Komunikat o błędzie

Aby zalogować się do tej strony, twoja przeglądarka musi akceptować cookies z domeny www.tygodnikpowszechny.pl.

Małe literackie dywersje: co z polską prozą robią Konwerska, Górniak i Zawadzka

Do księgarń trafiły ciekawe książki młodych autorek i autorów. Świetnie pokazują, że literatura wciąż potrafi sabotować świętości.
Czyta się kilka minut
Mateusz Górniak, „Pięć adaptacji”, Ha!art; Emilia Konwerska, „Rzeczy robione specjalnie”, ArtRage; Anna Zawadzka, „Gorycz”, Czarne, Wołowiec 2025 // materiały prasowe
Mateusz Górniak, „Pięć adaptacji”, Ha!art; Emilia Konwerska, „Rzeczy robione specjalnie”, ArtRage; Anna Zawadzka, „Gorycz”, Czarne, Wołowiec 2025 // materiały prasowe

Najnowsza historia Polski wyrosła z transformacji ustrojowej i mocno wpłynęła zwłaszcza na dzieje Polek i Polaków niedostosowanych do dynamiki kapitalizmu, karmionych niepokojami epoki, samotnych w zmaganiach z napierającą na nich rzeczywistością. Jeśli dzisiejsza literatura ma wobec tamtego czasu jakieś zobowiązania, z pewnością nie powinna wzmacniać naszego osamotnienia, ani polegać na narcystycznym pielęgnowaniu traum. 

Nie może też zadowalać się rolą podręcznej terapii. W „Rozbieżnych emancypacjach” Przemysław Czapliński przekonuje, że nurt emancypacyjny polskiej literatury ostatniego półwiecza (opowiadający m.in. historie ludowe i historie mniejszości) został zagarnięty przez konkurujący z nim prąd terapeutyczny. Pierwszy dochodzi do ściany w kampanii o równościową wyobraźnię społeczną. Drugi neutralizuje cierpienia człowieka w kapitalizmie, ale nie stawia im oporu. 

Nie brakuje jednak autorów, którzy przekraczają tę dychotomię. Nie projektują dla bohaterów ładu wewnętrznego, a ich niezgoda na świat wyraża się w ironii, grotesce lub gniewie. Ich rewolta jest drobna, przygodna, skryta, ale wytrwała. Do księgarń trafiły właśnie trzy takie książki o małej dywersji.

Konwerska, Górniak i Zawadzka: konfrontacja z literaturą

Emilia Konwerska jest poetką, krytyczką literatury i sztuki oraz kuratorką. Za książki poetyckie „112” (2021) oraz „Ostatni i pierwszy kajman” (2023) była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiersze zaczęła pisać, mając 35 lat. W ojczyźnie Baczyńskiego i Poświatowskiej to dość późno. Po co jej jeszcze wkraczanie na terytorium prozy? Powód jest zapewne bliski temu, który sprawił, że została poetką. 

„Kiedy zaczęłam pisać wiersze, w których mogłam umieścić w krótkiej formie cały świat, scenkę, historię, opowieść, w końcu, po wielu latach pisania publicystyki odkryłam wolność” – wyjaśniała w rozmowie z Arkadiuszem Gruszczyńskim dla „Wysokich Obcasów”. Proza daje jeszcze więcej swobody i pozwala zwrócić się do szerszej publiczności, która lubi być zaskakiwana. Wiek autorki nie ma tu nic do rzeczy. Może tylko sprawia, że wreszcie czuje się gotowa na konfrontację.

Z okładki „Goryczy” Anny Zawadzkiej spoglądają grubo ciosane twarze robotników-rewolucjonistów z obrazu „Die Internationale” Ottona Griebela z 1930 r. W ich gniewnych obliczach autorka widzi swoje odbicie. Zawadzka jest naukowczynią, zajmuje się antysemityzmem i antykomunizmem jako wzorami polskiej kultury. Od początku lokowała się na obrzeżach środowiska, realizując właściwie antykarierę akademicką. Dziś jako gastarbeiterka, emigrantka i pracownica fizyczna lubi siebie bardziej – tak twierdzi w wywiadach. Choć, mówiąc oględnie, nie spotyka się to ze zrozumieniem. „Gniew” jest spojrzeniem bez dystansu na własną ewakuację z akademii.

Mateusz Górniak zdążył już zaznaczyć swoją obecność na polu prozatorskim. Trzy lata temu opublikował „Trash story”. Został zauważony i doceniony, zgarniając nominacje do nagród Nike, Gdyni i Conrada. W kolejnych książkach nie poszedł wcale na układ z bardziej umiarkowanymi gustami czytelników. „Dwie powieści ruchu” (2023) oraz „Ćpun i głupek” (2025) są ściekiem świadomości antybohaterów, na których polska proza nie czekała, ale powinna się cieszyć z tego, że ich otrzymała. Dla Górniaka nie ma świętości. I dobrze, literatura nie jest od tego, żeby święcić, ale żeby świętości sabotować.

„Pięć adaptacji” Mateusza Górniaka: symbole, którymi zagracona jest Polska

Górniak wyszedł z teatru i cały czas tam wraca. O ile w „Trash story” oddawał narrację w ręce przedmiotów i śmieci, o tyle w tekstach monodramatycznych zebranych w wydanych właśnie „Pięciu adaptacjach” głos przejmuje... sama narracja. Górniak zrywa z wieszaka płaszcz kulturowy, zagląda pod podszewkę symboli, którymi zagracona jest Polska, a następnie je rozpruwa. Zupełnie puste figury łączy w asamblaże, które ujawniają zrazu absurd i śmieszność, a zrazu głęboką mądrość. Nieprzypadkowo książka miała premierę 11 listopada.

W otwierającej tom „Adaptacji serialu” Mickiewicz przekłada Goethego, a Górniak Mickiewicza. „Wezwanie do Neapolu” łączy z wyimkami z preambuły do Konstytucji RP. Skoro narracja chce udowodnić swoją polskość, to zamiast cytryn i pomarańczy na kraj zwany Ojczyzną spada deszcz jabłek: szarych renet, szampionów, malinówek, papierówek, ligoli, idaredów i wszystkich innych odmian, jakie kiedykolwiek spadały na polską ziemię.

I nagle spod gradu polskich jabłek wybiega Hanka Mostowiak, bardziej polska niż Zosia z „Pana Tadeusza”, która jednak jest trochę z Litwy. Czyniąc z bohaterki popularnego serialu „M jak miłość” narodową mścicielkę, Hankę na czarnym koniu, narracja polska upomina się o światowość. Przypominając memiczną śmierć Hanki w 862. odcinku serialu, Górniak mruga jednym okiem do moralnej katastrofy z „Rechnitz” Elfriede Jelinek, a drugim do wielkich narracji modernizacyjnych, bo w „M jak miłości” jest wszystko – od historii internetu wchodzącego do polskich domów, po wchodzącą do nich Unię Europejską w postaci sympatycznego, ale cokolwiek niepokojącego Niemca Steffena.

Górniak robi wszystko, żebyśmy mieli go dosyć

Brawurowa i intymna jest egzegeza rzeźby Katarzyny Kozyry „Piramida zwierząt”, zamknięta w mikrokosmosie pierwszoosobowej narracji artystki. Kim zresztą jest artystka? – pyta Kozyra w wykonaniu Górniaka. Składa się z chorego ciała, doczepionego papierosa, zadyszki i autokreacji. Zdradzają ją koszmary o zwierzętach zabijanych przez pociąg, którym jedzie, a z którego nie może się wydostać. Górniak każe Katarzynie odpowiadać na serię głupich i natrętnych pytań. Czy to są pytania fana, stalkera czy terapeuty? Górniak odrzuca terapię jako sposób na opowiedzenie życia w formie scenariusza. 

Mateusz Górniak // Fot. MartaSzypulska / dzięu uprzejmości wydawnictwa Ha!art

Kiedy wydaje się, że Górniak spoważniał i uderza w wielkie sprawy epoki, jak wyzysk entuzjazmu artystów, mizoginia wpisana w ekonomię czy międzygatunkowa solidarność, to w czwartej części idzie w groteskę, adaptując pastiszowy dramat Filipa Matwiejczuka pt. „Pleśń i keczup”. Parówa, główna bohaterka opakowana w foliowy flak, nie występuje w sielskiej reklamie Berlinek, ale w polskiej tragedii. Na domiar złego żyje w lodówce marki Siemens, a dobrze wie, co Siemensowie robili za Hitlera. Jest parówą żyjącą w Siemensie, cierpi i nie może domagać się reparacji wojennych, a plamka pleśni, którą zauważa na swoim mięsie, wydaje się wybawieniem. 

Zanim ty, wypalona pracą czytelniczko, i ty, stłamszony rzeczywistością czytelniku, zaczniesz spisywać protokół różnic i podobieństw między tobą a parówą, Górniak leci dalej i serwuje parodię autofikcji. Zgniata symboliczne imaginarium polskości na miazgę, a potem robi z niej okłady. Jest dywersantem, który kocha i nienawidzi to, co sabotuje. Robi wszystko, żebyśmy po kilku stronach wydobywających się z niego zlepków politycznych, klasowych i bombastycznych bzdur mieli go dosyć. I ma się go dosyć, i chce się więcej. 

„Rzeczy robione specjalnie” Emilli Konwerskiej: dążenie do nierównowagi

Emilii Konwerskiej nie interesuje płaszcz kulturowy, ale ciało nim okryte. Anegdota o szukaniu powodów rozpadu małżeństwa stanowi pretekst do realizacji właściwego celu „Rzeczy robionych specjalnie”. Jest nim dążenie do nierównowagi w zbyt sztywno trzymającym się świecie. Metodę badania niestabilności bohaterka krótkich i luźno powiązanych ze sobą opowiadań testuje na sobie. Diagnozuje niekontrolowane ruchy i żyjące własnym życiem kończyny, strzela z nieprawidłowo zrośniętej szczęki, niepokoją ją rozszerzające się, tak jak kosmos, ramiona. 

Emilia Konwerska // Fot. Emilia Oksentowicz / dzięki uprzejmości wydawnictwa ArtRage

Konwerska jest nieodrodną wnuczką Leonory Carrington i jej surrealnych wypraw do rzadko odwiedzanych zakamarków codziennej wyobraźni. Kolekcjonuje dziwny sztafaż codzienności i zamienia w literaturę bardzo współczesne zblazowanie, godne bohaterki „Mojego roku relaksu i odpoczynku” Ottessy Moshfegh.

Bohaterka Konwerskiej wychodzi bowiem z założenia, że nie ma takiej kruchości, której nie można zamienić w coś innego, na przykład w test dla lepiej ogarniętych obywateli. Nie wiem, czy autorka czytała bestseller „Antykruchość” Nassima Nicholasa Taleba oraz inne wydawnictwa o modnej dziś rezyliencji i odporności, ale jej książka jest niewątpliwym sabotażem tych nośnych pojęć. 

Niewielkie odwety stają się dla bohaterki momentami maleńkiego triumfu. Macierzyństwo sabotuje pragnieniem, by przyszły syn jako kryminalista trafił do poprawczaka. Konkuruje ze staruszkami o to, kto lepiej wgramoli się do tramwaju. Odkłada brudną łyżkę w przypadkowych miejscach w biurze, czym zaburza korporacyjne feng shui. Śledzi idące do szkoły dziecko (własne) i dentystę. Mówi domownikom i przypadkowym ludziom okrutne rzeczy. Zdarza jej się udawać martwą, żeby nastraszyć męża.

Pisanie Konwerskiej: połączenie groteski i wschodnioeuropejskiej melancholii

Nie wszystko tu jest śmieszne jak skecze Monty Pythona. Relacje bohaterki z mężczyznami mają przemocowy smak, a działania społeczne są intencjonalnie autodywersyjne. „W tamtym czasie, kiedy zawierałam jakąś nową znajomość, od razu szukałam powodu, żeby ją zerwać. (…) Żegnałam się z nowymi mieszkaniami już w momencie wnoszenia rzeczy i wstawałam o szóstej do pracy, kiedy kładłam się spać” – czytamy. Dni zajmuje jej siedzenie na kanapie, leżenie na materacu i wyobrażanie sobie życia. Jest więc książka Konwerskiej opowieścią o pochwale chaosu czy o potrzebie kontroli?

Odpowiedzi można szukać w tym, jak bohaterka autonomizuje ciało. To na nie projektuje lęki i utrapienia, kontroluje je, karząc za poczucie rozpadu. „Od jakiegoś czasu faworyzuję prawą stopę. Zaczęło się klasycznie. To zawsze lewa dostawała dziurawą skarpetkę, taką, w której otwór pod koniec dnia powiększa się na palcu i coraz boleśniej uwiera. (…) Zastanawiałam się oczywiście, skąd u mnie taka niesprawiedliwość. Zaczęłam szukać przyczyn w nodze, ale przecież wiedziałam, że to ona jest silniejsza, to właśnie na niej mogłam polegać” – wyznaje. 

Konwerska wymyśla pisanie będące połączeniem groteski i wschodnioeuropejskiej melancholii. Ta pierwsza rozbija mieszczańskie pragnienie bycia kimś normalnym. Ta druga rozpracowuje nasze obawy, że wszelki kamuflaż i najlepsza maska nie zdadzą się na nic. Zdradzi nas nasza osobność, samotność i brak znaczenia. „Byłam tą osobą, która pojawia się za oknem i znika, kiedy tylko skierujesz na nią wzrok” – mówi bohaterka, zanim całkiem rozpłynie się w zimnym morzu istot ludzkich.

„Gorycz” Anny Zawadzkiej: Polka siedzi na niemieckim krzesełku i je z miseczki

„Gorycz” Anny Zawadzkiej można ujmować w ramę gatunkową autofikcji, ale ta książka będzie się z tej ramy wysuwać. To pisany zmęczeniem manifest albo, idąc tropem Mateusza Górniaka, osobista adaptacja serialu „Breaking Bad” – od bycia dobrą imigrantką w Niemczech, wdzięczną za szansę na zmianę bytu, do przeistoczenia się w złą imigrantkę, pałającą gniewem. Pierwszy akt prozatorskiego monodramu Zawadzkiej sięga roku 2018, kiedy mieszka w Warszawie, jest adiunktką w Polskiej Akademii Nauk i zarabia dwa tysiące złotych netto.

Wyjeżdża do Niemiec, gdzie znajduje pracę w firmie dbającej o zieleń miejską. Główną przyczyną emigracji jest bieda, o której pisze bez ogródek, łamiąc środowiskowe tabu. Wykształcona, młoda i pracująca kobieta nie może zapłacić za czynsz, utrzymać siebie i kota. To nie jest stan umysłu, ale efekt strukturalnych nierówności. Nie, nie ma szans na kredyt. Tak, może zmienić pracę – ale nie w Polsce. Kurtyna.

Anna Zawadzka // archiwum autorki / dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne

W drugim akcie pojawia się Berlin jako galaktyka złożona z planetodzielnic zamieszkałych przez Niemców z dziada pradziada i zniemczonych imigrantów. Zawadzka rozpisuje ich na głosy mizogina, mobbera, podlizujących się szefom „starych” imigrantów, aktywistycznych kobiet-czołgów równających z ziemią niedopasowaną społecznie siostrę.

Jest tu też postać bogatego faceta, który nie jest w stanie udostępnić pracującym wiele godzin ogrodnikom toalety, oraz współlokatorów, którzy korzystając z modnego modelu Wohngemeinschaft (współdzielenia mieszkania z ludźmi z castingu), ustawiają mniej „białych” (czytaj: mniej niemieckich) sublokatorów po kątach, wyjadają ich jednogarnkowe dania, podbierają pamiątki po dawnych życiu i wysysają z człowieka duszę. A jednocześnie mają moralnie alibi – przecież nie są rasistami, skoro pozwolili Polce siedzieć na ich krzesełku i jeść z ich miseczki.

Anna Zawadzka wypuszcza strzałę: „Nienawidzę ludzi z dobrych domów”

Nie, to wcale nie miało zabrzmieć jak pastisz. W przeciwieństwie do groteskowego tomu Konwerskiej, u Zawadzkiej te opisy to sugestywny horror życia niefikcjonalnego. Bohaterem zbiorowym jest chór Gute Menschen, których irytuje to, że muszą z imigrantką rozmawiać po angielsku, mimo że są dla niej tacy dobrzy, bo pozwalają jej oddychać tym samym powietrzem. Jesteśmy świadkami tego, co Michał Buchowski nazywa wewnętrzną orientalizacją, czynieniem z części społeczeństwa obiektu kolonizowania i odbieraniem im kulturowej bieli. Test z niemieckiego staje się narzędziem ustawiania ludzi w hierarchii bytów. Nie mówisz – jesteś na dnie. Dukasz – jesteś szczebel wyżej, ale nadal w błocie. Mówisz, ale ze złym akcentem – odbiłaś się od dna, ale nadal śmierdzisz.

W akcie trzecim bohaterka wraca do Polski. Z dawnych przyjaźni wychodzi się bezpowrotnie, z długów – nigdy. Trzeba przeprosić się z ogrodnictwem, tym razem kopiąc i plewiąc ojczyznę. Znajomi nie wiedzą, jak rozmawiać z inteligentką pracującą fizycznie. „Znam to, też tak miałam” – słyszy od innych akademiczek. Dają jej rady, ale do mieszkania nie zaproszą i modlą się, żeby więcej nie poprosiła ich o pomoc. Kiedy czytałam o tym, że na emigracji narratorka uczyniła swój oręż z nowo nabytej tożsamości wschodniej Europejki, kusiło mnie, aby protekcjonalnie zakrzyknąć: „ja też tak miałam, jak mieszkałam w Wiedniu”. 

Nie, ja miałam zupełnie inaczej. Nie mam prawa do opowieści Zawadzkiej. Jeśli chce się tę książkę przeżyć, to trzeba zaufać autorce. Długo więziony krzyk zrywa się ze smyczy i rozrywa powierzchnię zadrukowanej słowami kartki. Nie jest kierowany do Niemców, do których pisała niewysyłane listy. Ten wrzask jest do ludzi urządzających się w kapitalizmie, którzy mają przywilej patrzenia z góry na „roboli” z Polski czy Ukrainy. To skarga na tych, którzy widzą, ale zamykają oczy. „Nienawidzę ludzi z dobrych domów” – pisze Zawadzka i wypuszcza strzałę. Tak, czytelniku i czytelniczko, ona leci prosto w ciebie.

Zamykam książkę, ale nie odkładam jej od razu na półkę. Podobnie jak książek Konwerskiej i Górniaka. Być może to właśnie oni będą nadawać ton polskiej prozie miotającej się między wolnością a terapią.

Mateusz Górniak, PIĘĆ ADAPTACJI, Ha!art, Kraków 2025

Emilia Konwerska, RZECZY ROBIONE SPECJALNIE, ArtRage, Warszawa 2025

Anna Zawadzka, GORYCZ, Czarne, Wołowiec 2025

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 48/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ich troje