Megaloman ze śmiesznie małymi stopami. Zapalony myśliwy i miłośnik zwierząt. Maczo, który w domu nie podnosił głosu. Głosiciel równości klasowej, ale kochający luksus – w PRL spędzał wczasy na Sycylii, sprowadzał rasowe psy z Anglii, jeździł najnowszym modelem fiata. Ostatnie dwadzieścia lat życia przesiedział w mazurskiej głuszy.
Roman Bratny był często portretowany przez kolegów po fachu. Tadeusz Konwicki, zanim zerwał z nim przyjaźń, pisał: „Jeśli ktoś nie zrazi się jaskrawym hochsztaplerstwem, bezczelnym bluffem i prasłowiańską hucpą – może polubić pana Romana. Ja właśnie do takich należę. Bo pod tym krzykliwym upierzeniem kryje się szlachetne kurczę o gołębim sercu i słowiczym głosie”. Leopold Tyrmand, wdzięczny za załatwienie paszportu wspominał: „powinienem był go nie lubić: były akowiec, który przyszlusował, pisuje kłamliwie, nic go nie trapi z tego, co mnie trapi. (...) Ale – co tu ukrywać – Romuś jest sympatyczny, gra nieźle w tenisa, ma poważne zainteresowania seksualne i właściwie nigdy nikomu żadnego świństwa nie zrobił”. Janusz Głowacki, ulubiony partner Bratnego do tenisa: „Uważał, że jeśli na jakiś temat nie pozwalają pisać całej prawdy, to lepiej pisać sześćdziesiąt procent niż nic. I na tyle mu, zresztą po długich targach (...) pozwalano”.
Gwiazdy wyżęte z melodii
Roman Bratny urodził się w 1921 r., gdy premierem był Wincenty Witos, zmarł w 2017 r., gdy premierką była Beata Szydło. Opowieść o jego życiu to więc opowieść o dziejach Polski ostatniego stulecia. Tego niełatwego zadania podjął się Emil Marat, autor popularnych książek non-fiction o akowskiej tematyce.
O wiele ciekawsze od pomieszczonych w książce cytatów z Bratnego są cytaty z najbliższych mu kobiet. Poślubiona jeszcze w czasie wojny, starsza od niego o dekadę pisarka Joanna Żwirska w ciekawych wspomnieniach z konspiracji pisała o Romanie, że gdy się poznali, patrzył na nią „jak żebrak na sutą jałmużnę, której się nie spodziewał”.
Kolejnym źródłem wykorzystywanym przez Marata są fascynujące dzienniki drugiej żony Bratnego, ekscentrycznej malarki Alicji Wahl. Kiedy się w niej zakochał (znowu od pierwszego wejrzenia) miała lat siedemnaście, on – dwadzieścia osiem. Wprowadziła się do niego razem z siostrą bliźniaczką, nie zważając na obecność Żwirskiej i jej matki. Przez pewien czas Bratny mieszkał więc z żoną, teściową i kochanką. W czerwcu 1977 r., jedenaście lat po rozwodzie, Wahl pisała o byłym mężu: „zgubiła go choroba wszystkich mężczyzn – mania władzy na stare lata. Wszystko przez to, że mu się raz udało – jego »Kolumbowie« zgubili go, wyciągając mściwą rękę zza grobu”.
W książce pojawiają się wypowiedzi trzeciej żony, młodszej od Bratnego o dwadzieścia lat modelki Ewy Młynarskiej. O początkach związku (Bratny był wtedy jeszcze żonaty z Wahl) mówi: „zabierał mnie na polowania, czasem nawet konne wyprawy myśliwskie. Teraz ciągle robi się filmy o tych supermężczyznach, którzy widzą do tyłu. On właśnie taki był: coś w lesie cichutko chrupnęło, mrugnęło i Roman już miał ustrzeloną zwierzynę. Miał niesamowity zmysł myśliwski, zawsze był w tym najlepszy. To też jakoś mi imponowało”.
Żywy blask w martwym oku
Jak wielu intelektualistów jego pokolenia, Bratny chorował na Polskę. Nie wyobrażał sobie życia poza nią, ciągle zastanawiał się, jaka była, jest i powinna być. Tyle że między 1945 a 1989 rokiem jego rozpoznania zawsze pokrywały się z linią władzy.
Patriotyzmu nauczył go ojciec. Józef Mularczyk dokonał rzadkiego w swoim pokoleniu awansu: od syna małorolnego chłopa z podolskiej wsi Boryczówka do sanacyjnego pułkownika, dowódcy I Pułku Strzelców Konnych w Garwolinie. Dzięki niezwykłej determinacji rodziny nie tylko skończył gimnazjum, ale wyjechał na studia do Wiednia. Potem, już jako żołnierz Legionów, ożenił się z utalentowaną pianistką z zamożnego krakowskiego domu. Z wojny polsko-bolszewickiej wrócił z Virtuti Militari. Dokładnie dziewięć miesięcy później rodzi się Roman. Po dziewięciu latach na świecie pojawi się drugi syn, Andrzej (późniejszy wybitny reporter i scenarzysta, m.in. „Samych swoich”).
W latach 30. Józef (na spółkę z przyjacielem, rotmistrzem Tadeuszem Likiernikiem) buduje willę w Konstancinie. Nazywa ją „Boryczówka”. Ale ani Romana, ani Andrzeja nigdy nie zabierze do prawdziwej Boryczówki, nie będzie nawet tego miejsca wspominał – jakby chciał oszczędzić dzieciom zderzenia z biedą i zacofaniem.
Jedno z pierwszych wspomnień Romana: ubrany w miniaturowy mundur kawalerzysty jedzie z ojcem do Belwederu, gdzie wypija filiżankę czekolady, a „wielki pan” z długimi zażółconymi od papierosów wąsami głaszcze go po głowie. W snach będzie wracać do niego przerażające szklane oko konia stojącego w kącie hallu. „Kasztanka – wytłumaczył mu to nabożnie ojciec, w którego świecie znaczyło to zupełnie coś innego niż wypchany zdechły koń, coś bliższego może dziecinnej tajemnicy żywego blasku w martwym przedmiocie” – napisze o tym po latach.
Roman jest dobrym jeźdźcem i strzelcem, ale kariera kawalerzysty go nie pociąga. W liceum o wiele bardziej niż musztra interesuje go poezja, czyta tomik za tomikiem, naraz klasyków i nowości. Nie wybiera się jednak na polonistykę – po maturze składa papiery na Akademię Nauk Politycznych w Warszawie. Ostatnie wakacje przed wojną spędza w junackim hufcu pracy; przy budowie okopów nabawia się ropowicy rąk.
Kilka tygodni później bezskutecznie próbuje zaciągnąć się do armii. Jak setki tysięcy cywilów rusza na wschód, w upiorną pieszą wędrówkę donikąd. Największe wrażenie robią na nim opuszczone ranne konie, które nie mogą się podnieść. Jak pisze Marat: „Sny o potędze skończyły się nagle i tragicznie. Wielkość okazała się jedynie złudzeniem, a kawaleryjskie szable i lśniące konie stały się złudzenia tego symbolem”. Tego września Roman Mularczyk postarzał się o kilka lat.
Pogarda
Przez całą okupację mieszka w „Boryczówce” z matką i bratem. Zastępuje ojca, który znika w podziemiu (po wojnie Roman dowie się, że ojciec był szefem okręgu kieleckiego ZWZ-AK). Prowadzi tajne komplety dla Andrzeja i dzieci z sąsiedztwa, próbuje szmuglu, czyta najważniejsze dzieła dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej literatury i filozofii. Nie wiadomo, kiedy zaczyna pracę w konspiracji. Na pewno kończy podchorążówkę Armii Krajowej. Ale wcześniej wstępuje do Miecza i Pługa, który po wojnie opisze fałszywie jako „niedużą organizację z potężną frazeologią”.
„Potężna frazeologia” to eufemizm na faszyzm. Z deklaracji ideowej MiP: „Naród Polski ma już dość dominowania obcych wpływów kulturalnych nad jego rodzimą słowiańską kulturą. Mieczem i pługiem przetrzebi wpływy żydowskie i ujemne naleciałości Zachodu”. Przywódcy ruchu składają Gestapo ofertę, tak streszczoną przez Marata: „W zamian za współpracę w walce z komunizmem – sformowanie Polnische Wehrmacht – Niemcy mieliby odstąpić od terroru wobec Polaków”.
Oferta zostanie odrzucona, a MiP w końcu podporządkuje się AK. Ale zanim to się stanie, Roman działa naraz w obydwu. I koleguje się z bliskim „pługowcom” krytykiem Alfredem Łaszowskim – wtedy agentem Gestapo, później współpracownikiem UB i SB. Nie ma na to dowodów, ale może właśnie ta znajomość jest przyczyną wpadki, która będzie Bratnego męczyć resztę życia. W 1943 roku Gestapo odkrywa działającą w „Boryczówce” radiostację AK. Po torturach na Szucha dwóch telegrafistów zostaje rozstrzelanych, trzeci wysłany do Oświęcimia. A Romanowi, obecnemu przy aresztowaniu, nie spada włos z głowy. Jakiś czas się ukrywa – przed Gestapo i przed towarzyszami broni z AK. Zostaje oczyszczony z podejrzeń o zdradę, ale wątek utraty zaufania przyjaciół będzie ciągle wracać w jego książkach.
W tym samym 1943 roku zakłada „Dźwigary. Miesięcznik Literacki Ruchu Miecz i Pług”. To w nim publikuje – według Marata kluczowy dla zrozumienia postaci – tekst „Hamlet rozstrzelany”, a w nim akapit: „Każdy strzał bojowca wymierzony we wroga narodu polskiego zabija Hamleta w świadomości zbiorowej inteligencji. Ona to, wyzwolona z postawy wątłego sceptycyzmu, podejmie w wolnym państwie walkę o POLSKĘ PRACUJĄCEGO CZŁOWIEKA”.
Roman i reszta zespołu „Dźwigarów” zaprzyjaźniają się z redaktorami „Sztuki i Narodu”, konkurencyjnego podziemnego pisma literackiego, snującego tyleż niepokojące, co naiwne wizje odrodzenia Polski w postaci imperium słowiańskiego. Młodzi poeci-konspiratorzy spotykają się w „Boryczówce”, żeby przy tanim winie czytać sobie nawzajem nowe wiersze, tańczyć i dyskutować o roli sztuki w życiu narodu. Gwiazdą tych spotkań jest Karol Topornicki, czyli Tadeusz Gajcy. Ponoć to on wymyśla Romanowi pseudonim, który po wojnie stanie się urzędowym nazwiskiem.
Burżuazyjne zwyrodnienie
W Powstaniu Warszawskim dowodzi plutonem w batalionie „Bełt” – broni przekopu w Alejach Jerozolimskich (tego, któremu poświęcił kiedyś przemówienie Donald Trump). Jako żołnierz przechodzi to samo, co większość powstańców, którym udało się ujść z życiem: drogę od euforii przez bezradność i rozczarowanie po gorycz porażki. Świadek bezsensownej hekatomby, utwierdza się w przekonaniu, że decyzja o powstaniu była okrutnym błędem elit, które w politycznej grze poświęciły Warszawę i warszawiaków.
Po powstaniu, leżąc głodny na pryczy w niedogrzanym baraku obozu jenieckiego, Bratny przeprowadza rozrachunek z przedwojenną Polską. Notuje w zeszycie coś, co Marat nazywa „marksistowsko-nietzscheańskim wywodem”. Pisze: „Tragiczny okres pięciolecia nie sprzymierzył klas w postawie walki narodowej, lecz tylko w konsekwencjach narodowej klęski”. Ogłasza upadek liberalnej demokracji i konieczność sojuszu inteligencji z chłopami i proletariatem. Postuluje pokojową „Rewolucję Narodową”.
Gdy po wojnie wraca do Polski, jest przekonany, że nowe władze tę właśnie rewolucję realizują. Tyle że z błędami, które trzeba im uświadomić. Błąd najważniejszy to stosunek do AK. Bratny jeszcze jako student zakłada pismo literacko-społeczne „Pokolenie”, które ma przekonywać władze do zaprzestania prześladowań akowców, a akowców – do włączenia się w odbudowę kraju. W pierwszym numerze stwierdza: „Służyliśmy koncepcji »londyńskiej«, upatrując w niej polską rację stanu. Nie mamy czego się wstydzić”. Zastanawia się, „dlaczego tak wielu z nas spotkały obozy internowania i aresztowania. Czy innej drogi nie było?”. Odpowiedź przychodzi kilka miesięcy później: pismo zostaje mu odebrane, a potem zamknięte. Jego znajomi dalej trafiają do więzień. Bratny musi sobie zdawać sprawę, że może być następny – zwłaszcza ze swoją przeszłością w MiP.
Zaczyna tworzyć to, czego nowa Polska od niego oczekuje: jednoaktówki do wystawiania w świetlicach, reportaże z „ziem odzyskanych”, scenariusz melodramatu o córce kułaka zakochanej w spółdzielcy, sprawozdanie z pokazowego procesu ideologa polskiego faszyzmu Adama Doboszyńskiego. Oraz wiersze typu „Podanie do towarzysza Dzierżyńskiego” („Towarzyszu Dzierżyński, powiedzcie / – umieliście umrzeć i pozostać z nami – / powiedzcie mi, jak żyć częściej / niż raz jeden, i to z błędami”). Składa samokrytykę na łamach „Nowej Kultury”, przyznając się do „burżuazyjnego zwyrodnienia” i „formalistycznego garbu” we wczesnej twórczości. Gdy wstępuje do Partii, zapewnia, że zrozumiał, iż w AK „kryła się zdrada najistotniejszych interesów narodu i wrogość wobec ideałów klasy robotniczej”.
A sześć lat później, gdy tylko nadchodzi odwilż, wydaje akowską epopeję o Powstaniu. Ogromny sukces „Kolumbów. Rocznik 20” wcale go nie onieśmiela. Nie paraliżuje go lęk, że już tego sukcesu nie powtórzy. Przeciwnie, przez kolejnych czterdzieści lat pisze jak automat, zazwyczaj „byle co, byle jak, byle aktualnie”. Powieści, opowiadania, nowele, scenariusze. O głośnych zbrodniach, korupcji, polityce, często z mrocznym tłem wojennym i scenami erotycznymi na granicy pornografii. Głównego bohatera lubi nazywać Jerzy (to jego drugie imię) i wyposażać w podobny do swojego życiorys.

Trzeba pomóc generałowi
Marat uważa, że decydujący w politycznej biografii Bratnego jest rok 1968, kiedy zamiast zwątpić w system, zaczyna go gwałtownie bronić. I tak już mu zostanie.
Czy jest antysemitą? Nie większym niż każdy wychowany w II RP, twierdzi Marat.
Wprawdzie publicystyka Bratnego z 1968 r. wpisuje się w moczarowską propagandę, ale nie wynika to z wyrachowania czy nienawiści, tylko szczerego przekonania o zbrodniach wojennych Izraela i o potrzebie oczyszczenia polskich elit politycznych z przefarbowanych stalinistów. Jednocześnie – tak przed, jak po Marcu – Bratny umieszcza w swojej prozie wątki wprost sprzeczne z moczarowską polityką historyczną. Całkiem otwarcie, choćby w noweli „Naganiacz”, pisze o Polakach uczestniczących w Zagładzie.
Po 1976 r. jego obsesją staje się demokratyczna opozycja. Nie może się pogodzić z jej istnieniem. Uważa, że jeśli będzie wystarczająco silna, Polskę czeka drugie powstanie albo wojna domowa, kolejny bezsensowny rozlew krwi. PRL uważa za system dogłębnie zepsuty, ale jedyny możliwy. Pisze „interwencyjne” powieści, w których piętnuje niesprawiedliwości, układy, głupotę elit. Będzie twierdził, że gdy jego koledzy podpalali stajnię Augiasza, jaką był PRL, on próbował ją czyścić.
Po wprowadzeniu stanu wojennego odwiedza brata, który z emocji trafił do szpitala kardiologicznego, i namawia do wypisu: „Trzeba pomóc generałowi. Tylko wojsko ma w tym kraju czyste ręce”. Sam pomaga, jak umie. Pisze książkę, która – jak notuje w dzienniku Mieczysław Rakowski – generała wprost zachwyca.
„Rok w trumnie” ukazuje się tuż po zniesieniu stanu wojennego. Sprzeda się w kilkuset tysiącach egzemplarzy. To paszkwil, stylizowany na pamiętnik więźnia, który w karnawale „Solidarności” wychodzi na przepustkę i opisuje swoje erotyczne przygody w środowisku opozycji. Pierwowzorem narratora był skazany za współudział w morderstwie aktor i pisarz Jerzy Nasierowski, zawdzięczający Bratnemu przedterminowe zwolnienie.
I tak z autora powieści rehabilitującej AK, Bratny staje się autorem powieści dezawuującej Solidarność. Skarykaturowani w książce wymierzają mu najgorszą dla pisarza karę. Milczenie – które obejmie też wszystko, co napisał potem.
Konające wściekłe zwierzę
Opis trzydziestu czterech lat, jakie przeżył po wydaniu „Roku w trumnie” zajmuje u Marata ledwie czterdzieści stron. A przecież ten właśnie okres piętna i pokuty – utraty większości przyjaciół, obserwowania bankructwa własnych przekonań, podejmowania rozpaczliwych prób utrzymania się na rynku literackim, wreszcie powolnego umierania – jest najbardziej dramatyczny i tym samym najciekawszy.
W latach 90. Bratny dużo narzeka i wyklina – na politykę parlamentarną i politykę wydawniczą. Bardzo przeżywa usunięcie „Kolumbów” z listy lektur. W wywiadzie z 1994 r. żali się, że kiedyś musiał walczyć z cenzurą, a teraz jest objęty „systemem tłumienia: ani słowa o książkach, ani słowa o człowieku: nowe socjotechniki są skuteczniejsze”. Andrzej Mularczyk mówi Maratowi, że jego brat był wtedy „jak konające, wściekłe zwierzę”. Biograf podsumowuje: „Nie zauważył, że nie broni już niczego oprócz siebie i swojego przekonania o nieomylności. Oraz wygody życia w tym przekonaniu, w materialnym dostatku, z pisarską popularnością”.
W drugiej połowie lat 90. Bratny przestaje pisać i wyprowadza się na stałe na Mazury. Ma depresję, do której dochodzą demencja i trudności z poruszaniem. W ostatnich latach życia przeprowadza się do córki, która prowadzi coś w rodzaju domu spokojnej starości dla koni: wysłużone klacze i ogiery chodzą samopas między stajnią a pastwiskiem. Bratny czasem siada w fotelu przed domem i czeka, aż córka mu je przyprowadzi.
Uśmiecha się, głaszcząc ciepłe pyski. Mówi, że często śni mu się koń z dzieciństwa. Nazywał się Samum. Nie pamięta już imion, ale to jedno mu zostało.

Emil Marat BRATNY. HAMLET ROZSTRZELANY, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024
Mount Everest na Nizinie Mazowieckiej
„Kolumbowie. Rocznik 20” po raz pierwszy trafiają do księgarń w maju i czerwcu 1957 r. Książka staje się bestsellerem, a nakład znika błyskawicznie – w ciągu dwóch tygodni. Po fali artykułów i wywiadów Roman Bratny przyjmuje w domu delegacje dziennikarzy i dziennikarek gazetek szkolnych, pracowników domów kultury oraz „kaowców”. Pozwala sobie na szaleństwa związane z sukcesem: planuje wyprawę nad Amur we wschodniej Azji, zamienia wartburga na nową škodę 440, droższą wówczas od „garbusa”.
Kiedy powieść zostaje zekranizowana, a w telewizji pojawia się serial Janusza Morgensterna, „Kolumbowie” znów osiągają wysokie nakłady, PIW wznawia tytuł kolejno w latach 1972, 1974, 1976, 1977 i 1979. W samych latach 70. nakład sięgnie 200 tys. egzemplarzy, a łącznie powieść zostanie wydrukowana w ponad milionie sztuk. W momentach, gdy brakuje jej w księgarniach, biblioteki tworzą długie listy oczekujących.
Odtwórca jednej z głównych ról serialu, Jan Englert, przyzna, że z „nikogo staje się najpopularniejszym aktorem w Polsce”, a całe zamieszanie wokół niego i serialu „to był jakiś Mount Everest, który wyrósł w pół roku na Nizinie Mazowieckiej”. Bratnego ludzie zaczepiają na ulicy, przysyłają do domu kwiaty.
Widzowie, którym do tej pory proponowano przygodowy obraz wojny w stylu „Czterech pancernych i psa” (od 1966) czy „Stawki większej niż życie” (od 1968) są – jak pisze Emil Marat – „porażeni zrealizowanymi niemal w dokumentalny sposób scenami dramatu powstania”. Serial jest drugim, po „Kanale” Andrzeja Wajdy, ważnym obrazem poświęconym tragedii.
MOch
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















