Kiedyś sprawa była prosta, prawda? Wyjść za mąż lub się ożenić, założyć rodzinę, a potem z otwartymi ramionami witać dzieci, które sprowadzamy na świat. Z czasem pomóc im stawiać pierwsze kroki, po czym nauczyć je wszystkiego, czego człowiek sam się przez lata o życiu dowiedział.
Cóż, to oczywiście iluzja. Łatwo nie było nigdy, było po prostu inaczej. Jeszcze dla pokolenia milenialsów posiadanie dzieci było czymś, co wpisywało się w życiowe plany. Tymczasem gdy dziś pytam studentów, czy w ogóle myślą o założeniu rodziny, ich ironiczne spojrzenia, a potem zdawkowe odpowiedzi szybko potwierdzają to, co obserwujemy na co dzień – nie tylko na uczelni. Otóż dogmatem młodych dorosłych jest odwrotność wszystkiego, co poprzednie pokolenia uznawały w tej materii za słuszne. Dlaczego?
Make love, not babies: dlaczego nie chcemy dzieci
Rzeczowe argumenty podają tak zwani antynataliści, czyli zwolennicy poglądu, że prokreacja jest moralnie zła lub co najmniej problematyczna. Nie powinniśmy mieć potomstwa, ponieważ skazujemy je na cierpienie. Rachunek wydaje się prosty: rodząc dzieci, pomnażamy sumę nieszczęść świata. Na taką matematykę nie ma mocnych.
Pierwsze ślady antynatalizmu możemy wytropić już w starożytnej myśli greckiej, potem w niektórych nurtach buddyzmu, a sięgając trochę bliżej – w opiniach XIX-wiecznego filozofa Arthura Schopenhauera. Jego poglądy były zresztą przez całe dekady niezwykle popularne również wśród ludzi na co dzień mających mało wspólnego z filozofią. Co pokazuje, że problem nie ograniczał się wyłącznie do kręgów akademickich.
Z jakiego powodu w naszej części świata antynatalizm znów odżywa, a nawet zdobywa nowe przyczółki? Przykładem takiego przyczółku świeżej daty jest właśnie Polska, kraj o ugruntowanej przez wieki tradycji katolickiej; konserwatywnej zwłaszcza w swoim stosunku do rodziny. Otóż świeżego paliwa dała antynatalizmowi z pewnością gwałtownie pogłębiająca się świadomość kryzysu klimatycznego.
Do starych argumentów doszły nowe: w dobie przeludnienia i katastrof wyrzeczenie się dzieci wydaje się decyzją proekologiczną. Skoro pojawienie się każdego kolejnego człowieka radykalnie zwiększa ślad węglowy na naszej utrudzonej zanieczyszczeniami planecie, rezygnacja z posiadania potomstwa jest moralnie właściwa, oznacza przecież troskę o świat. Krótko mówiąc: make love, not babies.
Bo czy miłość między kobietą a mężczyzną musi się kończyć prokreacją? Tym bardziej że „produkując” dzieci, tak naprawdę odbieramy im szansę na dobre życie, a światu – możliwość przetrwania.
Rodzić czy nie? O czym jest nowa powieść Vereny Kessler
Oto punkt wyjścia wydanej właśnie powieści zatytułowanej skromnie „Ewa”, której autorka, Verena Kessler, jest już nieźle znana polskim czytelnikom. Przed kilku laty wydano u nas jej debiut powieściowy, „Duchy z miasteczka Demmin”, w Niemczech przyjęty swego czasu znakomicie.
Obie powieści (z wyczuciem przełożone przez Małgorzatę Gralińską) stanowią dobry przykład tak zwanej literatury środka, która – nieprzesadnie epatując ambicjami literackimi – usiłuje je w pewnej mierze zachować. A przy tym stara się dotrzeć do szerszego grona odbiorców, by zainteresować ich ważnymi współcześnie kwestiami.
Choć fabuła powieści rozgrywa się za naszą zachodnią granicą, nie można oprzeć się wrażeniu, że gdyby jej cztery główne bohaterki mieszkały w Polsce, ich losy wyglądałyby dokładnie tak samo. Najpierw poznajemy Evę Lohaus, nauczycielkę, która wywołuje medialną burzę, publikując esej pod tytułem „Antykoncepcja ratuje życie”, i stojąc w nim na stanowisku, że ludzie powinni przestać się rozmnażać dla powstrzymania nadciągającej katastrofy klimatycznej.

Wzoru dla tej postaci użyczyła zresztą niezwykle kontrowersyjna niemiecka aktywistka Verena Brunschweiger. Poza wspólnymi poglądami Evę Lohaus łączy z nią również zawód nauczycielki, co oczywiście tylko dolewa oliwy do ognia. Czy mamy bowiem pozwalać, by nauczycielkami naszych pociech były kobiety, które sprzeciwiają się prokreacji, a zatem nie chcą na świecie więcej dzieci?
Wokół historii Evy Lohaus wirują, zręcznie ze sobą splecione, losy trzech pozostałych bohaterek. Każda jest w pewnym sensie „Ewą”. Lecz w odróżnieniu od naszej wspólnej pramatki, każda mierzy się z dylematami, nad którymi biblijna Ewa nie musiała łamać sobie głowy. Jest więc dziennikarka Sina, autorka wywiadu z kontrowersyjną antynatalistką, w życiu prywatnym zmagająca się z dramatem niepłodności.
Wbrew przeciwnościom losu i logicznym kontrargumentom swojej rozmówczyni chciałaby zajść w ciążę, a przecież nie będzie jej to dane. Siostra Siny, bohaterka kolejnego rozdziału, mierzy się z kłopotami innej natury: matka trojga dzieci, zmęczona życiem rodzinnym, utrudzona i sfrustrowana nim do granic szaleństwa. Czy to jeszcze życie, czy po prostu kolonia karna?
Powieść zamyka historia sąsiadki Evy Lohaus, kobiety, która właśnie straciła nastoletniego syna. Widząc jej ból, nie mamy wątpliwości, że zrobiłaby wszystko, by odzyskać zmarłe na nowotwór dziecko. Do niej też należą słowa o „zagadkach bez rozwiązania”, powtarzane w ostatnim rozdziale wyjątkowo często, jakby Kessler chciała uczynić z nich memento.
Rodzić dzieci czy nie? Myśleć o własnym szczęściu, czy przede wszystkim o świecie wyniszczonym przez ludzi? Ryzykować, że radość, którą dają dzieci, ulotni się w czarnej rozpaczy, gdy los nam te dzieci odbierze?
Kessler zbyt łatwo żegna się z czytelnikiem
Na tak postawione pytania nie potrafimy dzisiaj udzielić jednoznacznych odpowiedzi. A już na pewno nie powinniśmy oczekiwać żadnych rozwiązań od literatury, która istnieje także w tym celu, byśmy od czasu do czasu mogli pozwolić sobie na luksus nierozstrzygalności. Dzięki temu znajdujemy wytchnienie od nadmiernie uregulowanego życia i wygórowanych oczekiwań. Od poczucia, że wciąż coś „musimy”.
Jednak po pierwszej lekturze ogarnęło mnie poczucie, że frazą o „zagadkach bez rozwiązania” Kessler żegna się z czytelnikiem zbyt łatwo i zbyt szybko. Jak gdyby robiła zręczny unik, który ma zadowolić każdego, a w konsekwencji maksymalnie poszerzyć krąg odbiorców powieści. Tymczasem pewne kwestie – nie waham się ich nazwać egzystencjalnymi – domagają się tutaj „dociśnięcia”. A nawet postawienia na ostrzu noża.
Nasuwa się zwłaszcza jedno zasadnicze pytanie: skoro antynatalistom tak bardzo zależy na poszanowaniu natury i jej potrzeb, dlaczego są przeciwni prokreacji, która jak nic innego wiąże przecież człowieka z naturą? Uchylanie takich kwestii w powieści, która chce stanowić ważny głos we współczesnych debatach o przyszłości świata, traktuję nie tyle jako zaniedbanie, ile jako taktyczną rejteradę.
Być może to po prostu problem zbyt ważki, by zostawiać go literaturze środka. Przy wszystkich wspomnianych zaletach trudno ją uznać za gatunek zdolny do udźwignięcia dylematów współczesności. Istnieją po prostu takie kwestie egzystencjalne, których nie da się podać w wersji light. Niechby nawet ryzykując, że się kogoś obrazi.
Ewa nie przekonuje. Co innego Sina
Byłbym jednak nieszczery twierdząc, że „Ewa” pozostawiła mnie – rodzica – całkiem obojętnym. Nie pozostawiła też obojętną tłumaczki, Małgorzaty Gralińskiej, matki trzech córek, która pracując nad przekładem miała okazję przejrzeć się w postawach i wyborach czterech współczesnych kobiet. Te postawy i wybory były dla niej (jak zwierzyła mi się w prywatnej rozmowie) zaskakujące, być może nawet niezrozumiałe, z kolei innym razem wydawały się bliskie własnemu doświadczeniu. Podzielam te wrażenia.
Dodam jednak, że kiedy wracam pamięcią do portretów każdej z czterech bohaterek powieści, najuczciwiej nakreślone wydają mi się dwa, którym podczas pierwszej lektury być może poświęcimy właśnie najmniej uwagi. Mam na myśli dziennikarkę Sinę, która chce mieć dziecko, choć równocześnie paraliżuje ją strach przed wyzwaniami macierzyństwa, oraz jej siostrę, kobietę umęczoną, wątpiącą, a przy tym jakże wiarygodną w swych sprzecznych emocjach i niewypowiedzianych rozterkach.
Po jednej zatem stronie matka niespełniona, która, zanim w ogóle zacznie starać się o dziecko, do upadłego analizuje wszystkie argumenty „za” i „przeciw”. A później i tak nie może zajść w ciążę. Po drugiej matka, która kocha swoje dzieci, a przecież ma świadomość, że przekazawszy im życie, sama czuje go w sobie niekiedy bardzo mało. Nie znam rodzica, któremu to doświadczenie byłoby zupełnie obce.
Natomiast postać głównej bohaterki powieści, odmalowana nieco zbyt grubą kreską, jakby pod określoną tezę, nie przekonuje mnie w najmniejszym stopniu. Choć kwestie klimatyczne leżą mi głęboko na sercu, argumentacyjna niepodważalność reprezentowanego przez nią stanowiska przypomina mi wyrozumowany konstrukt z podręczników logiki. To jak z paradoksami starożytnego filozofa Zenona z Elei, który dowodził, że logicznie rzecz biorąc, ruch nie ma racji bytu. A przecież nikt nie zaprzeczy, że jednak się ruszamy.
Wyznam, że nie doświadczyłem nigdy piękniejszego uczucia niż nadzieja, że życie, które sprowadzam na świat, będzie życiem dobrym. I że przysłuży się ono szczęściu mojemu i innych. To nadzieja absurdalna, owszem, bo tak naprawdę niepoparta żadną logiką, ma ona raczej coś z atawistycznego instynktu.
Mimo to, powodowany tylko nią, a wbrew logice, przed wieloma laty zdecydowałem się na dziecko. Mam teraz dorosłego syna. Czy powinienem przepraszać za wyprodukowany przez niego dwutlenek węgla?
Najważniejsze pytanie powieści Kessler
Dlatego sądzę, że podczas lektury powieści Vereny Kessler warto pochylić się nie tyle nad szeleszczącymi papierem argumentami antynatalistki Evy Lohaus, ani też nad cokolwiek zbyt łzawo ukazaną tragedią jej sąsiadki, ile nad losami dwóch kobiet pozornie zwyczajnych, które w cichości swojego „małego” życia przeżywają dylematy rodem z greckiej tragedii; które nieustannie zmuszone są dokonywać dramatycznych wyborów między własną potrzebą szczęścia a oczekiwaniami innych. I które z tego powodu żyją w nieprzerwanym dysonansie poznawczym: przytłoczone nadmiarem oczekiwań, tracą wewnętrzny kompas; wyrażają sprzeczne poglądy, a każdy z tych poglądów wydaje im się w danej chwili słuszny.
To z kolei paraliżuje ich spontaniczność, czyniąc je strażniczkami samych siebie, czujnie obserwującymi każdą swoją czynność. Te kobiety wciąż mają poczucie, że robią coś nie tak. Gdy kupują kolejny zbędny ciuch, ot, dla czystej przyjemności, od razu mają wyrzuty sumienia, że „konsumpcjonizm” pogłębia nierówności ekonomiczne. Podczas posiłków każe im się pamiętać o ekstensywnych uprawach przyspieszających katastrofę ekologiczną albo tragicznym losie zwierząt hodowlanych. Uprawiając seks z myślą o dziecku, mimowolnie wyobrażają sobie 60 ton dwutlenku węgla, wyprodukowane przez każdą nową istotę ludzką sprowadzoną na świat.
Czy to nie jest portret wielu z nas dzisiaj, czujących, że życie składa się z samych ograniczeń? Że choć wygodne, by nie powiedzieć luksusowe – jest w pewien sposób morderczo uregulowane, przekalkulowane? To właśnie ten aspekt „Ewy” daje najbardziej do myślenia.
Verena Kessler ukazuje ludzi, którzy pozwolili, by myślenie w kategoriach produktywności w rozmaity sposób wpływało na dokonywane przez nich wybory życiowe, zdominowało ich etykę, emocje, pragnienia. A nawet marzenia. Ukazuje ludzi, którzy kalkulują, czy mieć dzieci, tak jak kalkuje się ilość pszenicy z hektara albo liczbę owiec potrzebnych do produkcji wełny. Ci ludzie to oczywiście my.
Czy wszystko jest „pracą”?
Przegapiliśmy moment, zdaje się mówić Kessler, w którym rozszerzyliśmy pojęcie wydajnej pracy na niemal wszystkie aspekty naszego życia, także prywatnego. Mówimy o „pracy” nad własnym charakterem, pewnością siebie, nad związkiem z drugą osobą, wyrażaniem emocji, odbudową zaufania, sylwetką czy nawykami żywieniowymi.
Nawet chwile lenistwa służą tak naprawdę pracy: wypoczywając według określonego planu, czyli skutecznie, będziemy lepiej wykonywać powierzane nam zadania. Na przykład wychowanie dzieci. O którym oczywiście też zazwyczaj mówi się, że to praca. Ten szczególny rodzaj nadaktywności i ślepej wiary w ludzką sprawczość jest zresztą w ogóle charakterystyczny dla naszych czasów.
W tej sytuacji całkowicie zrozumiała jest chęć ucieczki od działania w ogóle w prokrastynację, dostrzeganą zwłaszcza wśród osób młodych i diagnozowaną przez wielu psychologów jako zjawisko bez mała pokoleniowe. Częścią tego zjawiska wydaje mi się również niechęć do posiadania dzieci: odkąd tradycyjna rodzina stała się jeszcze jednym „zakładem pracy”, zagościły w niej tak negatywne symptomy jak chroniczny stres, pracoholizm czy wypalenie zawodowe.
W powieści Kessler dotykają one wspomnianą matkę trojga dzieci: jej wspólne wakacje z siostrą są w istocie paniczną ucieczką przed pracą, w jaką zamieniły się obowiązki rodzinne i wychowawcze. Często zwyczajnie ogłupiające i zniewalające. A to dlatego, że poddane dyktatowi efektywności, użyteczności i wydajności.
Nie mam pojęcia – chyba nikt nie ma – czy prokrastynacja jest dobrym wyjściem. Z pewnością nie jest nim na dłuższą metę. Chcemy tego czy nie, historia pokazuje, że człowiek to przede wszystkim homo agens, istota działająca. A także pracująca – w ten lub inny sposób. Pozbawiać nas wszelkiej możliwości działania czy pracy to odbierać nam coś niezwykle ważnego.
Być może jednak odmowa działania stanowi pierwszy krok do zrozumienia czegoś naprawdę istotnego, co w tym momencie pozostaje zaledwie przeczuciem. A co przyniesie odrobinę niczym niezmąconego wytchnienia. Każe na moment o wszystkim zapomnieć. A także o wszystkich, nawet o własnych dzieciach. A później – kto wie? – pomoże nam stanąć, tym razem bez lęku, w obliczu zagadek, które wydawały się kiedyś bez rozwiązania.
Verena Kessler, EWA, tłum. Małgorzata Gralińska, Filtry, Warszawa 2026
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















