Trump i antyczna demokracja. Jak historyczne analogie tłumaczą nam świat

Wiadomości znad Zatoki Perskiej brzmią jak cytaty z „Wojny peloponeskiej”. Wolałbym żyć w świecie, w którym nauki klasyków nie sprawdzają się na każdym kroku.
Czyta się kilka minut
Prezydent Donald Trump z pamiątkowym zdjęciem z Alaski. Waszyngton, 22 sierpnia 2025 r. // Fot. Annabelle Gordon / UPI / Bloomberg / Getty Images
Prezydent Donald Trump z pamiątkowym zdjęciem z Alaski. Waszyngton, 22 sierpnia 2025 r. // Fot. Annabelle Gordon / UPI / Bloomberg / Getty Images

Późnym latem 413 roku p.n.e. nad małą rzeczką Assinaros na Sycylii rozegrał się ostatni akt dziejowego dramatu. Zostały tam zdziesiątkowane niedobitki „wielkiej armii” i „niezwyciężonej armady”, potężnej wyprawy wysłanej przez Ateńczyków na podbój wyspy. 

Początkowo wielokrotnie słabsze siły Syrakuz, długo obleganych przez agresora, rosnące w miarę przeciągania się wojny, nie tylko stawiły skuteczny opór stojącym u szczytu powodzenia Atenom, ale ostatecznie pokonały je na morzu i na lądzie. Był to początek końca imperialnej pozycji Ateńczyków w basenie Morza Egejskiego i początek ich klęski w wojnie peloponeskiej ze Spartą.

Ateny, Syrakuzy, Sparta: konflikt asymetryczny i proxy war

Analogie historyczne wydają się oczywiste, ale warto je wymienić. 

Daleka, skomplikowana operacja ekspedycyjna, przygotowana bez wyobraźni i z nadzieją na szybki sukces. Do tego bardzo źle skoordynowana politycznie, skoro kolejne miasta Sycylii i południowej Italii odmawiały płynącej na zachód ateńskiej flocie dostępu do swoich portów (dzisiaj powiedzielibyśmy: lotnisk).

Miażdżąca przewaga militarna i technologiczna w starciu z zaciekłym, pełnym oryginalnych pomysłów wojennych oporem o wiele słabszego przeciwnika, prowadzącego równocześnie niezwykle skuteczną kampanię polityczną – dyplomatyczną i, jak powiedzielibyśmy dziś, propagandową. W wyniku tej ostatniej Syrakuzy, przed wojną zagrażające innym Grekom na Sycylii, stały się wcieleniem bohaterskiego oporu sycylijskich „patriotów” przeciwko obcemu najeźdźcy.

Słowem, prawdziwy konflikt asymetryczny starożytności, ciekawszy nawet niż wojna obronna Hellenów przeciwko perskiemu imperializmowi dwa pokolenia wcześniej (480–479 p.n.e.).

Dodajmy jeszcze jedno. Jak dzisiaj dla Chin i Rosji, była to także proxy war, „wojna przez pośredników”, dla Sparty. Chwilowo trwało wprawdzie zawieszenie broni w jej konflikcie z Atenami, ale okazja do osłabienia wroga w globalnej (na ówczesną skalę) grze była zbyt dobra, by z niej nie skorzystać. Na Sycylię udali się, rzekomo prywatnie, spartańscy „doradcy wojskowi” i garść sprzymierzeńców. Ich dowódca Gylippos został de facto dowódcą wojskowym sił syrakuzańskich.

Pomoc wojskowa „pod przykryciem”, doradztwo i transfer technologii, wreszcie wsparcie polityczne. A wszystko to właściwie bez żadnego ryzyka dla Sparty, Chin czy Rosji. Nic nowego pod słońcem! 

Pleoneksia, hybris: co zgubi Trumpa

Ale podobieństwa sięgają o wiele dalej niż wojenne fakty. Z punktu widzenia Aten była to agresja zupełnie niepotrzebna. Po pokonaniu Spartan w pierwszej fazie wojny peloponeskiej i uzyskaniu doskonałych warunków rozejmu, cieszyły się pozycją niekwestionowanego lidera greckiego świata, potęgi, która powinna była spocząć na laurach, a w wersji pesymistycznej konsolidować wewnętrznie swoje siły na użytek dalszego możliwego konfliktu ze Spartą.

Ówczesny Grek, jak zmarły zapewne niewiele wcześniej historyk wojen perskich Herodot, za przyczynę, dla której Ateńczycy nie potrafili się powstrzymać przed interwencją na Sycylii, uznałby ich pleoneksia, dosłownie „pragnienie posiadania wciąż więcej i więcej”, charakteryzujące jego zdaniem wszystkie ambitne imperia i ich władców, jak wcześniej perskich królów niepotrzebnie wyruszających na podbój niebogatej i jałowej Grecji.

Pleoneksia to dla światowych potęg pierwszy objaw zsyłanej przez bogów hybris, świętokradczej pychy każącej wykraczać poza granice wyznaczone im przez bóstwo. 

Pokolenie po Herodocie Tukidydes widzi sprawy nieco inaczej, choć na pewno ma w głowie wszystkie te idee. Ale nie wyraża ich wprost. Zamiast tego analizuje. I wskazuje dwie ważne przyczyny. Poza ogólną podatnością Ateńczyków na piękne hasła i nęcące perspektywy. I tu współczesne analogie rzucają nam się od razu w oczy.

Segesta, Izrael: uczniowie Alkibiadesa

Pierwsza to błąd w kalkulacji pod wpływem lokalnego sojusznika. Segesta na zachodniej Sycylii od dawna pozostawała w konflikcie z sąsiadami, a od pewnego momentu jej głównym wrogiem stały się Syrakuzy, największa, agresywna siła polityczna wschodniej części wyspy.

Segestyjczycy, choć wówczas mocno już zhellenizowani, nie byli Grekami, ale potomkami wcześniejszych mieszkańców Sycylii. Anegdota starożytna przypisuje im spektakularnie wystawne ugoszczenie ateńskich posłów przysłanych dla rozpoznania sytuacji. Ateńczycy mieli wyjechać do domu przekonani o nieograniczonych zasobach finansowych gospodarzy, a więc i o tym, że potencjalna wojna prowadzona przecież w ich interesie nie pociągnie za sobą zbyt dużych nakładów ze strony Aten.

W rzeczywistości wykwintne naczynia z drogich metali, na których co dzień ucztowali ateńscy dyplomaci i którymi na odjezdne ich obdarowano jako miłym „gościńcem”, pożyczono podobno z lokalnych świątyń, bo sami Segestyjczycy aż tak majętni nie byli. Za to ich pomysłowość i dyplomacja najwyraźniej nie miały sobie równych.

Druga przyczyna wyprawy miała na imię Alkibiades. Młody ateński polityk, wychowanek samego Peryklesa, człowiek opromieniony chwałą sportowych i politycznych sukcesów, żyjący w szokującym dla współobywateli luksusie, prawdziwy „celebryta” tego czasu, o którym nasze antyczne źródła mówią zgodnie.

Był to z jednej strony osobnik charyzmatyczny, potrafiący pociągnąć za sobą lud, a z drugiej w swoim przekonaniu polityk „nowego stylu”. Mówiąc najkrócej, przekonany o tym, że żadne reguły i zasady dotychczasowej polityki go nie obowiązują. Ostrożność starszych i bardziej doświadczonych ateńskich przywódców przedstawiał jako tchórzostwo i kunktatorstwo, a w najlepszym razie brak wyobraźni.

Zapewne tego rodzaju argumentami, a także obietnicą łatwego sukcesu pokonał w debacie na Zgromadzeniu Ludowym w Atenach doświadczonego dyplomatę Nikiasza, przeciwnika wyprawy na Sycylię.

Dla równowagi Ateńczycy powierzyli dowodzenie ekspedycją im obu. A ponieważ wkrótce potem skompromitowany przez swoich politycznych wrogów Alkibiades na pewien czas zniknął z ateńskiego życia politycznego, dziejowa ironia sprawiła, że to ostrożny, momentami wręcz niezdecydowany Nikiasz pozostał wodzem tej awanturniczej wyprawy. I to on, człowiek pobożny, szlachetny i podobno szanowany nawet przez wrogów, stracił życie nad rzeczką Assinaros, zarżnięty już w niewoli przez zwycięzców. 

Kaligula: magia cesarskiego słowa i autorytet władcy

Nie wiemy, czy sycylijski scenariusz się zrealizuje, jak skończy się amerykańska interwencja w Iranie oraz jakie skutki przyniosą bieżące działania USA i ich sojuszników w regionie. Spodziewam się też, że dla większości moich Czytelników i Czytelniczek analogią bardziej przekonującą, a na pewno ciekawszą byłoby porównanie nieobliczalnych działań i krzykliwych deklaracji współczesnego przywódcy światowego imperium z cesarskim dworem Kaliguli albo Nerona, dwu rzymskich władców, których charaktery i zachowania dobrze zapamiętano w europejskiej kulturze masowej. Zresztą historyczne analogie to tylko ilustracje naszych własnych przekonań o tym, co dzieje się wokół nas.

Sam Tukidydes, niechętny anegdotycznemu ujęciu dziejowych zdarzeń, na pewno wymagałby od nas czegoś więcej. Kazałby nam zadać sobie pytanie nie o to, co właśnie się dzieje, ale o to, jak doszło do sytuacji, w której się znajdujemy.

Jak to się stało, że nasz nowoczesny, racjonalny świat, w którym o kierunkach polityki zagranicznej decydują (pośrednio) wyborcy poszczególnych krajów i międzynarodowe umowy, wrócił do szaleństw w stylu Nerona czy Kaliguli? Sprowadzając geostrategiczne decyzje do gry pomiędzy ambicjami, niekiedy wręcz interesami władców a potakiwaniem pałacowych klakierów?

Kaligula, nie mogąc zrealizować swojego ambitnego planu podboju Brytanii, kazał podobno legionom przygotowanym do desantu na drugi brzeg Kanału La Manche… zbierać muszelki na galijskiej plaży. Magia cesarskiego słowa i autorytet władcy miały potem przedstawić je posłusznym Rzymianom jako wspaniałe łupy wielkiego zwycięstwa. To nawet ciekawszy pomysł niż popis perskiego króla Kserksesa, który po zatonięciu części inwazyjnej floty w drodze do Grecji rzekomo rozkazał swym sługom wychłostać Morze Egejskie, a potem zatopić w nim kajdany na znak całkowitego nad nim panowania. 

Żeby w demokratycznych krajach do władzy dojść mogli szaleni władcy, stać się musiało wiele. I w tej sprawie posłuchajmy Tukidydesa. 

Walki stronnictw: polaryzacja po helleńsku

Jednym z najbardziej pamiętnych miejsc u Tukidydesa jest opis wojny domowej na Korkyrze, czyli dzisiejszej Korfu, tak popularnej wśród polskich turystów. W pewnym momencie wojny peloponeskiej, gdy zwaśnione stronnictwa polityczne wyspy sięgnęły po pomoc obu stron wielkiego militarnego konfliktu, zwykły domowy spór przeszedł w orgię bratobójczych mordów. „Mordowano w najprzeróżniejszy sposób, popełniano wszelkiego rodzaju okropności (…). Ojciec (…) zabijał syna; ludzi odciągano od ołtarzy i tuż obok uśmiercano; niektórzy nawet zginęli zamurowani w świątyni Dionizosa” (III 81.5; przeł. K. Kumaniecki). 

Tukidydes diagnozuje tę sytuację jako objaw ogólniejszej choroby. „Do takiego okrucieństwa doprowadziły walki stronnictw; wydawały się one jeszcze okrutniejsze dlatego, że był to pierwszy tego rodzaju wypadek. Później bowiem, jeśli można tak powiedzieć, poruszona została cała Hellada, gdyż w każdym państwie były dwa stronnictwa i przywódcy ludu wzywali na pomoc Ateńczyków, a oligarchowie Lacedemończyków” (III 82.1; przekład K. Kumanieckiego, nieco zmieniony).

Dalej, w ponurym, podniosłym wywodzie Tukidydes tak podsumowuje to, co następnie spotkało Helladę (III 82.4–8; przekład K. Kumanieckiego, nieco zmieniony): „Wtedy również zmieniano dowolnie znaczenie wielu wyrazów. Nierozumna zuchwałość uznana została za pełną poświęcenia dla przyjaciół odwagę, przezorna wstrzemięźliwość za szukające pięknego pozoru tchórzostwo, umiar za ukrytą bojaźliwość, a kto z zasady radził się rozumu, uchodził za człowieka wygodnego i leniwego; bezmyślną zuchwałość uważano za cechę prawdziwego mężczyzny, a jeśli ktoś się nad czymś spokojnie zastanawiał, sądzono, że szuka dogodnego pretekstu, aby się wycofać. Ten, kto się oburzał i gniewał, zawsze znajdował posłuch; ten, kto się mu sprzeciwiał – był podejrzany”.

Klęska rozumu: dlaczego ulegamy propagandzie

Wynikał z tego nowy sposób uprawiania polityki: „Słuszne wnioski przeciwników politycznych przyjmowano jedynie wtedy, jeśli mieli oni także istotną przewagę, a nie z uczuciem prawdziwego zaufania. Większą też radość sprawiało móc się na kimś zemścić niż w ogóle nie doznać od nikogo krzywdy. Wszelkie układy zawarte w przymusowej sytuacji i zaprzysiężone miały wartość tylko do chwili, gdy jedna ze stron nie poczuła się silniejsza; przy pierwszej zaś sposobności ten, kto zyskał na sile, widząc przeciwnika bezbronnego, nie dotrzymywał układu. Zamiast bowiem otwarcie wrogo występować, chętniej łamano układy, nie tylko dlatego, że nie narażało to na duże niebezpieczeństwa, ale że jeszcze w nagrodę za podstęp przynosiło sławę przebiegłości. Większość bowiem ludzi woli uchodzić za przebiegłych nicponiów niż dobrodusznych poczciwców: pierwszym się chełpią, drugiego się wstydzą”.

Niepoślednią w tym wszystkim rolę przypisał Tukidydes politycznym liderom: „Przywódcy polityczni jednej i drugiej partii posługiwali się pięknymi hasłami, mówili o równouprawnieniu wszystkich obywateli albo o rządach rozumnej arystokracji, ale w rzeczywistości, mówiąc o sprawie ogólnej, walczyli między sobą o swe prywatne interesy. Używając wszelkich metod w walce o pierwszeństwo, odważali się nawet na największe okropności, a w zemście nie oglądali się ani na prawo, ani na interes publiczny, lecz kierowali się wyłącznie samowolą. (…) Żadna partia nie szanowała świętości, a dobre imię zyskiwali ci, którzy za pomocą pięknych słów osiągali coś niegodnego. Bezpartyjnych zaś obywateli gnębiły obie strony, dlatego że nie brali udziału w walce i że zazdroszczono im spokoju”.

Warto posłuchać też konkluzji Tukidydesa (III 83.1–4): „Tak więc walki partyjne stały się źródłem wszelkiego rodzaju zbrodni w Grecji; dobroduszność, która przede wszystkim opiera się na szlachetności, wydana na pośmiewisko, w ogóle zaniknęła, natomiast wszędzie spotkać można było wrogą i nieufną postawę. (…) Przeważnie też górą byli ludzie ograniczeni: w poczuciu słabości, w obawie przed przewagą umysłową przeciwników, śmiało przystępowali do czynu, wiedząc, że jeśli zawczasu nic nie zrobią, ulegną wymowie i bystrej inteligencji przeciwnika. Ci zaś, którzy uważali, że nie trzeba stosować siły tam, gdzie wyniki można osiągnąć rozumem, lekceważyli sobie takie postępowanie i wskutek tego, często bezbronni, ginęli”.

Zderzenie cywilizacji: na areopagu algorytmów

Ręka do góry, komu słowa ateńskiego historyka sprzed dwu i pół tysiąca lat czegoś nie przypominają. Chociaż nie jesteśmy jeszcze w fazie zbrojnych, krwawych wojen domowych, lektura tych partii „Wojny peloponeskiej” wywołuje mrowienie w kręgosłupie.

Jest jednak pewna fundamentalna różnica. Tukidydes wszystkie te okropności polityki wewnętrznej uważa za konsekwencję wielkiego, dzisiaj powiedzielibyśmy: globalnego konfliktu pomiędzy mocarstwami, który zainfekował greckie wspólnoty lokalne. W naszym świecie, w którym rytm polityce nadają media społecznościowe i sensacyjne „newsy”, rzecz wygląda na odwrót. Żeby do władzy dojść mogli współcześni szaleni cesarze, najpierw słowa muszą zmienić swoje zwyczajne znaczenie w internetowych debatach, a potem w publicznym dyskursie. Nierozumna zuchwałość musi zostać uznana za odwagę, wstrzemięźliwość za tchórzostwo, a umiar – za ukrytą bojaźliwość.

Naiwny, z naszej perspektywy, Tukidydes żył bowiem w niewinnych czasach, kiedy umysłami ludzi nie zawładnęły jeszcze skonfliktowane ideologie. Kiedy proste egoizmy nie potrafiły jeszcze ubrać się w krzykliwe szaty „zderzeń cywilizacji”, obrony „naszych wartości”, wreszcie „tradycji” albo „postępu”, „lewicy” albo „prawicy”. Zostawiając gdzieś w środku i wystawiając na ciosy z każdej strony tych, którzy „z zasady radzą się rozumu” i „nad czymś się spokojnie zastanawiają”, „dobrodusznych poczciwców” uważających, „że nie trzeba stosować siły tam, gdzie wyniki można osiągnąć rozumem”. 

Przyznajmy, Tukidydes mógłby się od nas wiele nauczyć.

MAREK WĘCOWSKI jest historykiem starożytności i filologiem klasycznym. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Specjalizuje się w badaniach dziejów Grecji. Wydał książkę „Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Sposób na Alkibiadesów