Poświatowska: miłość i upór życia. Kalina Błażejowska o biografii poetki

Przy pierwszym wydaniu „Upartego serca” byłam zła na łatkę poezji kobiecej przypinaną Poświatowskiej. Teraz wiem, że od kategorii płciowych nie da się uciec - mówi reporterka Kalina Błażejowska.
Czyta się kilka minut
Halina Poświatowska w Monteralu, 11 lipca 1961 r. // archiwum rodzinne / Wydawnictwo Literackie
Halina Poświatowska w Monteralu, 11 lipca 1961 r. // archiwum rodzinne / Wydawnictwo Literackie

Katarzyna Kubisiowska: Słyszałaś jej głos?

Kalina Błażejowska: Jak recytuje wiersze. Miała głos wysoki i miękki, delikatny i przejmujący.

A widziałaś, jak się porusza?

Jedno ujęcie, kilka sekund. Ścinki montażowe z filmu o Częstochowie kręconego na początku lat 60. Halina Poświatowska siedzi w jasnym swetrze w miejskiej czytelni, coś notuje, nie wie, że jest filmowana. Innych znanych nagrań nie ma. 

Jest za to „Rozsiewane wiatrem”, dokument nakręcony cztery lata po jej śmierci. Adam Hanuszkiewicz reżyserował, a Zofia Kucówna wcieliła się w reporterkę, która rozmawia z bliskimi Haliny. W pewnym momencie mówi, że chciała porozmawiać z siostrą Margosią, ale ta odmówiła. I następuje zbliżenie na twarz siedzącej na ławce dziewczyny, która powoli odwraca oczy do kamery i widać, jak jest niebywale do Haliny podobna.

Prawdziwa siostrzana więź?

Między nimi było aż 12 lat różnicy. Wcześniej Halina miała jeszcze jedną siostrę, młodszą o siedem lat Elżunię. Ona w grudniu 1945 roku nagle zmarła, prawdopodobnie na zapalenie opon mózgowych lub płuc. A Halina niedługo wcześniej – po tym jak w styczniu do Częstochowy weszła Armia Czerwona i całą rodziną spędzili noc w lodowatej piwnicy – zaczęła poważnie chorować. 

Wielka tragedia: rodzice dwóch zdrowych dziewczynek stali się rodzicami jednej właściwie niepełnosprawnej. W domu panował kult Elżuni: wisiało jej zdjęcie, mówiło się o niej. Dwa lata po jej śmierci urodziła się Margosia. Halina była zachwycona, pisała do kuzyna od razu po jej zobaczeniu, że „cała jest pokryta puszkiem i ma takie śliczne paznokietki”.

Kiedy Margosia zaczęła studiować w Krakowie, przez jakiś czas mieszkała u Haliny w Domu Literatów na Krupniczej, śpiąc na łóżku polowym. Halina wprowadzała ją w krakowskie środowisko filozoficzne i literackie, trochę się nią chwaliła, pomagała w nauce. Matkowała jej.

Poświatowska dla Ciebie jako poetka?

Nie miała czasu, by dojrzeć jako poetka. Dojść do perfekcji. Zmarła w wieku 32 lat, czyli w czasie, kiedy wielu poetów właściwie dopiero zaczyna. Za życia wydała trzy tomiki, a ten ostatni, „Oda do rąk”, jest o klasę lepszy niż poprzednie. W nowym wydaniu „Upartego serca” chciałam pokazać, że tematyka jej wierszy była szersza niż tylko miłość i śmierć.

Polityka?

Choćby wiersz o wojnie w Wietnamie, którą interesowała się zapewne bardziej niż przeciętny obywatel PRL-u, ze względu na trzyletni pobyt w Stanach. To był jej pacyfistyczny protest. Do przyjaciółki pisała, że nie jest pewna, czy wiersz jest dobry, ale jest pewna, że potrzebny. 

„Wietnam 1965” był tłumaczony na wiele języków, przedrukowany został w antologii, która sprzedała się w zawrotnej liczbie egzemplarzy. Można powiedzieć, że w Polsce to jeden z najmniej znanych wierszy Poświatowskiej, a w świecie znany najbardziej.

A proza?

Komponowana świadomie, pisana gęstymi, melodyjnymi zdaniami. Choć za życia opublikowała zaledwie trzy teksty prozą: autobiograficzną „Opowieść dla przyjaciela” i dwa opowiadania. Niewiele więc mamy do porównywania. Inne rzeczy, m.in. dramaty, znajdują się w rękopisach u rodziny, która nie chce ich udostępniać.

Dlaczego?

Chyba uważa, że są zbyt słabe.

Szkoda, że nie można przeczytać.

Tak i nie – skoro Halina ich nie chciała publikować, dlaczego ktoś wbrew niej miałby to robić?

Biografka?

Od początku pisania „Upartego serca” przyjęłam założenie, że interesuje mnie przede wszystkim życie Poświatowskiej. A twórczość – o tyle, o ile wpływa na to życie. Rzecz jasna, przeczytałam wszystko, co napisała, ale twórczością niech zajmują się specjaliści od literatury. Zresztą sporo ukazało się już opracowań na ten temat.

A „Opowieść dla przyjaciela” to rozliczenie się z życiem 30-latki.

To było moje pierwsze zetknięcie z pisaniem Poświatowskiej. Miałam 13 lat i byłam pod ogromnym wrażeniem tej narracji, skupionej na pasji życia i ciągłej walce ze śmiercią. To jedna z książek, która otworzyła mi głowę.

Aż tak?

Ale dopiero pracując nad biografią zrozumiałam, że w „Opowieści dla przyjaciela” Poświatowska nie odsłania się w całości, lecz starannie tworzy wizerunek. Kreuje się. Mało jest tam jej złośliwego poczucia humoru, jakoś mi bliskiego. 

Natomiast w listach, których pisała bardzo dużo i które były istotnym dla mnie źródłem informacji, potrafi być złośliwa, w krótki sposób podsumowywać zachowania znajomych, przyjaciół, rodziny.

O Janie Adamskim, ówczesnym mężu poetki Anny Świrszczyńskiej, który bardzo chciał, ale jeszcze bardziej bał się zdradzić żonę, pisała do przyjaciółki: „Święci mają kolosalne wyrzuty sumienia, gotowi są korzyć się na wszystkie cztery łapy i nigdy nie popełnią sobie czegoś śmiertelnego. Podział poprzeczny katolika”.

Listy jako miejsce dla szczerości?

No właśnie w nich też potrafiła się kreować. Kiedy jako dorosła kobieta pisała do swoich dobroczyńców – ludzi, którym zawdzięczała zdrowie, czy to leczącego ją profesora Juliana Aleksandrowicza, czy pisarza Józefa Wittlina, organizującego jej operację w Stanach – to przyjmowała ton małej, słodkiej dziewczynki, która jest bardzo grzeczna, wdzięczna i milutka. Podobnie w listach do Adamskiego – jakby chciała go rozczulić.

„Opowieść dla przyjaciela” Poświatowska poprawiała wielokrotnie.

W zasadzie powstały dwie książki. Pierwszą wersję odrzuciło jej zamawiające wydawnictwo Nasza Księgarnia. A kończąc drugą wersję, na którą umowę podpisała z krakowskim Wydawnictwem Literackim, w liście do przyjaciółki stwierdzała, że nie ma wielkich ambicji, ale chciałaby, by to nie było gorsze od „Barbarzyńcy w ogrodzie” Zbigniewa Herberta.

Wysoko mierzyła.

Choć początkowo twórczość miała być dla niej tylko rodzajem autoterapii. Zachorowała jako 10-latka na zapalenie wsierdzia, które doprowadziło do wady serca. A to oznaczało, że mnóstwa rzeczy nie mogła robić. Nie była w stanie wejść na trzecie piętro. Pięć schodów mogła jeszcze pokonać, ale już dziesięć często stanowiło barierę, w zależności od jej stanu zdrowia, który się pogarszał i poprawiał. 

Kiedy była na stypendium w Paryżu, właśnie z powodu schodów nie poszła na żaden wykład na Sorbonie i nie wsiadła do metra, po mieście musiała jeździć taksówkami. Loty samolotem kończyły się atakiem duszności wywoływanym zmianami ciśnienia. Tak ciężkiej niewydolności serca towarzyszy też niewydolność płucna. Psują się nerki i wątroba. Sinieją usta, zdarzają się wybroczyny na skórze. Choruje cały organizm.

Dieta?

Nie można jeść soli – Poświatowska z Margosią chodziły na niesłone rosoły do Warszawianki, popularnego wówczas w Krakowie lokalu znanego z kuchni dietetycznej. Halinie puchły też kostki i z tego powodu cierpiała, bo była kobietą świadomą swojego fizycznego piękna. Miała świetne nogi, chętnie chodziła w butach na wysokim obcasie i spódnicach odsłaniających łydki. W listach do przyjaciółek narzekała, że znowu ma obrzęk kostek i nie wychodzi z domu.

Na zdjęciach wygląda na zdrową.

Choroba dawała u Poświatowskiej wizualne znaki, które ona starannie ukrywała. I raczej jej się to udawało. Dlatego niektórych zszokowała informacja o jej śmierci.

Pierwsza operacja wydłużyła jej życie o prawie dekadę.

Jako 23-latka bez towarzystwa nikogo z Polski pojechała do Filadelfii, gdzie przeszła operację. Co było krokiem w nieznane, ogromnym ryzykiem i świadczyło o niesamowitej sile Poświatowskiej. I została w Stanach, by studiować filozofię w języku, którego nie znała. Angielskiego uczyła się po kilkanaście godzin dziennie i udało się: dostała się do najlepszego żeńskiego college’u. To było spełnienie jej marzeń i ambicji. Ten upór i odwaga chyba najbardziej mnie zafascynowały w Poświatowskiej.

Pobyt Stanach był jej wejściem w dorosłość?

Przede wszystkim po raz pierwszy jest zdrowa, przestaje ją boleć serce, zaczyna normalnie oddychać, pokonywać schody, jeździć na rowerze. W trakcie pracy nad książką szczególnie interesowały mnie kwestie medyczne. Prawdę powiedziawszy żałuję, że zawsze chciałam zostać pisarką, a nie lekarką. Tę pierwszą operację Halina przeszła w roku 1958, drugą w roku 1967, kardiochirurgia się wtedy bardzo szybko rozwijała.

Kiedy kończyłam pracę nad pierwszą wersją „Upartego serca”, napisałam mejla do profesora Antoniego Dziatkowiaka, wybitnego kardiologa, prosząc o konsultację pod kątem medycznym. Nawet niezbyt wierzyłam, że mi odpisze, nie znałam go osobiście, a wiedziałam, że jest człowiekiem niezwykle zajętym. 

A on nie dość, że książkę przeczytał, to obszernie odpowiedział na wiele pytań, w tym, na co dokładnie chorowała Poświatowska. Bo ona w „Opowieści dla przyjaciela” nie mówi o tym wprost. I poprzedzające mnie biografki – przecież nie jestem pierwszą osobą, która pisała o życiu Poświatowskiej – nie ustaliły tego rozpoznania.

Zdjęcie zrobione przez Jerzego Kosińskiego na Manhattanie, Nowy Jork, sierpień 1959 r. // Fot. Jerzy Kosiński / archiwum rodzinne / Wydawnictwo Literackie

Według Dziatkowiaka to była niedomykalność zastawki dwudzielnej połączona ze stenozą mitralną. W 2011 roku, czyli ponad 40 lat po drugiej operacji Poświatowskiej, profesor Dziatkowiak twierdził, że taka operacja byłaby nadal obarczona wysokim, bo 25-procentowym ryzykiem zgonu. A zasada w medycynie jest taka, że nie operuje się, jeżeli ryzyko zgonu pooperacyjnego jest większe niż ryzyko zgonu bez operacji.

Co Ci dało ustalenie tego faktu?

Musiałam rozważyć, na ile Poświatowskiej decyzja o poddaniu się drugiej operacji była formą samobójstwa.

I?

Ona naciskała na tę operację. Najpierw był nieostrożnie rzucony pomysł profesora Aleksandrowicza, nie tylko jej lekarza, ale i przyjaciela, który chciał Halinie nieba przychylić. Tyle że Aleksandrowicz był internistą i hematologiem. Po konsultacji z kolegami kardiologami dotarło do niego, jakie to niebezpieczne, zwłaszcza że trzeba było ponownie otworzyć klatkę piersiową, co zwiększa ryzyko krwotoku. 

Dopiero niedawno zaczęto wymieniać zastawki mitralne bez otwierania klatki piersiowej. Gdyby więc teraz Poświatowska była poddana tej operacji, miałaby o wiele większe szanse przeżyć.

Aleksandrowicz powinien był powstrzymać Poświatowską przed operacją?

Nie potrafił jej odmówić, pozbawić nadziei. To był niezwykły człowiek, wizjoner, już wtedy, kilkadziesiąt lat temu, propagował medycynę holistyczną, kompleksową. W swojej klinice w Krakowie przy Kopernika wprowadzał gimnastykę jako element leczenia – sport nie tyle jako rehabilitacja, co źródło zmęczenia i satysfakcji.

Zatrudniał psychologów wspierających pacjentów. Stosował techniki relaksacyjne: w ramach przygotowań do poobiedniej drzemki z głośników w salach rozbrzmiewał Nokturn Des-dur Chopina z głębokim głosem Gustawa Holoubka, powoli mówiącego: „Leżę wygodnie, bardzo wygodnie, zamykam oczy, rozluźniam wszystkie mięśnie...”.

I to Aleksandrowicz zachęcił Poświatowską do pisania. To on lobbował w Wydawnictwie Literackim za wydaniem „Hymnu bałwochwalczego”, jej pierwszego tomu poetyckiego. To on sprowadził Wisławę Szymborską do szpitala, by z Haliną porozmawiała o poezji. Aleksandrowicz widział jej talent, ale dla niego to było drugorzędne względem leczenia.

A dla Poświatowskiej pisanie stało na miejscu pierwszym.

Ono było ratunkiem przed chorobą. I to nawet nie tyle fizyczną, co psychiczną: depresją wywołaną nagłą śmiercią męża, Adolfa Poświatowskiego, studenta Filmówki, też chorującego na serce. Poświatowska wdową została w wieku 20 lat. To Aleksandrowicz wymyślił, że ona musi wpierw zostać wyciągnięta z depresji, bo inaczej nie będzie miała siły na walkę z chorobą serca.

A Ireneusz Morawski – tytułowy przyjaciel z „Opowieści...”?

Jako dwulatek stracił wzrok w wyniku zapalenia opon mózgowych. Jego matka wtedy z dnia na dzień osiwiała. To był człowiek z ogromnymi ambicjami, które, sądzę, trochę go zgubiły. Niewątpliwie miał talent literacki, Halina podkreślała, że kocha, jak są pisane jego listy. I że trzeba być niewidomym, by pisać w ten sposób.

Zbliżało ich doświadczenie niepełnosprawności? 

Przy jednoczesnej determinacji – w jednym i w drugim przypadku – by żyć jak wszyscy. Ireneusz chodził bez białej laski. I podobno świetnie gotował. Pisał na zwyczajnej maszynie, nie brajlowskiej. Grał na fortepianie. Miał czarne okulary i to był jedyny znak jego ślepoty – choć też można było myśleć, że się stylizuje na Zbyszka Cybulskiego. Morawski znał się z całym środowiskiem literackim Wrocławia. Ale po tym, jak nie wyszła mu relacja z Haliną, odwrócił się od pisania.

To zagadkowe. 

Nie chciał też zgodzić się na upublicznienie swoich listów do Poświatowskiej. Być może gdyby Halina była zainteresowana nim jako mężczyzną, to by nie miał oporów. W „Opowieści dla przyjaciela” i w listach do niego Poświatowska pisze, że ona nic ponad przyjaźń mu nie obiecywała. I ja jej uwierzyłam, znając jedną tylko stronę medalu. Tak właśnie myślałam, pisząc pierwszą wersję „Upartego serca”. 

A w chwili, kiedy ukazały się – już po wydaniu mojej książki – listy Morawskiego do Poświatowskiej, zatytułowane „Tylko mnie pogłaszcz...”, zrozumiałam, że Poświatowska powinna mieć sobie więcej do zarzucenia. Jednak długo go zwodziła: całowała się z nim, prosiła, żeby ją głaskał i przytulał, podarowała mu wiersz zatytułowany „Wiersz zaręczynowy”... I musiałam w drugiej wersji „Upartego serca” cały ten wątek przepisać.

Twoja rozmowa z Morawskim?

A chcesz posłuchać o dziennikarskiej porażce?

W tym zawodzie każdy z nas jej doświadcza.

Kiedy pracowałam nad pierwszą wersją „Upartego serca”, skontaktowałam się z Mariolą Pryzwan, która jest nie tylko autorką wcześniejszej książki o Poświatowskiej, ale też redaktorką „Tylko mnie pogłaszcz...”. Była bardzo pomocna. Powiedziała, że dotarła do Ireneusza Morawskiego, zaprzyjaźnili się i wie jedno: że on absolutnie nie chce publicznie o Halinie mówić ani udostępniać listów. Że temat Haliny jest dla niego nadal bolesny.

I?

Ponieważ byłam młoda, głupia i niedoświadczona, miałam dylemat: czy mam Morawskiemu dać święty spokój, czy jednak próbować z nim nawiązać kontakt. Z takimi myślami biłam się kilka miesięcy. Ponieważ Mariola Pryzwan nie chciała mi dać numeru telefonu do Morawskiego, napisałam do Polskiego Związku Niewidomych z prośbą, żeby podali mi adres lub przekazali mu list ode mnie. To było pod koniec czerwca 2011 roku. Odpowiedź dostałam w połowie lipca: „Pan Morawski zmarł na początku miesiąca, więc nie będziemy w stanie Pani pomóc”.

W dwójnasób bolesne.

Na szczęście Morawski zostawił Pryzwan esej o swojej znajomości z Poświatowską i zgodził się, żeby go pośmiertnie opublikować. Tyle że nie w całości. Brakuje fragmentów ocenzurowanych przez samego autora. Nadal więc istnieją tajemnicze luki w historii Morawskiego i Poświatowskiej.

A ja nadal nie pojmuję, dlaczego Morawski nie zgadzał się na publikację listów.

Chodziło mu o żonę, z którą wziął ślub już po śmierci Poświatowskiej. Nie chciał, by czytała jego listy miłosne do innej kobiety. Więc powód tej decyzji nie był irracjonalny. Paradoks polega na tym, że żona Morawskiego okazała się wspaniałomyślna i po śmierci męża doprowadziła do wydania listów.

W czym tkwi fenomen żywej obecności Poświatowskiej w popkulturze? „Kiedy umrę, kochanie” wykonują Sanah i Kasia Kowalska, Janusz Radek nagrał całą płytę. Halina Wyrodek i Zofia Kucówna fenomenalnie zaśpiewały „Koniugację”. Powstał wokół jej życia film fabularny i kilka dokumentów.

Są też inne piosenki, monodramy. I to wciąż za mało jak na potencjał tej postaci. Na to, jakie miała dramatyczne życie, jaką ciekawą osobowość, urodę, talent.

I ta przedwczesna śmierć?

Przy pierwszym wydaniu „Upartego serca” byłam bardzo zła na łatkę poezji kobiecej. Uważałam, że to pomniejsza jej rangę: skoro nie jest to męskie doświadczenie, nie może być uniwersalne. Moje feministyczne przekonania nie pozwalały na bezrefleksyjne powielanie tej kalki: wysuwałam wówczas argument, że przecież o Czesławie Miłoszu czy Tadeuszu Różewiczu nie powiemy, że uprawiali męską poezję.

A jednak wiersza „Podróż pociągiem osobowym” mężczyzna by raczej nie napisał. Bo jego tematem jest molestowanie seksualne, czy raczej kobiecy, uwarunkowany doświadczeniem, lęk przed nim. Wyjątkowo aktualna sprawa w epoce #MeToo

Ten wiersz dotyczy Margosi. W zasadzie to poetycki obrazek reporterski. Opowiada o tym, jak Halina odprowadza siostrę na pociąg osobowy do Częstochowy, jak postanawia usadzić ją w przedziale, by upewnić się, że nie padnie ofiarą jakiegoś molestatora. I chodzi z Margosią po całym pociągu i w każdym przedziale widzi lubieżne spojrzenia mężczyzn, którzy mogliby jej siostrę skrzywdzić. Nie może przestać myśleć o tym, że Margosia będzie jechać w niebezpiecznym towarzystwie.

Wniosek?

Teraz wiem, że kategorie płciowe są ważne. Nie da się od nich uciec. Poświatowska pisała o kobiecym doświadczeniu dla kobiet. I ta twórczość rezonuje głównie w kobietach. Czy tego chcemy, czy nie.


Kalina Błażejowska // Fot. Aleksandra Graczyk

KALINA BŁAŻEJOWSKA (ur. 1987), publicystka i reporterka, autorka „Tygodnika Powszechnego”. Absolwentka filmoznawstwa i dziennikarstwa UJ. 

W 2023 roku ukazała się jej książka reporterska „Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych”, za którą otrzymała Nagrodę Historyczną „Polityki”, Międzynarodową Nagrodę im. Witolda Pileckiego, Nagrodę Ołówek Kazimierza Moczarskiego przyznawaną przez Młodzieżowe Kluby Historyczne, Nagrodę Klio II stopnia oraz nominacje do Nagrody im. Kazimierza Moczarskiego i nagrody Złota Róża 2024.


Kalina Błażejowska, "Uparte serce. Biografia Haliny Poświatowskiej", Wydawnictwo Literackie 2026 // materiały prasowe

W Wydawnictwie Literackim ukazało się właśnie poszerzone i poprawione wydanie jej książki sprzed 12 lat „Uparte serce. Biografia Haliny Poświatowskiej”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 04/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Żeby żyć