Kolejny level życia. Rozmowa z Tomaszem Kotem

Tomasz Kot, aktor: Czasami sobie wyobrażam, że życie to gra komputerowa. Nie dostanę żadnej odpowiedzi, jeśli nie ukończę levelu, kolejnego etapu – nie poznam zasad, które tu panują, nie znajdę poukrywanych kluczyków.
Czyta się kilka minut
Tomasz Kot // Fot. Agnieszka Kot
Tomasz Kot // Fot. Agnieszka Kot

Anna Goc: Co to za pałki?

Tomasz Kot: Po naszym spotkaniu mam zajęcia z gry na perkusji. Dotąd myślałem, że pewnych rzeczy nigdy się nie nauczę. Gdy ktoś mnie pytał, na przykład, czy śpiewam, odpowiadałem, że śpiewam, ale raczej nie śpiewam. I cieszyłem się, że proszą mnie o to tylko w reklamach, które trwają do trzydziestu sekund.

Teraz, dzięki scenariuszom, mam okazję wracać do niektórych nieosiągalnych wcześniej rzeczy i okazuje się, że one są w zasięgu.

Ciekawi mnie, dlaczego dawniej nie wierzyliśmy w to, że potrafimy się czegoś nauczyć, a teraz się nam udaje. Być może z czasem przybywa potrzebnego luzu.

Zwłaszcza jeśli byliśmy wychowywani na dzieci grzeczne i najlepiej takie, z których zachowania wszyscy są zadowoleni.

A byli zadowoleni?

Ze mnie? Niekoniecznie. W liceum czułem dużą presję, żeby nie być aktorem. I sam myślałem, że się do tego nie nadaję.

Dlaczego?

Bo jestem nieśmiały.

To jest przeszkoda?

Mam wrażenie, że część moich koleżanek i kolegów ma tak umocowane ego, że ono pomaga im błyszczeć. Są świetni w tym, co robią, a ego dodatkowo wypycha ich przed szereg. I nie mówię tego prześmiewczo, tylko z podziwem. Wydaje mi się, że to jest potrzebne w tej robocie.

Co w tym czasie robi Twoje?

Gdy dostałem pierwszą nagrodę indywidualną, byłem tak oszołomiony, że wymyśliłem sobie, że mój zespół ją z kimś ustalił, żeby pomóc mi się przełamać.

Boję się zapytać, co myślałeś po „Zimnej wojnie”.

Im bardziej się idzie w górę, im częściej się gra główne role, im większe się osiąga sukcesy, tym mocniej czuje się takie: „nie ma zmiłuj”.

Co się wtedy robi?

Trzeba się nauczyć wielu rzeczy, na przykład jak zarządzać snem, żeby dać radę. Albo jak pogodzić się z tym, że nie ma szans odpowiedzieć na wszystkie maile i wiadomości.

W Cannes, jeszcze przed Oscarami, wywiady były ustalone co do minuty. Brazylijczycy – siedem minut, Hiszpanie – dziesięć minut, bo wynegocjowali te kilka minut więcej. Między kolejnymi – trzydziestosekundowe przerwy. Za plecami stawał facet ze stoperem i gdy się zbliżał koniec rozmowy, najpierw był sygnał „last minute”, a po chwili dźwięk końca rozmowy, przerwa i kolejna osoba.

I jak się z tego wychodzi?

Percepcja była znokautowana i leżała na deskach. Z książki „Pozwól, że ci opowiem... bajki, które nauczyły mnie, jak żyć” Jorge Bucaya zapamiętałem opowieść Aborygenów. Uważają oni, że ludzie powinni robić co jakiś czas przymusowe przystanki, by dusza mogła nadążyć za dużo szybciej poruszającym się ciałem.

Gdy moja żona była w ciąży, miałem myśl, że gdy urodzi się nasza córka, żona będzie o niej wiedziała wszystko, bo były połączone. I że powinienem zacząć się przygotowywać do pojawienia się człowieka w naszym domu, także pod tym kątem – że będę miał dla niego zawsze czas.

Tomasz Kot // Fot. Agnieszka Kot

Potrafisz w przystanki?

Mamy taką zasadę: by mieć czas dla rodziny, po każdym filmie robię pauzę.

Ale jest też tak, że samotność mi nie przeszkadza, wiesz? Coraz więcej mówi się o introwertykach, o tym, jak przeżywają kontakt z innymi ludźmi. Odnajduję w tym opowieść o sobie.

Przez długie lata nie wiedziałem, jak się zachować przy oklaskach. Miałem z tym problem jeszcze w Krakowie, już jako etatowy aktor. Denerwowała mnie nie tylko umowność tej sytuacji. Przecież ludzie nie muszą bić braw. W końcu zapłacili za bilet, poświęcili swój czas, znaleźli opiekunkę dla dziecka i przyszli na przedstawienie, które może się okazać kiepskie.

Gdy bili brawo, nie wiedziałem, co zrobić ze sobą, ze swoim ciałem. Aż w końcu ktoś mi powiedział – kłaniasz się, bo w ten sposób dziękujesz. I teraz już zawsze zginam się w pół i po cichu powtarzam: „dziękuję”.

Skoro nie wyobrażałeś sobie siebie jako aktora, to jak znalazłeś się na scenie?

W dużym skrócie: przyszedłem do legnickiego teatru i powiedziałem, że chciałbym tylko popatrzeć.

Popatrzeć?

Tak, ale nie tylko jako widz. Dodałem, że fascynuje mnie praca aktora. I jeszcze: że jeśli będą potrzebowali pomocy, w czymkolwiek, to ja chętnie.

Odkryłem to miejsce dzięki mojemu poloniście z liceum. Od momentu, kiedy pozwolili mi przychodzić na próby, żyłem tylko tym. Czekałem na każdy wtorek i na każdy piątek. W czwartej klasie grałem już zawodowo w jednym przedstawieniu, spędzałem prawie całe dnie w teatrze. Przyciągnęli mnie.

Czym?

Mojego kolegę z podstawówki nauczyciele tępili tylko dlatego, że nosił długie włosy. A do teatru przychodzili ludzie kolorowi i wolni. Fascynowało mnie to, że przez chwilę mogłem się przykleić do tej grupy.

Jednak siebie, który wychodzi na scenę i na którego wszyscy patrzą, nie potrafiłem sobie wyobrazić.

I nagle: jeden z członków kółka teatralnego przy legnickim teatrze dostał się na studia i trzeba było ratować spektakl. „Ten długi Tomek – wskazał ktoś na mnie – on już zna wszystkie teksty na pamięć”.

Myślałem, że umrę ze strachu.

Strach bywa bliski fascynacji. 

Byłem przerażony. Wcześniej zagrałem tylko w jednej szkolnej scence, która trwała pięć minut. I to dziewczynę. Pamiętałem, że przebranie się w sukienkę wcale mi nie przeszkadzało. Raczej poczułem takie: o wow, przez chwilę to nie jestem ja.

Mieliśmy na język polski przeczytać „Makbeta”. Przewracałem kolejne strony i nie wiedziałem, kto tu do kogo mówi, o co w tym wszystkim chodzi. Jak mnie to irytowało! Żeby zapamiętać kolejne głosy, zacząłem się wygłupiać. „Blablabla” – to będzie wiedźma, „łułułu” – król. Czytałem i wykrzykiwałem, miny robiłem, machałem rękami. Coraz bardziej się w tym rozpędzałem. I nagle zacząłem rozumieć, o co w tej historii chodzi. A więc tak się robi teatr!

Miałem wtedy szesnaście lat. Odtąd wszystko, co czytałem, próbowałem sobie wyobrazić, jak bym to zagrał. Wirus teatru wszedł do mojej głowy.

I jak Ci było na prawdziwej scenie?

Rzeczywiście znałem już tekst na pamięć, ale wejście na scenę oznacza nauczenie się całej dynamiki zakulisowej. Zaczynasz się orientować, że jeśli wchodzisz tędy, to ktoś musi ci pomóc z tym, a wtedy światło tu, a spojrzenie – w tamtą stronę.

Jest jedna rzecz, która bardzo mnie porusza, tym bardziej że zdałem sobie z niej sprawę dopiero niedawno, po rozmowie z koleżanką po fachu. Od samego początku, od momentu wejścia na scenę, chodziło o coś innego – nie wchodzisz na scenę, tylko w pewnym sensie z niej znikasz. Nie ma ciebie. Ty i twoje życie, radości i napięcia, zostają w garderobie na najbliższe dwie godziny.

Gdy grałem po raz pierwszy, nie potrafiłem tego tak nazwać, ale intuicyjnie to czułem. Człowiek wypuszcza siebie jak latawca.

Tak lekko?

Masz immunitet roli, możesz zrobić w zasadzie wszystko. Być kimś złym, kimś dobrym. Nie podlegasz żadnej ocenie. Świat jest ułożony i dokładnie wiesz, co ludzie wokół ciebie będą mówić, wiesz, jak zareagują.

Czy to nie jest fascynujące? Dla człowieka, który się krępuje, jak zagadać do dziewczyny?

Trudno mi to złapać, że zostawiasz siebie w garderobie.

Biegasz po scenie i krzyczysz „aaaa” (krzyczy). Jasne, na co dzień też biegasz i krzyczysz. Możesz nawet wrzeszczeć: „aaaaa” (wrzeszczy). Ale to co innego, gdy robisz to, grając.

Od tamtej pory miałem takie uczucie: dzisiaj gram! Nie jest ważne, jaka to rola. Główna, drugoplanowa. Mogę sobie być kimś złym i gównianym. Mogę z pożądaniem patrzeć na królową, na co w życiu bym sobie nie pozwolił. Mogę wszystko, bo nikt mnie nie będzie oceniał.

Pamiętaj, byłem wtedy gościem, który nie zdał matury i przez pół roku był w niższym seminarium duchownym.

I co ten gość o sobie myślał?

Nie miałem pojęcia, co mnie czeka w życiu.

Skończyłem właśnie śnić sen o malarstwie, bo moi rodzice nie zgodzili się na to, żebym poszedł do szkoły plastycznej i zamieszkał w internacie. W Legnicy nie było takiego liceum.

Bardzo chciałeś?

Szykowałem teczkę. Zauważył mnie na zajęciach plastycznych w domu kultury nasz nauczyciel. „Chodź tu młody, warto poćwiczyć, bo tu jest talent” – powiedział. A ja mu uwierzyłem.

Usłyszałem od rodziców, że to nie ma sensu. Oczywiście byłem załamany, ale już na studiach cieszyłem się, że tak wyszło, życie pewnie poszłoby innym torem i być może nigdy nie trafiłbym do teatru.

Teraz myślę, że to jest tak, jak z tą niezdaną maturą. Na linii życia nigdy nie wiadomo, co było dla nas dobre, a co złe. To się okazuje dużo później.

Seminarium to był Twój wybór?

Byłem wierzący i byłem z wierzącej rodziny. Miałem wszystkie stopnie, od ministranta do lektora. Pomyślałem, że skoro nie liceum plastyczne, to pójdę do seminarium niższego. Miałem takie pragnienie – wylądować gdzieś na misji jak mój „wujek”, czyli franciszkanin Zbyszek Strzałkowski, przyjaciel ojca. Byłem bardzo gorliwy.

Szybko się jednak okazało, że i seminarium nie jest dla mnie.

Miałem poczucie, że tu się nie nadaję, tu się nie nadaję, a tam mi iść nie wolno. Że jestem bez swojego miejsca, bez wsparcia.

Rodzice chodzili na premiery?

Czasem tak, a czasem nie. Teatr nie brzmiał jak najlepszy plan na przyszłość, a z drugiej strony to było jedyne miejsce, w którym słyszałem: „jesteś ok!”. Naturalne jest to, że przyglądasz się swojemu dziecku, i też naturalne jest to, że obawiasz się nieznanego tobie świata. Zwłaszcza że to były zupełnie inne czasy: czwórka dzieci, tata działał w opozycji i żeby nasz świat miał ręce i nogi, rodzice bardzo ciężko pracowali.

Ten żywy przykład pracowitości to jeden z lepszych prezentów, jakie dostałem. Szkoda, że moi rodzice nie mieli ze szkoły żadnego sygnału, że chłopak ma pasję i że warto go w tym wesprzeć.

To znaczy?

Wygrywaliśmy konkursy ogólnopolskie, jeździliśmy na festiwale międzynarodowe, a po powrocie do szkoły czekał na mnie wpiernicz.

To było ambitne liceum, długa lista zasłużonych uczniów, którzy mieli sukcesy poza szkołą. A ja byłem tym, którego ciągle nie ma i który ciągle ma zaległości. Pamiętam wyjazd na Litwę, gdzie odbierałem nagrodę indywidualną. Opowiadałem z dumą o tym wyjeździe jednej z moich profesorek. „Jeśli twoich rodziców stać na to, żebyś się rozbijał przez tydzień po Wilnie, to proszę bardzo” – powiedziała.

Miałem wrażenie, że zaniżam im średnią. „Dajcie mu przejść, przecież on chce iść do szkoły teatralnej i prawie nie wychodzi z teatru” – mówił mój polonista, który jako jedyny mnie wspierał, ale to i tak było na nic.

Mój tata, który był surowym rodzicem, tylko raz przyszedł i powiedział: „Wiesz Tomek, jak nie zdasz matury, to ja nie będę zły, będzie mi przykro, ale tu się nie bój”. Uwalili mnie na ostatnim ustnym i marzenia o szkole teatralnej trzeba było odłożyć na półkę. 

Jakie miałeś myśli po niezdanej maturze?

Bałem się wojska. Wojsko było obowiązkowe: jak nie zdasz na studia, idziesz do armii. Pocieszałem się tym, że Janusz Gajos też był w wojsku i też zdawał do szkoły teatralnej cztery razy. Myślałem sobie: skoro taki genialny Gajos mógł, to może i ja mogę.

Dzięki niezdanej maturze zyskałem coś jeszcze – rok w teatrze. Między kolejną maturą a egzaminami do szkoły teatralnej zostałem przyjęty w legnickim teatrze. W szybkim tempie nauczyłem się wielu rzeczy. I z tym potężnym doświadczeniem pojechałem do Krakowa.

Dobry moment?

Przed szkołą aktorską śmiałem się bezgłośnie. Opiekunem naszego roku w Krakowie był Jerzy Stuhr. „Panie Kot, co pan robisz?” – zapytał, jak zobaczył, że próbuję się śmiać. „Jak mi się pan będziesz tak śmiał na scenie, to pomyślę, że ma pan zawał, a nie że jest śmiesznie. Ma pan pół roku, żeby nauczyć się śmiać” – powiedział. I nie żartował.

Dużo się tam nauczyłem. Pamiętam jednak koniec szkoły. Wielu moich kolegów i wiele koleżanek już grało. Nie dostałem się do Starego Teatru. Pierwsze depresyjne momenty.

Co było przełomem?

W sposób oczywisty debiut, czyli „Skazany na bluesa”, ale w mojej głowie taki świadomy moment to „Bogowie”. Od tamtego czasu coraz częściej czytałem scenariusz i myślałem, jak rola, w którą się wcielę, może mi się przydać w życiu. Co mogę z niej wziąć. Zazdrościłem profesorowi odwagi, decyzyjności. Tego, że wie, w którą stronę.

Jak go poznawałeś?

Przygotowując się do „Bogów”, odwiedziliśmy panią Annę Wajszczuk-Religę. Zapytałem o zdjęcia męża. W czasach analogowej fotografii najwięcej było zdjęć ustawionych. Każdy z nas ma gotową minę i wyobraża sobie, że z tą miną mu najlepiej.

Mój ojciec był fotografem amatorem. W naszej łazience, którą zmieniał w ciemnię, oglądałem zdjęcia, kiedy palec się omsknął – niewyraźne i przypadkowe. I to one mówiły najwięcej o człowieku.

Interesują nas te zdjęcia profesora Religi, które nie wyszły – zagadnąłem panią Anię.

Miała takie?

Miała, i to dużo. Na jednym z nich profesor jest w lesie z uniesioną ręką i niewyraźnym grymasem twarzy. Odbitkę powiesiłem na lustrze w łazience. Chciałem się do profesora zbliżyć. Zrozumieć, co sprawiło, że zrobił taką minę. Wymyśliłem sobie, że ten wyraz twarzy profesora to jest punkt zero. Zaczęła się magiczna zabawa – co było sekundę przed i sekundę po.

„Przestań!” – krzyknąłem przed lustrem, skrzywiłem się, uniosłem rękę. A więc może chwilę wcześniej był zły. Wybuchnąłem śmiechem, uniosłem rękę. A więc może coś go rozbawiło. Dokładałem kolejne sekundy reakcji przed i po. Wszystko po to, żeby wysterować siebie na podstawie tego zdjęcia.

Oczy Ci błyszczą, gdy o tym opowiadasz.

Bo taka zabawa sprawia, że praca, przygotowywanie się do roli przestaje być obowiązkiem, a zaczyna być czymś, co ładuje. Inspirującą przygodą.

Gdybym poprosiła o kilka zdjęć z Twojego życia, co by na nich było?

Na jednym byłby Wiktor Osiatyński.

Prowadziłem w zastępstwie profesora Osiatyńskiego koncert „Wdzięczni, bo trzeźwi”. „Wiktor, jak ja mam to przejąć? Przecież z każdej historii, którą ty opowiadasz, powstaje miniopowiastka filozoficzna. Jak ja mam ciebie zastąpić? Wszystko mi się poplącze” – mówiłem.

Zapytał mnie wtedy, czy w szkole aktorskiej nie powiedzieli mi, że liczy się szczerość. Że ludzie zawsze wybaczą szczerość. Pod warunkiem, że się jej nie nadużywa – nie popełnia się błędu za błędem i każdego nie tłumaczy się szczerością. „Jeśli raz się pomylisz i szczerze do tego przyznasz, ludzie ci to wybaczą i będą z tobą. A ponieważ masz prezencję i miły głos, będą chcieli, żeby ci wyszło” – dodał.

Powtarzam sobie jego słynne zdanie, żeby wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie.

Trudne?

Był moment, gdy myślałem, że może powinienem być trochę inny. Bardziej przebojowy, chodzić po talk-showach, stać się takim aktorem z obrazka.

Powiem teraz banalne zdanie, ale naprawdę wierzę, że najważniejsza droga, jaką mamy ciągle przed sobą, to ta w głąb siebie.

Wiesz, jak tam dotrzeć?

Czasami sobie wyobrażam, że życie to gra komputerowa. Nie dostanę żadnej odpowiedzi, jeśli nie ukończę levelu, kolejnego etapu – nie poznam zasad, które tu panują, nie znajdę poukrywanych kluczyków.

Tak sobie też wyobrażam rozwój życiowy. Kolejny level nie oznacza jednak, że jest łatwiej. Uczę się wszystkich zasad od nowa, i w sumie jest trochę trudniej. Chodzi też o to, żeby nie zostawać na tym samym levelu, założyć, że są kolejne.

Pomaga?

Jeśli coś mi nie wychodzi, mam zawieszkę, chciałbym być zajebisty, a nie jestem, myślę sobie, że być może jeszcze nie odkryłem wszystkich zasad tego levelu. Dali mi za szybki samochód, a ja nie umiem nim jeździć i znowu się rozwaliłem. Wtedy myślę: dobra, przejdźmy ten poziom jeszcze raz.

Są jeszcze inne zdjęcia?

Trafiliśmy kiedyś z rodziną na plażę z piaskiem wyjątkowo podatnym do budowania.

Jest w „Testosteronie” taka scena, w której jako filmowy Robal lepię kaczki z piasku i jestem trochę nieobecny. Więc na tej plaży opowiedziałem córce o tym, że jeśli kiedyś będzie oglądała ten film, to niech wie, że kilka godzin przed tą sceną dowiedziałem się o jej istnieniu.

Wtedy na wakacjach dzieci były małe, więc chętnie budowali wszyscy. Przyglądali nam się Hiszpanie. W końcu podbiegło do nas ich dziecko i spytało, czy potrafię zbudować słonia z piasku. Wszyscy zaczęli się śmiać, bo to niemożliwe.

Odpowiedziałem, że oczywiście nie ulepimy słonia, na którego można wejść, ale możemy go odkopać. Zrobiłem obrys – chodźcie, pomóżcie mi – kolejno miejsce na trąbę, nóżki. Proszę, słonik gotowy. Ukrywa się w tej dziurze bo gorąco! Dziecko zaczęło bić brawo. Zdałem sobie sprawę, że nie musisz zawsze budować, czasem można coś odkopać.

A Ty? Jesteś na którymś z tych zdjęć?

Chyba na jednym, ze spektaklu „Anioł” autorstwa Pierre’a Gripari. Grałem wtedy pierwszy raz w legnickim teatrze. Schodziliśmy po spektaklu, większość się śpieszyła. A ja usiadłem na chwilę w garderobie. Miałbym na tym zdjęciu minę człowieka, który nie może uwierzyć, że jest na scenie naprawdę.

Rozmawiała Anna Goc 

TOMASZ KOT (ur. 1977) jest aktorem. Był związany m.in. z Teatrem Bagatela w Krakowie. Zagrał m.in. w filmach „Skazany na bluesa”, „Bogowie”, „Zimna wojna”, „Akademia pana Kleksa”. Zimą będzie miał premierę serial „Niebo. Rok w piekle”, w którym zagra jedną z głównych ról.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kolejny level życia