Irena 1 września 1939 roku miała 18 lat. Tego dnia wzięła ślub

Znów wycie syren. Na ulicy przerażony tłum. Krzyk, płacz. W bramie przeczekujemy jeden, drugi alarm. Jest późne popołudnie, gdy docieramy do kościoła. Okazuje się, że nie mamy obrączek. Paweł wtyka mi pieniądze i wysyła do jubilera.
Czyta się kilka minut
Irena Zarembianka z narzeczonym Pawłem Łucykiem, lato 1939 r. // Archiwum rodzinne
Irena Zarembianka z narzeczonym Pawłem Łucykiem, lato 1939 r. // Archiwum rodzinne

Irena Łucyk, z domu Zaremba, urodziła się w 1921 r. w wielkopolskim Kępnie. Od 1928 r. mieszkała w Białymstoku, gdzie jej matka Alina pracowała w seminarium nauczycielskim.

Ślub Ireny z Pawłem Łucykiem – przyspieszony z powodu wybuchu wojny – odbył się 1 września 1939 r. w Białymstoku. W 1940 r. przyszło na świat ich pierwsze dziecko. W tym samym roku, w obawie przed wywózką na Sybir – Białystok znalazł się w sowieckiej strefie okupacyjnej – musieli potajemnie opuścić miasto. Do końca wojny ukrywali się, prowadząc – potem także pod okupacją niemiecką – tajne nauczanie, w różnych miejscowościach na terenie Białostocczyzny.

Po powrocie w 1947 r. do Białegostoku Irena zajmowała się domem i dziećmi (od roku 1950 już czworgiem), pracowała jako planistka i księgowa, a potem, przez wiele lat, jako nauczycielka i lektorka języków francuskiego i angielskiego. Oprócz języków jej miłością były Tatry. Miała uzdolnienia plastyczne i literackie, pisała wiersze.

Zmarła w 2018 r. w wieku 97 lat. Jej „Wspomnienia 1937-1944” zostały wydane (przez Agencję Gajus) w 2023 r. w niewielkim nakładzie i staraniem rodziny autorki. Publikujemy ich fragmenty.

Szymon Łucyk (wnuk)

Irena Łucyk z dziećmi Zuzanną i Andrzejem, luty 1943 r. // Archiwum rodzinne

1 września, rano. Białystok

Piąta rano. Jakiś nieznośny warkot w powietrzu. I raptem huk. Jeden, dwa, trzy. Wycie syren. Wyskakuję z łóżka, pędzę na balkon. Nic nie widać. Dzień dopiero się budzi. Wychyliło się słońce, niebo czyste, błękitne. „Będzie znowu piękna pogoda” – myślę.

W progu staje Paweł, narzeczony. „Wojna” – mówi zdławionym głosem. Był komunikat w radio, Niemcy atakują wzdłuż całej zachodniej granicy, bombardowano wiele miast. Co na to Francja i Anglia? Cały świat? Co z Warszawą? Z Halą, Wandką i resztą? Tysiące pytań. Tak nie może być! Mam 18 lat. W tym wieku nie ma miejsca na pesymizm i strach. Zwyciężymy. Sojusznicy dołączą. Pocieszam Mamę i Pawła. Wierzę w to, co mówię.

Czas na wykorzystanie wiedzy z zajęć przysposobienia wojskowego. Pytam Pawła, czy pozwoli zrobić uszczelnione pomiesz­czenie ze swojej kawalerki. Pokazuję maski, którymi wcześniej nas obdarowano. Mam trzy, dla każdego: miseczki wypełnione chyba węglem absorpcyjnym. Paweł akceptuje projekt, zostawia klucz od mieszkania. Sam idzie do urzędu.

Biorę się do dzieła według instrukcji. W radiu marsze wojskowe, przerywane szyfrowanymi komunikatami, np. „A koma 5, uwaga, uwaga, nadchodzi”. Ciekawe, jaki szyfr ma Białystok. Kleję na każdej szybie paski papieru, przecinające się po prze­kątnej. Okna zostawiam lekko niedomknięte, przybijam do framugi stare koce i kołdry. Uszczelniam drzwi.

1 września. Ślub

Kończę, gdy wbiega rozdygotany Paweł: „Przebierz się. Prędko! Umówiłem ślub!”. Zaskoczenie. Jak to? Przecież... „Prędzej!” – słyszę.

Chce mi się płakać. Tak, mieliśmy się pobrać. Zapowie­dzi wyszły w lipcu. Ale wcale mi się nie spieszyło. I co mam ubrać? Materiał na suknię – u krawcowej. Model wybrany, śliczny. Obie­cała uszyć w trzy dni, gdy ustalimy datę. A ja, pełna wahań i lęku, wolałabym poczekać, odwlec. A tu ta nagła jego decyzja. „Gotowa jesteś?” – woła.

„Chwileczkę”. Drżącymi rękoma wciągam spódniczkę, białą bluzkę i żakiet zamiast wymarzonej sukni. Mama pogania, ma być świadkiem. A co z drugim? Na ulicy Paweł łapie kolegę, on będzie tym drugim.

Znów wycie syren. Na ulicy przerażony tłum. Krzyk, płacz. W bramie przeczekujemy jeden, drugi alarm. Jest późne popołudnie, gdy docieramy do kościoła. Okazuje się, że nie mamy obrączek. Paweł wtyka mi pieniądze i wysyła do jubilera. Sam ze świadkami spisze akt ślubu.

Wpadam do złotnika na Sienkiewicza. Żyd rozkłada ręce. W sklepie nie ma złota, wszystko ukrył w domu. Co robić? „Nu, jeśli to pilne, mam tombakowe. Może tymczasem, do jutra?”. Kupuję, wybiegam. Na Rynku Kościuszki łapie mnie alarm. Wpadam do ogródka przy cukierni. Znów warkot nad głowami. Obniżają lot, strzelają do ludzi. A gdybym tak teraz zginęła? Nie! Chcę żyć!

Samoloty odlatują. Biegnę z tłumem. Ktoś chwyta mnie za ramię, to Paweł. Zdenerwowany, ciągnie w stronę fary. Akt sporządzony, kładę podpis. Obrączki? Pokazuję Pawłowi tombak. „Głupstwo. Po wojnie kupimy złote” – pociesza. Ksiądz pyta o spowiedź. Nie, nie byliśmy. Zaskoczony. Siada w konfesjonale. Klękamy kolejno, puk, puk, i prędko do ołtarza.

W kościele ciemno, ponuro. Kobiety zawodzą Anioł Pański. Zaczyna się ceremonia. Dobiega śpiew kobiet: „Wieczny odpoczynek racz...”. Ktoś je ucisza. Śpiewają dalej. Ktoś głośno: „Nie widzicie, że tam ślub?”. Umilkły. Automatycznie powtarzam słowa przysięgi. Sen to czy jawa? Czuję, jakbym była widzem, nie uczestnikiem. Wewnątrz pustka. Świat mych dziewczęcych marzeń legł w gruzach.

Pustą ulicą docieramy do domu. Zostaję z Pawłem w odtąd naszym „uszczelnionym” mieszkaniu. Wypijam herbatę, łykam pro­szek. Ból rozsadza mi czaszkę. Ot, uczta weselna. Wybucham długo hamowanym płaczem. Boże! Jak jeden dzień potrafi odmienić życie.

9 września, przed północą. Ewakuacja

Ciemnymi uliczkami przemykamy w tłumie spieszących, tak jak my, w kierunku dworca kolejowego. Paweł, Mama i ja. Każde z walizeczką. Ewakuacja urzędów, sądów, prokuratury. Pociąg już pod parą, skład towarowy. Tłumy oblegają wagony, ludzie cisną się, dobierają rodzinami, grupami zna­jomych. Nawołują się, byle być razem. Paweł odnajduje „swoich”. Wdrapujemy się do wagonu. Jest wolny kącik z lewej strony.

Konduktor nawołuje do pośpiechu. Wtem ktoś wywołuje Pawła po nazwi­sku. Paweł wyskakuje. Po chwili wraca i informuje, że musi zostać: zmobilizowano go do odwiezienia kasy jego urzędu. Nam każe pojechać. On za parę dni dojedzie.

Chcę wysiąść, bo co za sens jechać bez niego? Ale pociąg rusza, o wydostaniu się z wagonu nie ma mowy. Nie wiem, czy bardziej jestem zrozpaczona, czy zła. Jeszcze nie zdążyłam „pobyć” mężatką, gdy poczułam się prawie wdową. Taka to moja podróż poślubna.

10 września. Słonim i dalej

Wczesnym rankiem pociąg dowleka się do Słonima. Zjawiają się niemieckie samoloty i zaczynają ostrzał. Ruszamy dalej. Pociąg jedzie powoli, przepuszcza trans­porty wojskowe. Żołnierze machają, coś krzyczą, nie sposób usłyszeć. Mija nas strzaskany pociąg sanitarny.

Baranowicze. Syreny, nalot. Gdzieś rwą się bomby. Z wagonów uciekamy w pole. Detonacje. Kartoflisko. Przywieram do ziemi wstrząsanej falą wybu­chów. Czy to się nie skończy?

Bombowce odlatują. Gramolimy się z bruzd. Daleko odbiegliśmy gnani przerażeniem. Idziemy, idziemy. Wreszcie dworzec. Chyba oca­lał. Szukamy naszego pociągu. Jest! Nic mu się nie stało. Każdy wraca na swój skrawek podłogi. Coś by się zjadło gorącego. Trzeba zadowolić się kanapkami. Niedługo ich zabraknie. Któż mógł przewidzieć, ile potrwa podróż.

Zaraz wieczór, a nasz pociąg stoi i stoi. Na co czekamy? W wagonie gwarno. Co rusz wybu­chają śmiechy, sypią się żarty. Może tak trzeba. Nie mogę oderwać się myślą od Pawła. Gdzie jest, czy bezpieczny? Gwizd. Szarpnęło wagony, ruszamy.

Niedaleko ujechaliśmy. Znowu czarne krzyże nad nami. Sypnęło jak grochem po dachu wagonu. Odleciały. Stoimy w polu. Z dala odgłosy bombardowania. Czyżby Baranowicze?

Niebo już czyste. Jedziemy wolno, często przy­stając. W wielu miejscach tory zerwane, trzeba czekać, aż je na nowo ułożą.

Rano docieramy do Drohiczyna Poleskiego. Część ewakuowanych tu zostaje, głównie sądy i pro­kuratura. Reszta jedzie dalej, do Janowa Poleskiego. Wśród nich ja z Mamą.

12 września. Janów Poleski (koło Pińska)

Pociąg dalej nie pojedzie.

Nareszcie prawdziwy posiłek: dwudaniowy, smaczny obiad w dworcowej restauracji. Przemili właściciele i troje ich uroczych dzieci. Żal wychodzić. Przed budynkiem czekają już furmanki, mają nas dowieźć z dworca do Janowa. Posileni, w radosnym nastroju i przy słonecznej pogodzie mijamy pierwsze zabudowania. Aż tu nagle – warkot samolotów nad głowami. Sypnęło kulami po bruku. Szukamy schronienia w bramach, gdzie się da. Woźnice biegną z nami. Tylko konie zachowują spokój. Samoloty oddalają się. Jedziemy.

Już w Janowie, kwatermistrz nazwiskiem Rawet rozlokowuje ludzi po domach. Dostajemy niezłe pomieszczenie w centrum, razem z państwem Ireną i Aleksandrem Tyszkiewiczami. Zżyłam się z nimi, to bardzo mili ludzie.

Idę obejrzeć miasteczko. Rozplanowane jak wiele innych, powiatowych. Główna ulica, którą jechaliśmy ze stacji, prowadzi do ryneczku w formie obudo­wanego z trzech stron prostokąta. Prawy bok stanowi kościół z plebanią. Po lewej stronie sklepy, restauracja i fryzjer­. Na środkowym boku – sklepiki, budki, kramiki. Na placu obelisk upamiętniający męczeństwo św. Andrzeja Boboli [w 1657 r. zginął w Janowie Poleskim, zabity przez kozaków – red.]. Wzdłuż głównej ulicy schludne, przeważnie parterowe domki z ogródkami. Dużo zieleni, co działa kojąco. Kilka bocznych ulic. Dalej już wieś: drewniane chałupki, stodoły, pola i łąki. W tle – pas lasu.

Okna „naszego” pokoju wychodzą na obelisk. Po drugiej stro­nie ulicy mieści się wojskowy punkt zborny. Panuje tam ruch dniem i nocą. Podobno tu formuje się oddziały z rozbitych jednostek.

Widać Niemcy czegoś się domacali, bo zaczynają dzień po dniu naloty na Janów. Mieszkańców ogarnia panika. Porzucają dobytek i uciekają, byle dalej. Po każdym nalocie płoną domy i stodoły, ryczy bydło. Przesycone dymem powietrze dławi.

Niepostrzeżenie, nocą, ewakuuje się punkt wojskowy. Sklepy pozamykane. Restaurator uciekł. Zamiera życie. Zaczyna być głodno. Brakuje wszystkiego. Mama z pomocą kilku pań organizuje stołówkę w porzuconej restauracji. Właściciel zostawił zapas opału i nieco żywności. Resztę, na dobre kilka dni, przysyła proboszcz.

Ciągłe naloty, pożary. Stali mieszkańcy uciekli. Są tylko uciekinierzy, proboszcz i jego gosposia.

16 września. Przyjazd do miasteczka Motol

Zapada decyzja o naszej ewakuacji. Kwatermistrz Rawet działa energicznie, jakimś cudem wynajduje furmanki. Jedziemy. Mijamy płonące zabudowania. Konie idą opornie. Znów samoloty. Woźnice przynaglają biedne zwierzęta batem. Każde z tych smagnięć odczuwam niemal fizycznie. Wjeżdżamy w las. Znów samoloty. Zrzucają bomby nad Janowem, dochodzi do nas głuchy łoskot. Odleciały. Ruszamy dalej.

Chmura przysłoniła słońce. Nadla­tuje gwałtowna burza. Przemoczeni do nitki, siedzimy na wozach. Powoli burza przycicha, a deszcz przechodzi w gęsty kapuśniaczek, który towarzyszy nam aż do celu podróży. Jest nim miasteczko Motol, na północ od Janowa.

Docieramy mokrzy, głodni i zziębnięci. Ludzie wychodzą nam na spotkanie. Witają, dopytują. Goszczą nas po chałupach, suszą ubrania, podają gorącą kaszę ze skwarkami ze wspólnej misy, mleko do popicia. Dzielą się tym, co mają. Opowiadają, jak sami uciekali w czasie I wojny, ile cierpieli. W ich oczach widzę współczucie i życzliwość. Pocieszamy ich i siebie, że wojna niedługo się skończy, Niemcy przegrają. Chcemy płacić. Ależ skąd, im też kiedyś pomagano. Polecają nas Bożej Opiece. Bóg zapłać!

Aż trudno uwierzyć, że nazajutrz będą się bali do nas odezwać. Będą udawać, że nas nie znają, odwracać wzrok. A tak się stało, bo nazajutrz był 17 września.

16 września, noc. Kwatera w Motolu

Jest już prawie noc, gdy niezastąpiony Rawet przydziela nam i państwu Tyszkiewiczom dwa pokoje u Żydów (jest ich dużo w miasteczku). Ponoć największych komunistów, choć bardzo pobożnych. Dostajemy kilka snopków słomy, którą rozścielamy, robiąc legowiska. Cienkie koce, zabrane na szczęście z domu, muszą zastąpić prześcieradło, poszewkę i nakrycie.

Jest zimno, mokro, ciemno. Dobrze zrobiłaby szklanka gorą­cej herbaty. Mamy trochę chleba, ale nic, czym by można go kroić. Mamy też, kupiony w Janowie, metalowy czajnik. U gospodarzy pali się światło. Mama prosi, by pozwo­lili ugotować trochę wody i pożyczyli nóż. Spotyka ją odmowa, bo się „strefi”. Tacy to komuniści. Przez cały czas nie daje się nawiązać z nimi kontaktu; nie przekraczają progu „naszego” pokoju.

Owinięci kocykami, kładziemy się rzędem na warstewce słomy. Chce się pić. Nogi jak sople lodu. Sen nie nadchodzi. W mózgu myśli. Czy długo tak wytrzymamy? Jutro trzeba się rozejrzeć, gdzie można kupić coś do jedzenia. Paweł dał nam trochę pieniędzy. W dniu ewakuacji wszyscy pracownicy otrzymali trzymiesięczne pobory.

Co z nim się dzieje? Wiem tylko, że żyje. Dotarł tu jego kolega i przywiózł taką wieść.

Irena Łucyk z matką Aliną i dziećmi Zuzanną, Andrzejem i Cezarym, wrzesień 1946 r. // Archiwum rodzinne

17 września, godzina 3 nad ranem. W pułapce

Wszyscy śpią. Tylko ja myślę i myślę. Raptem – pukanie do okna. Delikatne, potem natarczywe. Siadam na legowisku. Zrywa się pan Olek, pod­chodzi do okna. To jeden z jego kolegów. Jest poruszony. Słuchał radia: Sowieci przekroczyli w wielu miejscach granicę Polski. Mogą pojawić się za parę godzin i tutaj.

Rozpacz, przerażenie. Dokąd uciekać? Tam Niemcy, tu Rosjanie. Co robić? Otaczają nas bagna i rozlewiska Prypeci. Z Motola nie można wydostać się inaczej, jak tylko jedyną drogą, którą przybyliśmy tu z Janowa.

Powoli schodzą się i inni, nara­dzają się. Ale co tu można zrobić? Prze­czekać?

W rogu pokoju stoi piec. Panowie zaczynają akcję palenia niebezpiecznych dokumentów, dowodów udziału w wojnie 1920 r., nisz­czą odznaki i odznaczenia.

Trzeba wziąć się w garść, nie panikować. Nadchodzi ranek. Idę z Mamą, by umyć się przy studni. Umyłyśmy się. Wtem Mama odpina żeton powstańczy z 1863 roku, należący do śp. Dziadka i – zanim spostrzegam się, co chce zrobić – wrzuca do studni. Nigdy się z nim nie rozstawała, to najcenniejsza pamiątka. „Dlaczego?” – rozpłakuję się. „Po wojnie przyjedziemy, wydobędziemy”.

Wracamy. Około dziesiątej zjawia się nasz kwatermistrz. Ostrzega, by nie wychodzić z domu, bo będą sprawdzać, czy ktoś z nas nie ma broni. Panowie, którzy zachowali rewolwery, są obowiązani zdać je „miejscowym władzom tymczasowym”. Cóż to za twór?

Mimo to wyszłyśmy. Miasteczko jak wieś: apteka, sklep, szkoła to jedyne atrybuty miejskości. Spokojnie, na ulicy mało ludzi. Zachodzimy do nauczyciela (mieszka przy szkole, nędza wygląda u niego z każdego kąta). Częstuje herbatą. Jeszcze nie wie o inwazji. Przeraża go ta wiadomość. Jest żonaty, ma malutkie dzieci. Płacze.

Wracamy. Na ulicy więcej ludzi. Nikt jednak nie manifestuje wrogości.

17 września, po południu

Zjawiają się osobnicy z czerwonymi opaskami na rękawie. Ktoś mówi, że budują bramę powitalną dla Armii Czerwonej, i że zwołano wiec na popołudnie („armiści” nie zjawią się ani tego dnia, ani do końca września, gdy wreszcie otrzymamy zgodę na wyjazd z Motola).

Wiec jest burzliwy. Czytany jest nakaz Moskwy, by uciekinierom („bieżeńcom”) zapewnić przydział żywności nieodzownej do przeżycia. I tak, przyznano każdemu z nas dzienne porcje chleba i kaszy, raz na parę dni kawałeczek słoniny, Żydom zaś – dwa jajka.

Mamy kaszę, po trzy łyżki na osobę. Gotujemy u nauczyciela. W sklepie u Żyda dało się kupić rondelek. Sprzedał, choć innych odsyłał do Warszawy. „Tam wam przygotowali” – mówił. Jedzenia mało, ale zawsze coś.

Tak to, w „pół‑biedzie”, dni płyną. Robi się chłodno. Bagna parują, wilgoć przesyca wszystko. Cienkie kocyki nie chronią przed chłodem. Nie wiadomo, kiedy nas stąd puszczą. Czekają na decyzje Moskwy.

Miejscowa hołota wyżywa się. Dowiadujemy się o zamordowaniu hrabiego Skirmunta i jego siostry (cały swój majątek przekazali na sierociniec prowadzony przez sio­stry zakonne). Trzymano ich trzy doby bez jedzenia i picia zamkniętych w chlewiku. Wreszcie wywieziono przy wyciu gawiedzi i powieszono w pobliskim lesie.

26 września. Z powrotem

Gdy już straciliśmy nadzieję, kazano nam się zbierać. Zostaliśmy odstawieni furmankami na stację w Janowie. Przypomniał mi się świetny obiad sprzed trzech tygodni. Drzwi od restauracji zamknięte. Ktoś mówi: „Nie trzeba tam wchodzić”. Wchodzimy. Wstrząsający widok: połamane meble, plamy zaschłej krwi. Wymordowano wszystkich. Dzieci też.

Pociąg podstawiany, tłumy. Wzdłuż peronu chodzi dwóch cywilów z czerwonymi opaskami, każdy z karabinem z bagnetem. Głód ściska żołądek. „Jeść, jeść, Mamusiu, jeść” – powtarzam bezwiednie. I wtedy, ponad gło­wami ludzi, zjawia się ręka z trzema sucharami wojskowymi i kawałeczkiem słoniny. „Niech pani weźmie” – słyszę słowa kierowane do Mamy. Las rąk podnosi się. Nie ja jedna jestem głodna. Mignął obdarty szynel bez dystynkcji i pasa, szara niegolona od wielu dni twarz, szare współczujące oczy. „To ostatnie. Więcej nie mam” – dodaje, jakby się tłumaczył.

Mamusia przyjmuje dar z wdzięcznością. Łamie suchary na drobne kawałki. Jeden daje mnie, resztą obdziela błagających ludzi. Potem prosi kogoś o scyzoryk, kroi słoninę na cieniutkie plasterki i rozdziela między napierający tłum. Długo żuję swój kawałeczek. Jak najdłużej przetrzymać go w ustach!

Pozwalają wsiadać. Wagony bydlęce, podziurawione kulami.

27 września około północy dojeżdżamy do Łunińca. Tu noc w poczekalni.

28 września. Baranowicze

Znów w pociągu. Przedtem kube­czek wrzątku. Właśnie wniesiono i ustawia się kolejka. Kupujemy. Parząc wargi, delektujemy się, choć nie ma w nim cukru ani herbaty.

Powoli wszystko staje się mi obojętne. Przestaję nawet odczu­wać głód. Nie obchodzi mnie, dokąd nas wiozą.

Następnego dnia przed południem pociąg staje w Bara­nowiczach. Nie chce mi się ruszyć z kąta, ale każą opuścić wagony. Drżę z osłabienia i zimna. Droga do poczekalni długa. Ach! Co za zapach w powietrzu! To panie z PCK rozdzielają zupę mleczną. Delektujemy się niebiańskim smakiem kleiku. Pyszny! Gorący! Wypijam do kropelki.

Popołudnie. Czekamy ciągle na pociąg do Białegostoku. Był już do Wilna, był do Brześcia. Poczekalnia prawie pusta. Zostałyśmy tylko z małą grupką z Janowa. A prze­cież tyle wyjechało z Białegostoku. Gdzie się podziali? Usiłują się dostać do Rumunii?

Megafon: pociąg do Białego­stoku. Wsiadamy. Pulmanowskie wagony, ciepło, czysto. Co za rozkosz! Rozsiadamy się. Wtulam się w kącik. Ogarnia mnie senność. Budzę się nagle po godzinie. Coś dziwnego dzieje się z moimi nogami. Ciężkie, drętwe, puchną w oczach. Cała jestem obolała.

30 września, rano. Białystok

Gramolimy się, słabe, wycieńczone. Z trudem poruszam się na moich „kłodach”.

Pierwszy raz widzę „czerwonoarmiejców”. Śmieszne czubate czapki z telepiącymi się nauszni­kami i naszytą wielką czerwoną łatą w kształcie gwiazdy. Chodzą z niedbale przewieszo­nymi karabinami. Niedawno oglądałam na tym dworcu jadących na front naszych żołnierzy. A teraz ci tutaj, ręka w rękę z Hitlerem. Skurcz w gardle.

Mama zła­pała wozaka z platformą. Ładujemy się, ruszamy. Woź­nica opowiada, co się tu działo: o walkach i wejściu Niemców, o przekazaniu przez nich miasta wojskom sowieckim, o braku żywności, rekwi­rowaniu mieszkań. Gdy dojeżdżamy do rogu Mickiewicza z Elektryczną, mundurowi zatrzymują nas, każą wysiadać. Dalej „nie lzia”. Zostaję przy walizkach, kłopot z nogami. Mama idzie sprowadzić Pawła. Czekam pełna niepokoju. Jest! Och, jak się cieszę. Przecież nie minął jeszcze nasz „miodowy miesiąc”.

Wieszam się jego ramienia i ostrożnie odmierzam każdy krok.

Doktor Klein

Wreszcie w domu. Mama chce iść do siebie. a tu puk, puk. Słu­żąca państwa Kleinów przyszła zaprosić „w imieniu starszej i młodszej pani” mnie i Mamę na kąpiel, jeśli mamy życze­nie. Oczywiście, zaraz zejdziemy. Cieszę się. U nas nie ma łazienki.

Panie Klein są w żałobie: dowiadujemy się, że doktor Klein, syn i mąż, zginął. Lekarz wojskowy, wyjechał w pole po rannych. Niemcy nie uszanowali znaku Czerwonego Krzyża.

Wydaje się, tak niedawno widziałam go na dworcu: w dniu jego odjazdu, 28 sierpnia. Pogodnego, w mundurze kapitana. Nie wiedziałam o tej mobilizacji, na dworcu byłam przypadkiem. Podszedł do mnie ze słowami: „No cóż, pożegnajmy się”. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Odwrócił się i wsiadł do pociągu pełnego wojska. Myślałam, że jedzie na ćwiczenia.

Taki zacny człowiek. Uratował Mamę, gdy zaraziła się dyf­terytem. Opiekował się nią, był każdego dnia. „Sąsiedzka przysługa i obowiązek lekarza” – odrzucał sugestie zapłaty. Jego matka, pani Gessnerowa, to właścicielka apteki, żona – farmaceutka. Ewangelicy, Niemcy z pochodzenia. Wrośli w tę ziemię. Ich patrio­tyzmu życzyłabym nam wszystkim.

Jesień 1939 r. Pod okupacją

Kończą się nikłe zapasy w spiżarni. W sklepach brak nawet chleba, kolejki ustawiają się w nocy. Paweł stracił pracę (masowe zwolnienia). Wyprzedajemy, co się da, by kupić żywność. Coraz więcej ludzi trafia do więzienia, NKWD wszędzie węszy.

Lekarz stwierdził u mnie ciążę. Dzie­cko ma się urodzić w połowie czerwca. Nasilają się aresztowania NKWD wśród znajomych i przyjaciół.

Nie wiem, co przyniesie jutro.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Mój wrzesień ’39