W powieściach jest zapisana cała nasza przyszłość

Przemysław Czapliński, literaturoznawca: Żyjemy w opowieściach. To one porządkują rzeczywistość społeczną, nadają sens działaniom. To one popychają do wojen. Granice wyznaczają dziś nie racje, lecz narracje. Nie fakty, ale afekty.
Czyta się kilka minut
Roma Gąsiorowska i Borys Szyc w filmie "Wojna polsko-ruska", reż. Xawery Żuławski, 2009 r. // Materiały prasowe ITI Cinema
Roma Gąsiorowska i Borys Szyc w filmie "Wojna polsko-ruska", reż. Xawery Żuławski, 2009 r. // Materiały prasowe ITI Cinema

Michał Sowiński: Czy literatura ma jeszcze moc zmieniania świata?

Przemysław Czapliński: Najpierw zapytałbym: kto w ogóle dysponuje taką mocą? Kto, lub co, może dziś sprawić, że rano obudzimy się w innym świecie niż ten, w którym zasypialiśmy? Uproszczona odpowiedź brzmi: prawo, pieniądz, klimat.

Ta trójka rządzi dziś światem?

Do klimatu pewnie jeszcze wrócimy, na razie zostańmy przy pierwszych dwóch czynnikach. Co może prawo? Może przeprowadzić interwencję zbrojną w obcym państwie. Zamknąć granice. Otworzyć granice. Obniżyć podatki. Zaostrzyć ustawę antyaborcyjną… Pieniądz działa inaczej: przenosi fabrykę z jednego kraju do drugiego, zmuszając ludzi do szukania pracy; pozwala założyć farmę hodowlaną, która zmieni lokalny ekosystem; pozwala otworzyć sklep wielkopowierzchniowy, który wytłucze okoliczny mały handel.

Na pewno coś je łączy.

Obie siły łączy to, że stawiają nas przed faktami dokonanymi. Zmieniają świat, stanowiąc naszą rzeczywistość. Żadna inna siła poza pieniądzem i prawem nie potrafi w dzisiejszym świecie tak skutecznie i szybko zmieniać naszego życia.

Gdzie tu miejsce na literaturę?

Jest pomiędzy. Pomiędzy władzami, które stanowią rzeczywistość. Czyli tam, gdzie rozciąga się coraz węższy obszar sfery publicznej. W tej sferze istnieją nauka, kultura, media, ruchy obywatelskie. W tej sferze zrzeszamy się, protestujemy, manifestujemy, badamy, dyskutujemy. W mniejszej skali praktykujemy sposoby wybierania władz i stanowienia prawa. Szukamy innych zasad wymiany. Spieramy się o granice nauki i metody wywierania wpływu na środowisko naturalne.

Nadal nie widać literatury.

Jest w tej samej przestrzeni publicznej, co pozostałe aktywności – obywatelskie, społeczne, kulturalne. I podobnie jak te aktywności, sytuuje się opozycyjnie względem władzy politycznej i ekonomicznej. Władza stawia nas przed faktami dokonanymi, literatura przeciwstawia temu kontrfaktualność. 

Czyli co?

Literatura może mieć charakter propagandowy, komercyjny, kontestatorski i wszelaki inny. Ale w każdej odmianie stanowi niebezpieczną grę z rzeczywistością, ponieważ literacki sposób powoływania światów do istnienia zdradza, że nasz świat istnieje na tych samych zasadach i podstawach: jest stwarzany przez różne konwencje.

Żyjemy w opowieściach. To one porządkują rzeczywistość społeczną, nadają sens działaniom, dają iluzję spójności. To one popychają do wojen. To one decydują o wyniku wyborów parlamentarnych czy prezydenckich. To z nich wyłaniają się konflikty między państwami czy między grupami społecznymi. Granice w dzisiejszym świecie wyznaczają nie racje, lecz narracje. Nie fakty, ale afekty.

Narracje rządzą. Co im może zrobić literatura?

Może ujawnić radykalnie nietrwały charakter naszej rzeczywistości. Ale niewiele dzieł czyni z tego dalszy użytek, czyli podejmuje grę z narzędziami stwarzania świata społecznego. Tak dzieje się w tekstach, które wymieniają całe słowniki, demontują dyskursy publiczne, proponują alternatywy w świecie rzekomo bezalternatywnym. W takich dziełach widzimy reguły powoływania światów do istnienia – widzimy, jak ze słów rodzą się państwa, klasy społeczne, rasy, płcie, tożsamości seksualne czy religie.

Wracamy do pytania, od którego zaczęliśmy...

Odpowiadam: nie, literatura nie zmienia świata. Zmienia opowieści, poprzez które możemy świat zmieniać. Proponuje inne porządki symboliczne, wprowadza alternatywne historie, rekonfiguruje mapy, nadaje nowe tożsamości jednostkowe i zbiorowe. Wpływa na rzeczywistość, wpływając na sposób opowiadania o rzeczywistości.

W czym ten wpływ się przejawia?

Zaczyna się od awantur o literaturę. Najważniejszą książką całego okresu po roku 1989 są „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa. W sporze, który liczył dobrze ponad pół tysiąca artykułów i kilkanaście książek, nie wspominając o seminariach, konferencjach czy rozmowach medialnych, nie chodziło o zwykłą różnicę zdań, lecz o różnicę między ocaleniem i obaleniem całego porządku symbolicznego. Spierano się o kluczowe elementy polskiej tożsamości zbiorowej: o postawę wobec Żydów w trakcie Holokaustu, o małą ojczyznę, w której rzekomo harmonijnie współżyły społeczności polska i żydowska, o mit polskiej niewinności, o wpływ nacjonalizmu i katolicyzmu na zachowania zbiorowe. Z tego sporu wzięło się oficjalne, wdrożone przez IPN śledztwo, które potwierdziło zasadniczą zawartość książki Grossa. A zatem od książki do debaty, od debaty do procedury prawnej.

Więcej takich dzieł?

Pod względem siły rażenia nic chyba nie dorówna „Sąsiadom”. Ale tekstów wywrotowych znajdziemy więcej. Cofnę się do lat 70. i 80. i przywołam książki, które wywołały spory fundamentalne: „Zdążyć przed Panem Bogiem” i „Sublokatorka” Hanny Krall, „Cesarz” Ryszarda Kapuścińskiego, antologia „Nikt nie rodzi się kobietą” pod redakcją Teresy Hołówko, „Biedni Polacy patrzą na getto” Błońskiego, „Nowoczesność i Zagłada” Zygmunta Baumana, „Weiser Dawidek” Pawła Huellego, „Rudolf” Mariana Pankowskiego.

O co się spierano?

Spór o książki Krall dotyczył nierówności polskiego i żydowskiego losu w czasie II wojny i po niej; debata dotycząca reportażu Kapuścińskiego krążyła wokół słabnącej idei postępu i zależności każdej władzy od własnej formy estetycznej; dyskusja wokół książki „Nikt nie rodzi się kobietą” pokazywała, jak społeczeństwo konstruuje tożsamość kobiety; debata wokół eseju Błońskiego podważała mit naszej niewinności i skupiała się na polskiej obojętności, która w czasie Holokaustu pomogła Niemcom wymordować Żydów; dyskusja o powieści Huellego odsłaniała pustkę po nieobecnych Żydach, a także tajemnicę wyparcia z pamięci ich wcześniejszej obecności; spór o powieść Pankowskiego potykał się o skandaliczny przypadek niemieckiego żołnierza-dezertera czasów II wojny, homoseksualisty, który uwolnił się od normatywizmu narodowego i seksualnego i który żył pełnią życia. 

W tym zestawie widać trzy kluczowe figury historii polskiej emancypacji – trzy podmioty pozbawione równych praw i społecznego szacunku: Żyda, kobietę i mniejszości seksualne. A ta moja lista nie wykroczyła poza lata 80…

Na czym polega emancypacja – pojęcie, które pojawia się w tytule Pańskiej książki?

To zbiorowe bądź indywidualne wyzwalanie się spod niesprawiedliwej władzy, kontroli i dyscypliny. W latach 70. w Polsce wyłoniły się różnorodne ruchy emancypacyjne, obejmujące zarówno sferę polityczną, jak i kulturową. To okres, w którym społeczeństwo zaczyna wyraźnie akceptować swoje wewnętrzne zróżnicowanie i poszukiwać metod koegzystencji w różnorodności.

A w polityce?

W polityce emancypacja objawiła się jako sprzeciw wobec systemu PRL-owskiego. Pojawiły się niezależne organizacje, a także autonomiczne formy komunikacji, takie jak niezależny obieg wydawniczy funkcjonujący poza państwową cenzurą. Równolegle do tych form rozwija się – patologiczna, wynikająca z rosnących niedoborów na rynku – gospodarka poza gospodarką, czyli handel towarowo-wymienny.

To historia dobrze znana.

Ale jeśli zmienimy nieco perspektywę na mniej centralną, okaże się, że lata 70. to także dekada emancypacji seksualnej. Rozgrywała się ona w ramach heteronormy, nie przekraczała granic wyznaczanych przez „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej, przybierała postać golizny koncesjonowanej przez państwo, ale stopniowo z okładek czasopism i ekranów kin wkraczała do domów. W skromnym zakresie społeczeństwo zaczynało mówić o seksie, wyrażać swoje potrzeby, a także uzgadniać je po partnersku. Rozmiar apetytu na jawne mówienie o seksie można było dostrzec w roku 1983, kiedy erotyczna powieść Zbigniewa Nienackiego „Raz w roku w Skiroławkach” stała się lekturą ponad podziałami politycznymi.

Tu już jesteśmy blisko popkultury.

Bo na uboczu emancypacji wielkiej w latach 70. i 80. przebiegało również wyswobadzanie się kultury popularnej spod protekcjonalnej kontroli kultury wysokiej. Sporą rolę odegrała tu państwowa polityka kulturalna, coraz obficiej nasycająca programy telewizyjne rozrywką. Ale na tamtą dekadę przypada również ciekawy proces osiągania autonomii przez polską fantastykę. Miłośnicy fantastyki tworzyli kluby czytelnicze, organizowali dyskusje o książkach, sporządzali własne tłumaczenia i rozprowadzali kserokopie. W kręgach „fantastów” już w latach 70. myślano o czasopiśmie i nagrodzie literackiej. Czasopismo „Fantastyka” powstało w roku 1982, a nagrodę ufundowano w roku 1985. Stworzono więc warunki, które pozwalały samodzielnie nadawać prestiż literaturze SF – bez oglądania się na kulturowe centrum.

Intensywna dekada.

Krótko mówiąc: lata 70. i 80. to wielość procesów emancypacyjnych. Miały różną widzialność i siłę. I napotykały różne reakcje: protesty przeciw ustrojowi politycznemu były brutalnie pacyfikowane przez władzę, żądania emancypacyjne kobiet były delegitymizowane. Jedne działania miały charakter masowy, inne – skromny. Ale istotna wydaje mi się ich równoczesność i zróżnicowanie.

Co stało się później z tym zróżnicowanym ruchem?

W połowie lat 80. nastąpiła kulminacja. Polegała ona na tym, że niemal wszystkie dążenia emancypacyjne wypracowały sobie środki komunikacji, mniejsze czy większe płaszczyzny dyskusji i metody działania. Antykomunizm, feminizm, antyklerykalizm, ruch punkowy, anarchizm i inne działały niezależnie od siebie, ale współtworzyły ważny moment historyczny – moment anomii. Różne grupy z różnych pozycji kwestionowały podstawy dotychczasowego porządku.

Społeczeństwo rozpoznawało zatem swoje zróżnicowanie i związane z tym nierówności – przede wszystkim między światem męskim i kobiecym, polskim i żydowskim, hetero- i homoseksualnym. A dzieła kultury kontestowały dotychczasowe warunki, pokazując, że polskie społeczeństwo, niezależnie od reżimu politycznego, było opresyjne w stosunku do kobiet, mniejszości etnicznych i seksualnych.

Coś z tego wynikło?

Literatura stawiała w ten sposób czytelników przed koniecznością wymyślenia innego dalszego ciągu. Bo dotychczasowe przebiegi historyczne nieodmiennie kończyły się podtrzymaniem dyskryminacji albo paroksyzmem przemocy wobec podmiotów mniejszościowych. To bilansowanie polskiej nowoczesności trwa mniej więcej do połowy lat 90. Umownie: od „Sublokatorki” Hanny Krall do „Absolutnej amnezji” Izabeli Filipiak, od „Początku” Andrzeja Szczypiorskiego do „Hanemanna” Stefana Chwina, od „Rudolfa” Mariana Pankowskiego do „Al fine” Grzegorza Musiała, od „Ciała niczyjego” Krystyny Kofty do „Tao gospodyni domowej” Kingi Dunin. Było w tych tekstach coś z zachęty do poszerzenia komunikacji, do złamania reguł dyskursu, do zakłócenia mechanizmów reprodukujących system niesprawiedliwej przewagi.

Jednak w pierwszej połowie lat 90. wyobrażenie innego społeczeństwa – domagającego się równych praw dla wszystkich grup mniejszościowych – zaczyna słabnąć. Ścieżki emancypacyjne zaczynają się rozchodzić.

Kto to sprawił?

Pomiędzy rokiem 1989 i 1993 r. powstał w Polsce bardzo wąski wariant demokracji liberalnej. Wyznaczały go cztery siły: Kościół, prawo własności, norma heteroseksualna i stosunek do środowiska naturalnego. W stosunku do Kościoła katolickiego pojawił się cały pakiet preferencji: podpisano konkordat, wprowadzono religię do szkół publicznych, uchwalono funkcjonowanie komisji ds. zwrotu majątku kościelnego, której decyzje nie podlegały zaskarżeniom. W odniesieniu do własności prywatnej uruchomiono ustawę reprywatyzacyjną, natomiast ciało kobiece poddano zwiększonej kontroli przegłosowując zaostrzoną ustawę antyaborcyjną. To ostatnie nastąpiło wbrew najpotężniejszej fali protestów społecznych – w 1993 r. zebrano ponad milion podpisów przeciwko inicjatywie sejmowej. Agnieszka Graff w książce „Świat bez kobiet” napisała, że młoda demokracja wybrała ciało kobiece jako obszar samostanowienia władzy.

Historia stanęła?

W ciągu czterech lat ustanowiono porządek quasi-demokratyczny. Zakrycie PRL-u pozwoliło wyprzeć plebejskie pochodzenie większości i uzasadniło osłabienie opiekuńczych funkcji państwa; fetyszyzacja własności prywatnej doprowadziła do ograniczenia praw pracowniczych; konkordat zagwarantował Kościołowi uprzywilejowane miejsce w walce politycznej i ekonomicznej; ustawa antyaborcyjna zredukowała prawa kobiece, a w dalszej perspektywie zablokowała możliwość legalizacji związków partnerskich nawet w przypadku par hetero, więc tym bardziej par jednopłciowych. Natomiast brak prawnych zabezpieczeń natury prowadzi do dewastacji środowiska – do eksploatacji ziemi, przekształcania zwierząt w mięso, zatruwania wód, ziemi i powietrza.

To właśnie rozdrabnia emancypację?

Desolidaryzuje społeczeństwo we wszystkich kierunkach. Nie od razu było to widać, ale w połowie lat 90. słabnie nadzieja na stworzenie porządku ustrojowego, w którym równość praw i szans obejmie obie płcie, różne tożsamości seksualne, różne tożsamości etniczne, a także pracowników. Rozpad tej nadziei powoduje, że poszczególne ruchy emancypacyjne działają osobno: ruch na rzecz praw pracowniczych, na rzecz świeckości państwa, ruch feministyczny, niehetero, ekologiczny… nie maszerują razem. Żaden z tych ruchów nie może też liczyć na poparcie trwałej większości społecznej.

Możliwy jest jeszcze powrót do wspólnej wyobraźni?

Obawiam się, że nie. I obawiam się, że tak.

Czyli?

Pierwsza obawa związana jest z tym, że w polskiej kulturze – podobnie zresztą jak w kulturach innych społeczeństw europejskich – rozpadła się większość wyobrażona. Nie chodzi o większość mającą identyczne myśli i marzenia. Chodzi o większość wyobrażającą sobie i akceptującą własne zróżnicowanie. Zarys takiej większości wyobrażonej wyłonił się na przełomie lat 70. i 80. Było to wyobrażenie społeczeństwa, które coraz pełniej zdaje sobie sprawę z własnej niejednolitości. Wyobraźnia przekraczała doraźne interesy i tożsamości, opowiadając się po stronie stopniowego wyrównywania praw wobec grup mniejszościowych. Ta większość wyobrażona rozpadła się, ponieważ znaczna część społeczeństwa nie akceptuje dziś równouprawnienia, a coraz większa część społeczeństwa kwestionuje demokrację. Nietrwałość władzy sprawowanej przez najsilniejsze ugrupowania polityczne w Polsce wywodzi się stąd, że partie mogą odwołać się wyłącznie do własnych elektoratów, a nie do większości wyobrażonej.

A obawa druga – że wspólna wyobraźnia jest jednak możliwa?

Jeśli potraktujemy literaturę poważnie, to okaże się, że takie uwspólnienie wyobraźni nastąpi dopiero w warunkach katastrofy. Wiele lat temu Frederic Jameson powiedział, że łatwiej wyobrazić sobie koniec świata, niż koniec kapitalizmu. Sprawy uległy jednak pogorszeniu: dziś łatwiej wyobrazić sobie koniec kapitalizmu niż dowolną przyszłość bez katastrofy.

O jakiej skali mówimy?

Nie, nie chodzi o katastrofę ostateczną – apokalipsę, koniec świata, zagładę planety. To, co najgorsze w przyszłości, polega właśnie na tym, że końca świata nie będzie. Czeka nas coś gorszego od końca świata. Czyli odwrócony Hitchcock: najpierw nie dojdzie do katastrofy, a potem napięcie będzie rosnąć.

Co to za niekatastrofa gorsza od końca świata?

Przewlekły rozpad struktur życia zbiorowego. Czyli społecznych zasad współżycia i publicznych instytucji.

Wcześniej rozmawialiśmy o społeczeństwie, teraz przechodzimy do państwa. Odległe wątki zaczynają się łączyć.

Idę tu za polską prozą, która dość wcześnie zaczęła dodawać kryzys klimatyczny do słabnięcia więzi społecznych. Stąd wyłoniła się arcyciekawa hipoteza fabularna, która mówi, że skutki zmian klimatycznych są zależne od społecznych zdolności samoorganizacyjnych i sprawności instytucji państwowych. Czyli: rozmiary katastrofy są zależne nie od siły trzęsienia ziemi (długotrwałości suszy / wielkości opadów…), lecz od więzi społecznych i stabilności państwa.

Kto w polskiej literaturze to opisał?

Odwołać się tu można do wielu tekstów: „Blackout” Marca Elsberga, „Wyspa” islandzkiej pisarki Sigríður Hagalín Björnsdóttir, „Czarne słońce” Jakuba Żulczyka, „Polska 2.0” Jacka Inglota, „Plankton” Mariusza Sieniewicza, „Ale z naszymi umarłymi” Jacka Dehnela, „Siwy dym” Ziemowita Szczerka, „Potop” Salci Hałas.

Kiedy ci prozaicy dodali wątek postępującej desolidaryzacji do kryzysu klimatycznego, wyszło, że 1+1 nie daje 2. Więcej albo mniej, ale nigdy 2. Czyli: solidarne społeczeństwo rozpadnie się pod naporem klęsk żywiołowych w przypadku niewydolnego państwa, a sprawne państwo zamieni się w dyktaturę, jeśli kłopoty klimatyczne dotkną niesolidarnego społeczeństwa.

Czyli dobrych wariantów nie ma.

Raczej nie. Najistotniejsze jednak wydaje mi się, że z literatury wyłania się hipoteza nowego ustroju politycznego. Nazwałbym go demokracją stanu wyjątkowego. Polega on na tym, że władza równocześnie utrzymuje legitymację demokratyczną i sięga po prerogatywy stanu wyjątkowego. Czyli rząd nie wprowadza stanu wyjątkowego, ale korzysta z jego uprawnień do ograniczenia praw obywatelskich, a jednocześnie manipulując wolnościami odwołuje się do woli społecznej. Dysponuje poszerzonym zakresem władzy, ale nie podlega kontroli konstytucyjnie przewidzianej dla stanu wyjątkowego.

Aż głupio byłoby teraz pytać o nadzieję.

Wartością literatury, która przedstawia takie scenariusze nieodległej przyszłości, jest łączenie zjawisk. Pisarze uwzględniają zmiany klimatu, masowe migracje z globalnego południa, utrzymujące się bądź rosnące nierówności ekonomiczne. I wychodzi im właśnie to: końca świata nie będzie. To, co się pojawi, będzie postępującym rozpadem państwa i społeczeństwa. Proces ów silniej uderzy w kraje globalnego Południa niż w kraje Północy, w ludzi uboższych bardziej niż w majętnych, w kobiety silniej niż w mężczyzn, w dzieci mocniej niż w dorosłych.

Jeśli nie uczynimy natury częścią republiki, natura rozwali republikę. I wtedy demokracja liberalna zamieni się w demokrację stanu wyjątkowego, która będzie powoływać się na pandemię jako rację dla manipulowania prawami obywatelskimi.

Prof. Przemysław Czapliński // Fot. Adrian Wykrota / materiały prasowe UAM


Przemysław Czapliński (ur. 1962) jest jednym z najwybitniejszych współczesnych krytyków literackich. Wykładowca Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, laureat Nagrody im. Kościelskich i  Nagrody im. Kazimierza Wyki. Właśnie wydał kolejną panoramę literatury polskiej „Rozbieżne emancypacje”.

czapliński rozbieżne emancypacje

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 7/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wszystko zostało zapisane