Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kurtyna z żelaza

Kurtyna z żelaza

11.05.2018
Czyta się kilka minut
71. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes w odróżnieniu od kilku ostatnich edycji pełen jest polskich wątków. Największe nadzieje rozbudza „Zimna wojna” – nowy film Pawła Pawlikowskiego.
Tomasz Kot (Wiktor) i Joanna Kulig (Zula) w filmie „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego / MAT. PRASOWE / KINO ŚWIAT
Tomasz Kot (Wiktor) i Joanna Kulig (Zula) w filmie „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego / MAT. PRASOWE / KINO ŚWIAT
W

W sekcji Tydzień Krytyki Filmowej premierę ma „Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej, w Konkursie Filmów Krótkometrażowych o nagrodę powalczy animacja „III” Marty Panek, a w konkursie ­Cinéfondation – „Inny” Marty Manguskiej. Na festiwalu można również zobaczyć pełnometrażową animację o Ryszardzie Kapuścińskim „Jeszcze dzień życia” w reżyserii Damiana Nenowa i Raúla de la ­Fuente, a w sekcji „Un Certain Regard” – debiut „Żniwa” Etienne’a Kallosa ze zdjęciami Michała Englerta wyprodukowany przez Mariusza Włodarskiego.

Najwięcej emocji budzi jednak udział w konkursie głównym dwóch filmów: współprodukowanej przez Polskę „Ayki” Siergieja Dworcewoja (premiera przedostatniego dnia festiwalu) oraz „Zimnej wojny” Pawła Pawlikowskiego. Długo wyczekiwane dzieło reżysera Oscarowej „Idy” – będącej we Francji przebojem kin studyjnych – to poniekąd druga część osadzonego we wczesnym okresie PRL-u czarno-białego dyptyku o zawikłanej polskiej historii. Dziejąca się na przestrzeni piętnastu lat i w kilku krajach podzielonej politycznie Europy „Zimna wojna” to melodramat o migrantach pozbawiony choćby kropli sentymentalizmu; gorzka opowieść o miłości nie tyle beznadziejnej, ile skazanej na wieczną tułaczkę i niespełnienie.

Dramat w muzycznym zwierciadle

W 1949 r. – w przededniu przeforsowania przez władze socrealistycznej doktryny – kompozytor i dyrygent Wiktor (Tomasz Kot) oraz jego koleżanka Irena (Agata Kulesza) jeżdżą po polskich wsiach, by zapisać na taśmach autentyczny ludowy folklor. Jest to pierwszy krok przed stworzeniem zespołu Mazurek, który wkrótce stanie się wizytówką nowej władzy i wystąpi w Berlinie, Moskwie i Jugosławii. Podczas przesłuchania wiejskich śpiewaczek Wiktor poznaje Zulę (Joanna Kulig) – jasnowłosą kobietę, która udaje góralkę i uwodzi go pewnością siebie. Para wkrótce zakochuje się w sobie i kiedy partia ingeruje w charakter Mazurka, wymuszając na Wiktorze, żeby włączył do programu pieśni o komunistycznych reformach i Stalinie, muzyk namawia Zulę do wspólnej ucieczki do Berlina Zachodniego.

Tak jak w przypadku „Idy”, w nowym filmie Pawlikowskiego to plastyka obrazu i drobiazgowa stylizacja wysuwają się na plan pierwszy. Ten sam operator, Łukasz Żal, nadał „Zimnej wojnie” kształt zbliżony do „Idy”: bliskie kwadratowi proporcje obrazu, głęboki kontrast czerni i bieli, przestrzeń nad głowami i ciałami bohaterów, przygniecionych rzeczywistością, w której przyszło im żyć. W odróżnieniu jednak od chłodnej, mocno wystudiowanej „Idy”, „Zimna wojna” oddycha rześkim powietrzem i toczy się w wartkim tempie.

Związane jest to i z kształtem scenariusza – u Pawlikowskiego będącego zawsze raczej szkicowym planem niż zamkniętą całością – i ze środowiskiem, w którym toczy się akcja. Współautorem scenariusza jest zmarły przed rokiem Janusz Głowacki, który znał emigranckie życie od podszewki i opowiadał o nim – choćby w dramacie „Antygona w Nowym Jorku” – z nutą smutnej ironii. Podobne emocje można odnaleźć w „Zimnej wojnie”, w której ucieczka na Zachód wiąże się ze skrajnym osamotnieniem i koniecznością wydeptania sobie zawodowej ścieżki w obcym kraju. Głowacki miał też być może wpływ na strukturę całości – szybkie, często bolesne sceny z życia bohaterów na przestrzeni lat, montowane przez Jarosława Kamińskiego z mistrzowskim wyczuciem chwili (film trwa 84 minuty, co na tle większości rozciągniętych do ponad dwóch godzin filmów konkursowych wydaje się posunięciem prawie awangardowym). Zwięzłość i jednoczesna gęstość emocjonalna filmu, w połączeniu z epicką rozpiętością opowieści, tworzą niezwykle poruszający efekt – można poczuć się tak, jakby ktoś inscenizował nam przed oczami listy miłosne dwojga pokiereszowanych przez los kochanków.

„Zimna wojna” – jakby na przekór beznamiętnemu, militarnemu tytułowi – jest też dziełem niezwykle muzycznym: rozśpiewanym, a nawet roztańczonym. Ludowy zespół pieśni i tańca nie pełni tutaj tylko roli arcypolskiego tła wydarzeń – to w kobiecym śpiewie, rozpisanym na kilka lub kilkanaście krystalicznie brzmiących głosów, zawarł Pawlikowski tę czystość i niewinność, które tworzyły tak niezwykłą aurę wokół filmowej Idy. Muzyka jest też kolejnym, obok wielojęzycznych dialogów, językiem filmu. To właśnie zmiany aranżacji i gatunków, przechodzenie od pieśni a capella do jazzowych występów Wiktora w Paryżu i francuskich nagrań Zuli, stanowią zwierciadło, w którym przegląda się kondycja bohaterów – mimo upływu lat pozostających blisko macierzystej kultury.

Bezbłędny duet

Dla Tomasza Kota jest to druga w ostatnim roku rola Polaka żyjącego na obczyźnie w czasach zimnej wojny. Po pastelowym „Bikini Blue” Jarosława Marszewskiego, w którym Kot grał ożenionego z Angielką byłego żołnierza przebywającego w 1953 r. w szpitalu psychiatrycznym pod Manchesterem, aktor wcielił się w filmie Pawlikowskiego w postać podobnie zmiażdżoną przez historyczną zawieruchę i niepotrafiącą poradzić sobie z rozszczepieniem własnej tożsamości. W pierwszej części filmu Wiktor stosuje opisany przez Czesława Miłosza ketman: nie daje po sobie poznać, że sztuka podporządkowana prymitywnym politycznym wykładniom jest dla niego nie do zaakceptowania. Kot buduje swoją postać oszczędnie, grymasem twarzy i tonacją głosu oddając jej wewnętrzny ból i poczucie wykorzenienia.

Relacja z Zulą jest, oczywiście, oparta na różnicy klasowej. Zula dysponuje – jak mówi w jednej z paryskich scen Wiktor – „słowiańskim urokiem”, nieposkromionym temperamentem, który tak podoba się zblazowanym Francuzom. Kulig, dysponująca lekko przaśną, zadziorną urodą, jest w roli Zuli zjawiskowa. Seksualną energię łączy z bezczelnością i kapryśnością. Scena, w której Kulig rozmawia z byłą kochanką Wiktora, wyrafinowaną paryską poetką, autentycznie rozbawiła tutejszą widownię: aktorka w jadowity sposób używa języka francuskiego, prychając między innymi na użyte przez Francuzkę słówko la métaphore. Między Kotem a Kulig na ekranie wyraźnie iskrzy, dzięki czemu ich powroty i rozstania, chwile czułości i kłótnie nabierają intymności i wiarygodności.

Jedna z kluczowych scen filmu dzieje się w zrujnowanym kościele, w którym odrapane malowidło z twarzą Jezusa przykryte jest grubą warstwą brudu. Czy Pawlikowski tak jak w „Idzie” odnosi się do Polskiej Szkoły Filmowej, przywołując tym razem pamiętną scenę z odwróconym krzyżem z „Popiołu i diamentu”? Równie dobrze trop ten może odsyłać do innego filmu tej epoki, czyli „Przygody” Antonioniego, w której bohaterowie odwiedzają stary klasztor i kościół. Choć „Ida” i „Zimna wojna” dzieją się w świecie duchowo wyjałowionym, zmiażdżonym przez dwa totalitaryzmy, mają niewątpliwy religijny podtekst, który schodzi być może na dalszy plan w zestawieniu z przejmującym pesymizmem obu filmów. To, co robi Pawlikowski, jest jednak wyjątkowym seansem wywoływania duchów: wizualną archeologią polskiej i europejskiej historii, która z krajobrazów i przedmiotów lepi obrazy tak uwodzicielskie pod względem estetycznym, że mogą się one równać tylko z najpiękniejszymi monochromatycznymi fotografiami.

Choć „Zimna wojna” miała premierę na początku festiwalu, od razu została uznana przez część dziennikarzy za jednego z faworytów w wyścigu o Złotą Palmę. Nie bez znaczenia jest też reputacja Pawlikowskiego – kosmopolity, który w 2000 r. nakręcił w Wielkiej Brytanii poświęcone emigrantom „Ostatnie wyjście”, a „Zimną wojnę” oparł częściowo na doświadczeniach własnych rodziców. Rozwijany przez reżysera model autorskiej, wysublimowanej formalnie twórczości z pewnością rezonuje i z charakterem canneńskiego festiwalu, i z francuską wizją tego, czym powinno być wybitne europejskie kino. Fakt, że reżyser obficie wplótł w „Zimną wojnę” wątki paryskie, przemawia dodatkowo na korzyść filmu.

Niezależnie jednak od decyzji jury pod przewodnictwem Cate Blanchett, to wielka przyjemność obejrzeć w Palais des Festivals, gdzie odbywają się festiwalowe projekcje, tak wspaniały film, w którym bohaterowie rozmawiają na dodatek po polsku. Pod tym względem „Zimna wojna” rozbudza gorące nadzieje.©

Sebastian Smoliński z CANNES

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]