Wojna cieni. Dlaczego Estończycy tak skutecznie łapią rosyjskich szpiegów

Rosja nasiliła szpiegowską i dywersyjną aktywność na terenie Estonii. Jednak trafiła kosa na kamień: estońska efektywność w tropieniu rosyjskich agentów jest legendarna.
z Tallinna
Czyta się kilka minut
Jednym z powodów napięć z Rosją jest demontaż ostatnich miejsc pamięci z czasów sowieckich, które zachowały się jeszcze w Estonii. Na zdjęciu: wystawa w Estońskim Muzeum Historycznym w Tallinnie, gdzie zdemontowane rzeźby i pomniki mają przypominać o czasach sowieckiej okupacji. // Fot. Peter Forsberg / EU / Alamy / BE&W
Jednym z powodów napięć z Rosją jest demontaż ostatnich miejsc pamięci z czasów sowieckich, które zachowały się jeszcze w Estonii. Na zdjęciu: wystawa w Estońskim Muzeum Historycznym w Tallinnie, gdzie zdemontowane rzeźby i pomniki mają przypominać o czasach sowieckiej okupacji. // Fot. Peter Forsberg / EU / Alamy / BE&W

Ich nazwiska można wymieniać długo – nazwiska rosyjskich agentów ujętych przez estońskie służby. A i tak będą to tylko ci, o których wiadomo opinii publicznej. Estończycy łapią ich ze złowieszczą regularnością. Nie ma roku, w którym media nie donosiłyby o aferach szpiegowskich.

Same zatrzymania często trudno połączyć wspólnym mianownikiem – prócz tego oczywiście, że szpiedzy i dywersanci działali z polecenia Kremla. Wśród znanych skazanych przypadki różnią się między sobą – sposobem „zadaniowania” agenta, motywacją itd. W ich demaskowaniu niezmiennie pierwsze skrzypce gra Estońska Służba Bezpieczeństwa Wewnętrznego – Kaitsepolitsei, w skrócie KaPo.

Rosjanie werbują przestępców i osoby z elity

Opowiadając o specyfice swojej roboty, Estończycy podkreślają jedno: przejrzystość. Paradoksalnie, to właśnie otwarta komunikacja na temat aktywności KaPo wpływa pozytywnie na skuteczność – przede wszystkim poprzez uświadamianie społeczeństwa, z jakim niebezpieczeństwem ma dziś do czynienia.

Rozmawiając o tej kwestii podczas niedawnej konferencji w Tallinnie, jeden z przedstawicieli estońskiej administracji ujął to w ten sposób: „To bardzo ważne, aby agenci byli sukcesywnie wyłapywani i skazywani w transparentnych procesach. Jeżeli nie zagraża to bezpieczeństwu innych operacji, należy też ujawniać ich tożsamość, żeby społeczeństwo wiedziało, że to zagrożenie czyha zewsząd”.

Faktycznie, patrząc na profile zatrzymanych można dojść do wniosku, że szpiedzy czają się wszędzie. Rosjanie werbują zarówno osoby o wątpliwej reputacji (przemytników, pospolitych przestępców), jak też cieszące się posłuchem społecznym. Ujawnianie tych drugich rezonuje szczególnie mocno.

Herman Simm: najsłynniejszy rosyjski szpieg w Estonii

Najgłośniejszym – patrząc z punktu widzenia szkód, jakie wyrządził swojemu krajowi – był jak dotąd przypadek Hermana Simma. Był on specyficzny – jako pokłosie czasów, gdy Estonia była częścią Związku Sowieckiego.

Simm, rocznik 1947, od młodości służył w milicji Estońskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. W chwili, gdy w 1991 r. kraj odzyskał niepodległość, był więc dopiero po czterdziestce i w stopniu pułkownika. Podjąwszy pracę w nowej policji, zweryfikowany pozytywnie, szybko awansował do jej komendy głównej – był utalentowanym w swoim rzemiośle fachowcem.

Według dostępnych informacji Simm został zwerbowany przez rosyjską Służbę Wywiadu Zagranicznego w 1995 r. Ściślej: zwerbowany ponownie. Motywacje dla podjęcia przez niego współpracy były bowiem wielopiętrowe: nie tylko pieniądze, ale także szantaż – Rosjanie grozili mu ujawnieniem faktu jego wcześniejszej współpracy z KGB, którą miał podjąć co najmniej od 1985 r. Pewną rolę odegrać miały też ambicje – Rosjanie mieli obiecać Simmowi ciche wsparcie dla jego kariery.

Był cennym aktywem. Po 2000 r. został szefem departamentu w resorcie obrony, gdzie zajmował się, o ironio, ochroną poufnych danych. Miał dostęp do tajnych akt, z którymi jeździł do Kwatery Głównej NATO i tam wymieniał się nimi z oficjelami z innych państw.

Herman Simm, najsłynniejszy jak dotąd rosyjski szpieg aresztowany w Estonii, zdradzał tajemnice estońskiego ministerstwa obrony. Na zdjęciu: zaraz po zatrzymaniu, 19 września 2008 r. // Kaitsepolitseiamet

Wpadł w 2008 r. za sprawą prowokacji: podejrzewając go, KaPo podsunęła mu spreparowane akta, które przesłał Rosjanom. Gdy KaPo upewniła się, że trafiły one tam, gdzie trafić miały, aresztowała Simma. Został skazany na 12,5 roku więzienia. Kilka lat temu zwolniono go warunkowo.

Po 2022 r. Rosja nasiliła aktywność szpiegowską i dywersyjną

Sukces, jakim dla Rosjan było pozyskanie Simma, trudno im dziś powtórzyć – co nie oznacza, że nie próbują. Estończycy zmagają się zarówno z wywiadem wojskowym (GRU), wywiadem zagranicznym (SWZ), jak też z Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB).

Co ciekawe, ta ostatnia instytucja – choć mająca przede wszystkim zadania kontrwywiadowcze i będąca fundamentem aparatu terroru Putina – działa też na terenie wszystkich państw byłego Związku Sowieckiego. Tak, jakby Moskwa wciąż nie chciała przyjąć do wiadomości, iż nie są to już terytoria jej podległe.

Jak wynika z dostępnych publicznie informacji KaPo, Kreml wydatnie zintensyfikował stosowanie swoich tzw. środków aktywnych – czyli ofensywnych działań służb specjalnych – po lutym 2022 r., gdy zaczęła się pełnoskalowa inwazja na Ukrainę.

Przy czym Rosjanie coraz częściej próbują rekrutować agentów zdalnie – szukając materiału do werbunku zarówno wśród obywateli danego kraju, jak też cudzoziemców. Dotyczy to i Polski, i Estonii. A bierze się przede wszystkim z większego nadzoru europejskich służb nad etnicznymi Rosjanami i nad rosyjskim personelem dyplomatycznym.

Rosyjska wojna z Zachodem

Dla Estończyków przyczyna tej wzmożonej aktywności jest jasna – bierze się z przeświadczenia Rosjan, że walczą nie tylko z Ukrainą, lecz że są także w stanie niewypowiedzianej wojny z Zachodem.

Stąd wszystkie działania mieszczące się w logice wojny – ale bez otwarcia ognia w sposób zupełnie jawny – mają dla nich uzasadnienie. Mowa tu bowiem nie tylko o kampaniach dezinformacyjnych czy atakach hakerskich, które miały miejsce także wcześniej, ale również o aktach fizycznej dywersji czy atakach na cele osobowe.

Rosyjskie „aktywa” dysponują więc polityczną autoryzacją do prowadzenia każdego z działań, których celem jest osłabienie państw-adwersarzy. Czyli wszystkich tych, które stoją na przeszkodzie dla urzeczywistnienia celów Moskwy – pokonania Ukrainy i zdemolowania ładu politycznego w Europie i na świecie, nie tylko tym zachodnim.

Rosyjscy agencji zdemolowali auto szefa estońskiego MSW

Ograniczmy się do roku ubiegłego. W 2024 r. KaPo informowała o aresztowaniu kilkunastu osób oskarżonych o współpracę z GRU. W swoim ostatnim raporcie rocznym estoński kontrwywiad jako szczególnie prawdopodobne ryzyka wyszczególnia działalność dywersyjną: sabotaże infrastruktury i celowe podpalenia.

Zatrzymani w 2024 r. parali się właśnie tego rodzaju aktywnością. Mając na celu pogłębienie społecznych niepokojów i zademonstrowanie rzekomej własnej wszechmocy, siatka agentów zdewastowała m.in. pomnik upamiętniający Estończyków walczących wespół z hitlerowskimi Niemcami przeciw Sowietom w 1944 r.

To jednak była tylko przygrywka. Agenci ośmielili się też na coś bardziej groźnego: zdemolowali samochód ministra spraw wewnętrznych Lauriego Läänemetsa (w krajach demokratycznych ustalenie miejsca zamieszkania polityków czy urzędników nie jest trudne).

Komentując potem sprawę dla tutejszych mediów, Läänemets przywołał moment, w którym poinformował o tym incydencie kolegów z państw wschodniej części Unii Europejskiej. Wspominał, że wiadomość podziałała na nich mrożąco – nikt wcześniej nie przypuszczał, że Rosjanie będą gotowi wziąć na cel decydenta o tak wysokiej randze. Bo nawet jeśli chodziło tylko o auto, przekaz był jasny – wiemy, gdzie żyjesz ty i twoja rodzina.

Rosjanie próbują werbować także „grube ryby”

Wandalizm to tylko jeden z przejawów działania rosyjskich „środków aktywnych”. Bo Kreml wciąż działa też długofalowo, próbując pozyskać aktywa o dużej wartości wywiadowczej.

Jako wyjątkowe cenne postrzegają te osoby, które cieszą się społecznym zaufaniem. W niespełna półtoramilionowym kraju – z czego jedną piątą stanowią etniczni Rosjanie (osiedleni tu w czasach sowieckich i ich potomkowie) – za szczególnie perspektywicznych uchodzą ci z rosyjskojęzycznych, którzy mają opinię zintegrowanych z Estonią.

W październiku na blisko 5 lat odsiadki skazano 24-letniego Iwana Dmitrijewa, rosyjskojęzycznego Estończyka i aktywnego członka Estońskiej Ligi Obrony (to odpowiednik polskich Wojsk Obrony Terytorialnej).

Dmitrijew – udzielający się społecznie, krytykujący Rosję za atak na Ukrainę, aktywny także sportowo – został zwerbowany przez FSB. Miał przekazywać informacje na temat „terytorialsów” i życia w przygranicznym mieście Narwa (newralgicznym także dlatego, że większość mieszkańców stanowią rosyjskojęzyczni).

Iwan Dmitrijew okazał się dla Rosjan słabą inwestycją – wpadł zaledwie dwa miesiące po tym, jak nawiązał kooperację. Kontrwywiad zatrzymał go chwilę przed wyjazdem do Rosji, gdzie miał odbyć spotkanie z oficerami prowadzącymi z FSB.

Sprawa Dmitrijewa nie jest wyjątkowa. Rozmówcy „Tygodnika” przypominają kazus innego rosyjskojęzycznego: oficera armii estońskiej Denisa Metsavasa. Został ujęty w 2018 r. W jego przypadku kooperacja z Rosjanami była bardziej owocna – KaPo zdemaskowała go po ok. 10 latach od werbunku. Dostał wyrok 15 lat więzienia.

Po co rosyjskiemu wywiadowi profesor politologii?

Na tym tle dziwić może – przynajmniej w pierwszym odruchu – sprawa innego agenta, zwerbowanego przez GRU: Wiaczesława Morozowa, Rosjanina i uznanego profesora politologii na Uniwersytecie w Tartu. Pomimo mieszkania przez długie lata w Estonii, Morozow wciąż posiadał rosyjski paszport.

Jego zatrzymanie w 2024 r. było na tyle szokujące, że część zachodniego świata akademickiego wzięła go w obronę, oskarżając estońskie służby o rusofobię. Co ciekawe, Morozow zawodowo badał Rosję z pozycji teorii postkolonialnej, co teoretycznie powinno utrudniać pałanie sympatią wobec putinowskiego systemu.

– To był dla mnie szok, postrzegałem go trochę jak mojego naukowego idola – mówi „Tygodnikowi” jeden z dawnych studentów Morozowa (przed laty pisał u niego pracę magisterską). – Czasami zachowywał się jak schwarzcharakter z filmów o Jamesie Bondzie. Wpatrywał się w okno bez słowa, kiedy opowiadałem mu o konspekcie pracy. Nie wiem, o czym wtedy myślał. Sądziłem, że jest po prostu mało uspołecznionym geniuszem.

Jaką wartość dla rosyjskiego wywiadu wojskowego miał profesor specjalizujący się w dyscyplinie o ograniczonym zastosowaniu praktycznym? A jednak: Morozow był cenny dzięki swoim szerokim kontaktom w świecie akademickim. Ze względu na międzynarodową renomę jego uczelni, przez jego salę wykładową przeszły setki studentów. Wielu z nich zajmuje dziś istotne stanowiska w administracji krajów, z których pochodzą.

Dziś wiemy, że Morozow został zwerbowany jeszcze w lat 90. XX w., gdy studiował w Petersburgu, i że na współpracę miał zgodzić się z przekonania; chciał służyć Rosji.

Ujawnienie werbunku takich osób jak Dmitriew czy Morozow ma przy tym wymiar również polityczny: dla wielu Estończyków to dowód na niesłuszność prób integracji rosyjskojęzycznych. To także uderzenie w spoistość estońskiego społeczeństwa.

Rosyjskie aktywa zupełnie otwarte

Rozmówcy „Tygodnika” zaznaczają, że aktywność szpiegowska to jedno – równie niepokojące jest to, co Rosjanie robią w sposób zupełnie otwarty. Mianowicie: ustawiczne sączenie prorosyjskiej narracji do głów wyborców. I to w społeczeństwie, które uchodzi jednak za uodpornione na taki przekaz.

Przykładem tej działalności jest marginalna partia KOOS (po estońsku: Razem), którą założyli rosyjski biznesmen Oleg Iwanow i Estończyk Aivo Peterson. Dziś ten pierwszy jest w Rosji, dokąd uciekł w 2023 r., a drugi jest w areszcie – ma zarzut zdrady stanu. Dwa lata temu Peterson podróżował na okupowaną część Ukrainy, gdzie nagrywał prorosyjskie filmy. „Wsławił” się też teorią, że masakra w Buczy była ukraińską ustawką.

Jako wciąż formalnie nieskazany, Peterson uczestniczy w życiu politycznym. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2024 r. dostał 11 tys. głosów (ok. 3 proc. wszystkich oddanych) – i to pomimo, że kandydował zza krat.

Ugrupowanie, za którym stoi Peterson, stosuje zgrane slogany: są za szeroko pojętymi zmianami i przeciw „systemowi”. Przeglądając profile w sieciach społecznościowych widać, że KOOS prezentuje też znane skądinąd narracje: o ekspansjonizmie NATO, ukraińskich uchodźcach-darmozjadach i skorumpowaniu Zełenskiego. W rozumieniu przedstawicieli tej partii, tylko oni sprzeciwiają się rozpowszechnionej w Estonii rusofobii.

Cel Kremla to dezintegracja społeczeństw Zachodu

Wprawdzie KOOS nie zdołała poprawić wyniku w niedawnych wyborach samorządowych – dostała 0,8 proc. głosów i nawet w prowincji Virumaa Wschodnia, zdominowanej przez rosyjskojęzycznych, zdobyła tylko 4,1 proc., co trudno nazwać sukcesem. W jednym z tamtejszych miast udało się im wprowadzić do samorządu trzech członków – choć ugrupowanie mierzyło znacznie wyżej.

Jednak, jak podkreśla w rozmowie z „Tygodnikiem” wykładowca Uniwersytetu Tallińskiego (prosił o anonimowość), samo zaistnienie takiego dyskursu – na fali frustracji z establishmentu politycznego – to już dla Rosji zysk.

– W połączeniu z działaniami w cieniu może osiągnąć wymierny efekt w postaci destabilizowania sytuacji społecznej – ocenia mój rozmówca. Nie sposób pominąć uniwersalności tej teorii: pożary czy niewyjaśnione awarie infrastruktury podbijają bębenek tym, którzy żerują na zaniepokojeniu obywateli.

To kremlowska metoda: siać strach tak, aby społeczeństwo uległo dezintegracji. Szpiegowskie siatki i przychylni Kremlowi politycy mają ułatwiać osiągniecie tego celu.

Pytanie tylko, czy w wypadku Estonii – jak i społeczeństw innych państw, które reżim Putina uznaje za wrogie – takie podejście Rosjan nie jest kontrproduktywne. Świadomość, z jakiego rodzaju atakami ma się do czynienia, może przecież wzmacniać mobilizację – i społeczną, i instytucjonalną.

Kreml może więc wciąż popełniać – typowy dla siebie – błąd poznawczy. Spodziewa się, że zachodnie społeczeństwa pękną, bo są wewnętrznie słabe. W tę słabość rosyjscy decydenci wierzą silnie – i często wbrew jakiemukolwiek obiektywizmowi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wojna cieni nad Bałtykiem