Wśród znawców twórczości Małgorzaty Musierowicz toczy się spór, czy „Małomównego i rodzinę” z 1975 r. zaliczać w poczet jej słynnego poznańskiego cyklu „Jeżycjada”, czy też zaczyna się on od wydanej dwa lata później „Szóstej klepki”. Debiutancka powieść pisarki nie toczy się ani w Poznaniu, ani wśród rodziny Borejków, ale w Śmietankowie, do którego przeprowadza się rodzina Ptaszkowskich.
Niemniej Tunio, jeden z braci Ptaszkowskich, po kilkunastu latach stanie się byłym chłopakiem Natalii Borejko, a jego przyrodni brat Filip Bratek (w „Małomównym i rodzinie” jeszcze nikt nie wie, że pojawi się na świecie) będzie jej kolejnym absztyfikantem, a potem eks-narzeczonym. Skomplikowane? Trudno, w rodzinnych sagach nic nie jest proste, a na pewno nie pajęczyna relacji uczuciowych. W sprawie członkostwa „Małomównego…” w jeżyckim klubie przeważyło życzenie czytelniczek, a powieść okrzyknięto tomem zerowym. Swoją nazwę saga zawdzięcza prof. Zbigniewowi Raszewskiemu, historykowi teatru, z urodzenia poznaniakowi (jego „Krótka historia teatru” jest na jego życzenie przywoływana w tomie piątym, pt. „Brulion Bebe B.”).
Dziś „Jeżycjada” to marka i nazwa zastrzeżona. Do lat 90. wydawała ją łódzka oficyna Akapit Press, w zeszłym roku serię wznowiło poznańskie Wydawnictwo Labreto w opracowaniu graficznym Emilii Kiereś, córki Musierowicz. Tym, co się nie zmieniło, są ilustracje autorki, które towarzyszą kolejnym tomom. Uzbierało się ich dwadzieścia trzy (łącznie z tomem zerowym). Od pięciu lat czytelniczki czekają na kolejny, „Chucherko”, który początkowo miał się ukazać w 2020 r. W internecie krążyła okładka, a Empik, ku oburzeniu pisarki, oferował książkę w przedsprzedaży. Jednak pandemia pokrzyżowała plany i uczyniła gotową w znacznym stopniu fabułę nieaktualną.
– Małgorzata Musierowicz przymierzała się do napisania kolejnej części „Jeżycjady”, ale życie zdecydowało inaczej. Nie będzie nowych części, choć nigdy nie mówmy nigdy – uśmiecha się Monika Kasztelan z Wydawnictwa Labreto. – Za to z okazji jubileuszu 50-lecia twórczości pisarki przygotowaliśmy wiele atrakcji dla czytelników. Pierwsze informacje podamy pod koniec stycznia.
W oczekiwaniu można słuchać audiobooków czytanych głębokim głosem przez autorkę.
Musierowicz „rozpina” swoje książki na klasycznych tekstach
Urodziła się w rodzinie dwojga lekarzy cztery miesiące przez zakończeniem wojny. W zajętym przez Niemców poznańskim szpitalu niemal została podmieniona z synkiem innej kobiety. Pierwsze książki podsuwała jej matka, Zofia Barańczakowa. Lektury te Musierowicz opisała w „Całuskach pani Darling”. Do części z nich wróciła we „Frywolitkach” – felietonach, które przez kilka lat dziewięćdziesiątych drukował „Tygodnik Powszechny”.
W tekstach autobiograficznych konsekwentnie zbudowała legendę osoby „skazanej” na pisanie. To, że zostanie pisarką, miał jej przepowiedzieć licealny polonista Czesław Latawiec (uwieczniony w „Jeżycjadzie” jako prof. Dmuchawiec). Co prawda, młodszy o półtora roku brat, Stanisław Barańczak, wybił jej z głowy poezję, surowo oceniając jej wiersze. Dyplom zrobiła na Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu z grafiki książek.
Kiedy po kilku latach spotkała swojego nauczyciela Mariana Węgrzynowicza i pochwaliła się, że będzie robić plansze dla Horteksu, spojrzał na nią z troską. „Ukończ, oczywiście, pracę, którą rozpoczęłaś, ale zechciej pamiętać, że właściwą twą drogą jest literatura” – miał jej powiedzieć. Postanowiła więc „namieszać” w literaturze dla młodzieży. I to się udało, choć zamiast rewolucjonizować, sięgnęła do korzeni.
Pisała też opowiadania dla młodszej publiczności, opublikowane w popularnej serii „Poczytaj mi mamo”; część z nich została zebrana na początku lat 90. w tomie pt. „Bambolandia”. Joanna Papuzińska przyrównała je do klechd domowych, „opowieści, która wyrusza z domu i do domu powraca”. Ten dom znajduje się przy Słowackiego w Poznaniu (gdzie Musierowiczowie mieszkali przez trzydzieści lat), a bohaterowie noszą imiona dzieci pisarki: Andrzejek, Zosia, Emilka i Bolo. Przetłumaczyła także klasyczne opowiastki Beatrix Potter, ale największą sławę przyniosła jej wielotomowa powieść-biblioteka.
Jak przekonują Barbara i Maciej Szargotowie, znawcy „Jeżycjady”, Musierowicz „rozpina” kolejne tomy na innych klasycznych tekstach, unowocześniając je, ale nie odcinając się od tradycji. „Małomówny i rodzina” sięga po „Szatana z siódmej klasy”, „Ida sierpniowa” po „Dziwne losy Jane Eyre”, „Pulpecja” po mit o Atalancie i Hippomenesie, „Dziecko piątku” po III część „Dziadów”, „Córka Robrojka” po „Piękną i bestię”, a „Brulion Bebe B.” to Młoda Polska, Żeromski z „Syzyfowymi pracami” i Gombrowicz z „Ferdydurke” razem wzięci.
Musierowicz nie kryje sentymentu do staroświeckich słów, do jej faworytów należy „absztyfikant”. To tym mianem obdarzała wizytujących jej dom chłopców, którzy więcej uwagi poświęcali wybornej kuchni jej mamy niż romantycznemu dziewczęciu. Ale to dziewczę uwiedzione było, bardziej niż przez chłopców, przez książki, biblioteki (zwłaszcza Bibliotekę Raczyńskich, gdzie „zatrudni” Ignacego Borejkę) i antykwariaty. W „Tygrysie i Róży” (1999) jest scena, w której pisarka portretuje siebie w roli buszującej w toruńskim antykwariacie.
Borejkowie: spauperyzowana inteligencja
Borejków poznajemy w „Kwiecie kalafiora” (1981), którego główną bohaterką jest mądra jak Aspazja z Miletu siedemnastoletnia Gabrysia. W 1977 r. jej rodzina sprowadza się na parter kamienicy przy ul. Roosevelta 5. Prowadzą dom pełen ludzi i śmiechu, innych rozrywek rodzinny budżet mógłby nie wytrzymać: „Ojciec Borejko, filolog klasyczny i bibliotekoznawca, był ostatnim człowiekiem, który mógł zbić majątek. Mama od urodzenia Natalii przestała pracować w biurze i zajęła się wyłącznie domem oraz wychowaniem córek, ściboląc na maszynie dziewiarskiej swetry i czapki, co zlecała jej Spółdzielnia Pracy »Świt« i który to rodzaj zarobkowania, aczkolwiek niekrępujący, nie należał bynajmniej do popłatnych”.
O wartości Borejków nie świadczą dobra konsumpcyjne, lecz coś zgoła innego, choć równie deficytowego: „Przytulnie było po prostu z tymi ludźmi – niezamożnymi, niezaradnymi i pozbawionymi siły przebicia”. Ich kamienica (i kilka sąsiednich) staje się zgrzebną Arkadią, metaforą łagodnej Polski, ładu i więzi, która ma charakter nie tylko moralny, ale intelektualny.
„Na Jowisza!” – to ulubione zawołanie Ignacego, żyjącego bardziej problemami starożytnych niż współczesnych ludzi. Córkom za wzór stawia Hypatię z Aleksandrii, a z kandydatami na zięciów lubi podyskutować o Herodocie. Teraźniejszość puka jednak do drzwi – „Opium w rosole” (1986), „Brulion Bebe B.” (1990) i „Kalamburka” (2001) pełne są aluzji do stalinizmu, stanu wojennego, internowania opozycjonistów, strajków studenckich, emigracji i antyreżimowych happeningów Pomarańczowej Alternatywy. Dowiadujemy się, że w 1982 r. Ignacy trafił do aresztu za redagowanie opozycyjnych gazetek o kulturze i sztuce. Trudne realia i niespełnienie konsumpcyjne w PRL-u nie przeszkadzały jednak Musierowicz w tworzeniu żartobliwych obrazów sensualnej estetyki tamtych lat. Jedna z bohaterek wtula się w brodacza pachnącego yardleyem, inna idzie na sylwestrową prywatkę, w kreacji, której nie powstydziłaby się Scarlett O’Hara – uszytej z firanki.
W okres transformacji Borejkowie weszli bez pompy i jak byli spauperyzowaną inteligencją, tak jeszcze bardziej nią zostali. Ich pogarda dla sukcesu materialnego, zrozumiała w latach 80., w późniejszych tomach staje się figurą nieco groteskową, maskująca być może coś, co Maria Kwiatkowska-Ratajczak nazywa „kompleksem inteligenckiej biedy”, wyjaskrawionym na tle bogacącej się klasy przedsiębiorców. Ale Borejków nie można łatwo nazwać „przegranymi” transformacji. Radzą sobie dzięki mniej eksponowanym w powieści, ale bardziej zaradnym członkom klanu. Ofiarą wolności gospodarczej jest przyjaciel domu, uczciwy Robert Rojek, którego charakter wychwalał wielki fan „Jeżycjady” Czesław Miłosz.
Największą zagwozdką jest matka, Mila Borejko. Ekonomistka z wykształcenia, z ducha pisarka, po urodzeniu córek za cel obiera wychowanie ich na ludzi szlachetnych i mądrych. Pozwala im popełniać błędy i przeżywać zawody miłosne. Kiedy trafia z pękniętym wrzodem do szpitala, jej mąż uznaje za świetny pomysł, by ich córka zwolniła się ze szkoły i przejęła obowiązki matki. Szwagierka wybija mu tę myśl z głowy, ale rzecz i tak kończy się niepedagogicznie. Ignacy nie jest w stanie obniżyć lotów swych myśli na tyle, żeby ugotować najprostszy obiad, więc stery w kuchni przejmuje szwagierka z pomocą siostrzenic. Koledzy i sympatie sióstr Borejkówien też odtwarzają ten wzór.
Figura gotowania obiadów, choćby się waliło i paliło, staje się metaforą służebnej roli, realizowanej przez większość bohaterek, nawet jeśli w środku gotują się od złości. Badacze twórczości Musierowicz nazywają ten model rodziny matriarchatem domowym. Kobiety zapewniają wikt, opierunek, ciepło i bezpieczeństwo – i wychowują córki na kolejne kapłanki domowego ogniska.
Jednak w „Kalamburce” z 2001 r. Musierowicz odsłania inne karty, które krytykę przypisywanego jej tradycjonalizmu poddają próbie. Bowiem 14. tom „Jeżycjady” opowiada historię Mili Borejko. Jako młoda dziewczyna zakłada, że nie wyjdzie za mąż, ale będzie pracować i pisać. Dla przybyłego po wojnie z Wilna Ignacego Borejki, czytelnika Marka Aureliusza i „Tygodnika Powszechnego”, zmienia zdanie. Przeczytamy tam też trafny bilans wad Ignacego, przedstawiony przez przybraną matkę Mili. Przede wszystkim dowiadujemy się, że na przełomie wieków Mila już nie dzierga swetrów, ale jest wziętą autorką sztuk teatralnych, pisanych pod pseudonimem Kal Amburka.
Jeżycjada, czyli małe kobietki po polsku
Borejkowie mają cztery córki: Gabrielę, Idę, Natalię (miała nosić rzymskie imię Tibulla) i Patrycję – każdą o innej osobowości. W wydanych niedawno leksykonie dla młodych czytelniczek pt. „Łobuziary. Najfajniejsze bohaterki literackie” Sylwia Chutnik umieszcza Gabrysię i Idę Borejkówny. O tej pierwszej pisze tak: „Kiedy na nią spojrzysz, od razu poczujesz jej pewność siebie. Nie chodzi tu wcale o zadzieranie nosa. Gabrysia działa w zgodzie ze sobą, nawet jeśli wszyscy naokoło pukają się w głowę”. Sentyment do cyklu Musierowicz splata się u Chutnik z krytyką: „W kolejnych tomach »Jeżycjady« autorka proponuje nieco bardziej tradycyjny model rodziny, w którym nie ma miejsca na łobuziary czy buntowniczki. Jednak poszczególne bohaterki mają silne poczucie sprawczości i własnej wartości, które wynoszą z domu rodzinnego”.
I tu dochodzimy do spędzającego sen z wielu powiek pytania: czy powieści Musierowicz są antyfeministyczne i czy kiedyś były emancypacyjne, a dziś już przestały takie być? Niezależność i bunt bohaterek „Jeżycjady” od pierwszej do ostatniej powieści przegląda się w portretach dziewiętnastowiecznych emancypantek i ich spadkobierczyń, takich jak Zofia Barańczakowa i sama Musierowicz, ale jawnie stroni od współczesnego feminizmu.
Protagonistki służą społeczeństwu jako nauczycielki, lekarki i naukowczynie, ale jednocześnie małżeństwo jest dla nich wyborem życiowym tak oczywistym jak rosół na niedzielny obiad. Nawet indywidualistki, które zwlekają z małżeństwem, przed trzydziestką kapitulują. Aktorka Aniela Kowalik, bohaterka „Kłamczuchy” i drugoplanowa postać dalszych tomów, jest jedną z nielicznych, której zawodowe ambicje nie cierpią po urodzeniu bliźniąt, ale tylko dlatego, że bezrobotny mąż przejmuje obowiązki domowe. Gabriela (matka trojga) habilituje się z filologii klasycznej, lecz nie jest to dla jej rodziny powód do specjalnej fety.
W „Jeżycjadzie” powtarza się schemat: kiedy rodzą się dzieci, matki zostają z nimi w domu, a mężczyźni wyjeżdżają lub uciekają. Jeden jest w Australii, drugi na stypendium w Kanadzie, trzeci w Monachium, czwarty w Wiedniu, piąty w Houston. Młode kobietki składają złotą włócznię Anety i zamieniają się w ciche westalki. Na co były tym zdolnym dziewczynom dobre stopnie w liceum, marzenia o medycynie czy studiowanie architektury?
Polemistka Musierowicz, Kinga Dunin (podobno pierwowzór antypatycznej feministki Barbary z „Nerwusa i Nutrii”) nazywa świat Borejków krainą Muminków – postaci nieszkodliwych, bo nieistniejących. Mimo to dostrzega w wizji relacji damsko-męskich u Musierowicz odmianę feminizmu, ale separatystyczną, w której mężczyźni są zmarginalizowani, a kobiety celebrują tradycyjne role nie z przymusu, lecz dla rytuału i własnego kultu.

Archiwum literatury dla dziewcząt
„Kalamburką” Musierowicz planowała zwieńczyć cykl, ale przeważyły prośby czytelniczek. Kolejne tomy, poczynając od „Języka Trolli” (2004), a na „Ciotce Zgryzotce” (2018) kończąc, zwane są Neo-Jeżycjadą i nie jest to etykieta pochlebna. Wrażliwość młodszych odbiorczyń na nierówne traktowanie ludzi pogłębiła się, a ich ambicje i plany biograficzne obrały nowe tory. Natomiast mikrokosmos kamienicy przy Roosevelta 5 pozostał nie tylko niezmienny, ale okopał się, strzegąc idealizowanej tradycji.
– W przypadku sagi Musierowicz problematyczna jest pozycja i poglądy zaszytego w tekstach autora. Czy ta (hipotetyczna) figura wspiera i utrwala, czy raczej obnaża i krytykuje reprezentowane przez bohaterów postawy? W „Jeżycjadzie”, zwłaszcza w ostatnich tomach, ukazanych jest wiele zachowań, które można by określić jako szowinistyczne, seksistowskie, patriarchalne czy klasistowskie, ale to nie znaczy, że odbiorczynie Musierowicz muszą przyjmować je za dobrą monetę, jest to natomiast dobry punkt wyjścia do przemyśleń – mówi Aleksandra Mochocka, literaturoznawczyni z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. – Wiemy choćby z dyskusji online, że czytelniczki często sympatyzują bardziej z postaciami odgrywającymi w fabułach role negatywne, niż z pozornie idealnymi Borejkami.
Sięgam do własnych tomów „Jeżycjady”, z których kilka pierwszych przejęłam po mamie. W „Imieninach” z 1998 r. znajduję dedykację autorki – „Dla Magdy i Mamy”. Tak się wtedy te książki czytało: międzypokoleniowo. Nie wiem, czy za kilka lat przekażę te książki własnej córce. Jeśli będzie je chciała czytać jako realistyczny zapis epoki i bilet na podróż do czasów starszych koleżanek, mam i babć, może się zawieść, a książki odeśle do lamusa. Jeśli jednak potraktuje je jako bibliotekę i archiwum literatury dla dziewcząt, wariację na temat „Małych kobietek” i fantazję o świecie, gdzie jedna wskazówka zegara idzie do przodu, a druga stoi w miejscu – to będzie to dla niej ciekawy eksperyment. Wszak młodzi z „Jeżycjady”, choć mają zmywarki i telefony komórkowe, są jak wyjęci z czasów Bystronia, Lipskiego i Janion. Cytują Plutarcha, czytają Senekę, znają na wyrywki wiersze Rilkego i słuchają Bacha w wykonaniu Glena Goulda. Piękne z nich ptaki dodo.
Mimo głosów krytyki książki Musierowicz wciąż są chętnie czytane, w szkołach i domach. Językowo doskonałe mogłyby być alternatywą dla bełkotliwych powieści z półki young adult, ale czy babcina (żeby nie rzec dziaderska) treść i trącący myszką inteligencki etos są odpowiedzią na problemy i bolączki dzisiejszych nastolatek?
– Wierzę we współczesne odbiorczynie i nie sądzę, żeby bezrefleksyjnie aprobowały drobne patologie Borejkowskiej codzienności czy nie całkiem zdrową dynamikę życia rodzinnego. Będą raczej wyciągać z „Jeżycjady” swoje własne, dopasowane do ich epoki konkluzje, kupując to, co jest ponadczasowo piękne i kiwając głowami ze zdziwieniem lub irytacją nad zachowaniami i postawami sprzecznymi z ich systemem wartości – przekonuje Aleksandra Mochocka. – A może wbrew tej nadziei zatęsknią za prostymi, jasnymi podziałami (my i oni, świat wartości versus nowe, dziwne i groźne) i niesymetrycznym podziałem ról i obowiązków? Zostawmy to po prostu czytelniczkom.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















