do biura się zdarzało, kiedy nie było co z nimi zrobić. Wiedziały, gdzie pracuję, w domu mówiło się o tym.

Jak?

Dla mnie ogromną pomocą były prace izraelskiej pedagożki, byłej więźniarki Auschwitz Betszewy Dagan. Ona stworzyła całą szkołę mówienia dzieciom o trudnych rzeczach. W społeczeństwie izraelskim większości dzieci pochodzenia europejskiego historia Zagłady obijała się o uszy zdecydowanie za wcześnie – Dagan uznała więc, że nie ma co kryć głowy w piasek.

Mikołaj Grynberg powiedział kiedyś, że jak był jeszcze w podstawówce, to mu się wydawało, że musi pójść do Auschwitz, bo przecież wszyscy, których znał, tam byli.

Czasem przyjeżdżają tu dzieci ze szkół specjalnych i integracyjnych. Trzeba było przygotować dla nich specjalny sposób oprowadzania. Bez metafor czy aluzji, bo one wprowadzają lęk. Komuś takiemu nie można powiedzieć „oni zniknęli”. Zostali zamordowani. Zabici.

Pracuje tu mnóstwo osób: przewodników, historyków...

...konserwatorów, mikrobiologów, ochroniarzy, twórców wystaw, redaktorów wydawnictwa, księgowych...

Są objęci jakąś opieką terapeutyczną?

Nie ma czegoś takiego jak unormowany pakiet. Są dodatkowe trzy tygodnie płatnych urlopów. I comiesięczny dodatek, który można wykorzystać na jakieś próby odnalezienia dystansu czy wsparcia, udział w wydarzeniach kulturalnych, także terapie...

Zmierzam do kwestii, że to nie jest zwykłe miejsce pracy.

U nas jest tak, że albo ktoś przychodzi i dość szybko odchodzi, albo zostaje na bardzo długo, żeby nie powiedzieć: na zawsze.

Nigdzie indziej nie jest tak intensywnie?

Cały czas pytasz o to samo. Myślę, że to jest miejsce, gdzie się dociera do pewnych granic i o dziwo zauważa, że za tymi granicami coś istnieje. To jest to, co mówi tak naprawdę ta historia. Nie wiem, może astronomowie znają podobne uczucie. Nie znam się na innych światach.

Rozmawiał Michał Okoński

Piotr Cywiński // Fot. Beata Zawrzel / REPORTER

Piotr M.A. Cywiński (ur. 1972) jest historykiem. Od 2006 r. dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, a od 2009 r. prezes Fundacji Auschwitz-Birkenau, gromadzącej i operującej funduszem żelaznym, z którego dochodów jest finansowany program konserwacji tego miejsca; wcześniej, od 2000 r., był sekretarzem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. Działacz katolicki, współtwórca Forum Świętego Wojciecha, organizującego międzynarodowe zjazdy gnieźnieńskie, i b. prezes Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie.

 

Spory o Auschwitz

Dla Żydów - symbol Holokaustu, dla Polaków - polskiej martyrologii, dla Romów i Cinti - eksterminacji ich narodów, dla Rosjan - cierpienia i śmierci, ale też zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, wyrażonego w wyzwoleniu obozu… Pamięci Auschwitz jest wiele, a ich zintegrowanie wiązało się z napięciami. Spierano się m.in. o:

liczbę ofiar obozu (ok. 1,1 mln, z czego milion Żydów, 70 tys. Polaków, 15 tys. jeńców sowieckich) - przed 1989 r. przyjmowano, że ofiar było 4 mln;

Krzyże na oświęcimskim żwirowisku, listopad 1998 r. // Fot. Roman Koszowski / PAP

„chrystianizację Auschwitz”, m.in. o lokalizację w budynku przylegającym do obozowych murów klasztoru sióstr karmelitanek (zakonnice wyprowadziły się w 1993 r. na prośbę Jana Pawła II) i o krzyże na pobliskim żwirowisku - ostatecznie przeniesione w 1999 r., na miejscu pozostał jedynie krzyż upamiętniający wizytę papieża w b. obozie z 1979 r.;

życie w cieniu obozu, np. o to, w jakiej odległości od miejsca pamięci mogą funkcjonować centrum handlowe lub dyskoteka;

politykę, m.in. o krytykę PiS-owskiej nowelizacji ustawy o IPN, wygłoszoną w 2018 r. podczas obchodów rocznicy wyzwolenia obozu przez ambasadorkę Izraela - na dyrektora Cywińskiego spadła wtedy fala hejtu w prawicowych mediach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Na ich miejscu