Trzy miesiące z Trumpem wystarczyły. Polacy przestali ufać Ameryce

System ma pozostać amerykański, ale USA nie będą już za niego płacić; to świat ma dbać o dobre samopoczucie Ameryki, a nie Ameryka o bezpieczeństwo innych – tak wygląda istota zmiany, którą forsuje Trump. Co z tego wynika dla Europy i Polski?
Czyta się kilka minut
Donald Trump jest przekonany, że Ameryka była wykorzystywana, wręcz okradana przez świat. Waszyngton, 14 kwietnia 2025 r. // Fot. Brendan Smialowski / AFP / East News
Donald Trump jest przekonany, że Ameryka była wykorzystywana, wręcz okradana przez świat. Waszyngton, 14 kwietnia 2025 r. // Fot. Brendan Smialowski / AFP / East News

Prezydent USA bawi się światem równie łatwo jak swoim smartfonem. I tak jak w przypadku jego wpisów w mediach społecznościowych, popełniamy ten sam błąd, gdy w jego działaniach szukamy logiki i spójności. Próbujemy naszkicować kierunek, w którym zmierza jego rewolucja, aby uchronić się przed byciem jej ofiarą, a może nawet spróbować zostać jej małym beneficjentem.

Tymczasem dla Donalda Trumpa i jego akolitów ważny jest jedynie cel. A ten, jak wiemy, uświęca wszystkie środki.

Przyjrzyjmy się zatem pierwszym trzem miesiącom urzędowania Trumpa – i spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, jaki to jest cel. Oraz jakie to może mieć koszty i skutki zwłaszcza dla nas: dla Europy i Polski.

Zmiany zachodzące w USA mają charakter rewolucyjny

Gdy na przełomie lat 80. i 90. XX w. walił się porządek międzynarodowy w Europie, odpowiedzią na ten proces były dwie rewolucje. Pierwsza przypominała te znane z kart historii, gdy decyzją polityków – świadomą bądź wymuszoną – rozpadał się stary porządek lub całe państwa, a społeczeństwa ogarniała rewolucyjna gorączka. Czasem też fala przemocy i wojny. Tak było w Rumunii, na Kaukazie i oczywiście w Jugosławii.

Uruchamianie odtwarzacza...

Druga rewolucja była, co do zasady, moderowana przez elity. To o niej pisał Timothy Garton Ash jako o „refolucji”: czyli rewolucji realizowanej poprzez reformy, opartej na kompromisie „nowych” elit ze „starymi” w imię zmiany, lecz dokonywanej stabilnie. To był przypadek Polski, Czechosłowacji i Węgier.

Zmiany zachodzące dzisiaj w Ameryce Północnej – zarówno te, które dotyczą polityki wewnętrznej, jak i te odnoszące się do spraw zagranicznych – mają bez wątpienia charakter rewolucyjny. Nie jest to jednak proces ani tak spontaniczny, jak może się nam wydawać, ani tym bardziej zaplanowany na kilka kroków do przodu.

Jest to rewolucja elity gospodarczej, która przez zanegowanie wszystkich zasad i reguł, jakie przez dekady tworzyły w miarę spójny obraz USA jako państwa, chce stworzyć własne społeczeństwo i własny model globalnego mocarstwa. Jej efektem może być – jak pisałem w „Tygodniku” na początku lutego, wkrótce po tym, jak Trump objął urząd („TP” nr 6/2025) – zarówno spektakularny sukces, jak i epicka katastrofa.

Trump łamie wszystkie reguły i testuje granice tego, co mu wolno

Wracając do lat 90. XX w.: w Europie Środkowej i Wschodniej nastąpiła wtedłegy dekonstrukcja gospodarki nakazowo-rozdzielczej, by stworzyć miejsce dla wolnego rynku. W Polsce „terapia wstrząsowa” przyniosła na początku wielkie koszty społeczne, ale potem solidny wzrost i fundament pod budowę silnej gospodarki, bogatszego społeczeństwa i wzrost znaczenia Polski w świecie. Z kolei w krajach dawnego Związku Sowieckiego efektem transformacji były zwykle (nie dotyczy to państw bałtyckich) społeczne koszty, uprowadzenie państwa przez oligarchów i odwrót od demokracji, połączony z utknięciem na peryferiach światowego systemu.

Jak będzie teraz w Ameryce? Dekonstruując system, Trump wydaje się szukać środka drogi i robić dwie rzeczy naraz.

Z jednej strony forsuje i łamie wszystkie granice, dotąd uznane za nieprzekraczalne. Dotyczy to zwolnień tysięcy urzędników, likwidacji całych agend (jak USAID) czy federalnych ministerstw (jak edukacji). Widzimy to też w polityce celnej: we wprowadzaniu zaporowych ceł na towary ze wszystkich zakątków świata nie chodzi przecież o pozyskanie dodatkowych pieniędzy (bo eksport do USA przestaje mieć sens), lecz o uderzenie w globalny handel, który – w opinii nowej administracji – odbywa się kosztem interesów Ameryki.

Z drugiej strony, Trump testuje: szuka granicy, za którą plan, który streszcza się w haśle „Uczyńmy Amerykę na powrót wielką”, straci demokratyczną legitymację. Dlatego gdy nowe cła powodują chaos na rynku i rośnie ryzyko recesji, a najwięksi partnerzy handlowi szykują odwet, po kilku dniach zawiesza cła wobec wszystkich poza Chinami. Aby kilka dni później znieść częściowo cła także wobec Chin, uwalniając spod ich rygoru elektronikę użytkową (to spora część importu z Chin do USA, a cła uderzyłyby tu w kieszenie Amerykanów).

Jakie są cele rewolucji Trumpa?

W tym sensie Trump nie jest klasycznym rewolucjonistą, gotowym „pójść na całość” w imię swoich ideałów. Musi uwzględniać szerszy kontekst, bo Ameryka jest demokracją i wyborcy chcą na rewolucji zyskiwać, a nie tracić – podczas gdy w krótkim czasie jest to po prostu niemożliwe. Tymczasem utrzymanie władzy i kupienie sobie czasu, aby zmiany okrzepły i określiły rozwój Ameryki na kolejne dekady, nie jest łatwe. Już za dwa lata mają miejsce wybory do Kongresu (tzw. wybory półmetkowe, bo odbywające się w połowie kadencji prezydenta) i możliwa utrata większości w obu izbach przez Republikanów.

Nie zmienia to faktu, że rewolucja jest prawdziwa, a jej cel jest w miarę czytelny – choć pozbawiony mapy i dokładnego planu. To odbudowa potencjału przemysłowego, rozluźnienie lub wyjście ze zobowiązań, które ograniczają swobodę manewru Ameryki (jak ekologiczne Porozumienie paryskie) lub generują dla niej koszty – jak członkostwo USA w agendach Narodów Zjednoczonych czy w Sojuszu Północnoatlantyckim.

Przekonanie, że Ameryka była i jest wykorzystywana przez świat, stało się pretekstem do żądania, aby teraz świat oddał wszystko to, co jej rzekomo ukradł. Pretekstem, bo tak naprawdę chodzi o to, aby Ameryka miała nadal taką samą pozycję i posłuch w polityce globalnej, ale już bez ponoszenia wydatków związanych z tą rolą.

Czyli: system ma pozostać amerykański, ale Ameryka nie będzie za niego płacić. To świat ma dbać o komfort i bogactwo Amerykanów, a nie Amerykanie o bezpieczeństwo i dobre samopoczucie innych.

Chaos i niepewność są wpisane w polityczną logikę obozu Trumpa

Ta podróż – bez jasnej „mapy drogowej” – odbywa się w rytmie „dwa kroki do przodu i jeden do tyłu”. Chaos i niepewność są po prostu wpisane w polityczną logikę gospodarza Białego Domu i jego administracji.

Doświadczenie z dyskusją o wydatkach na obronę, jakie powinni ponosić sojusznicy, pokazuje, że nie musi być to strategia zupełnie pozbawiona sensu. Konsekwentne przypominanie, że NATO jest czymś w rodzaju funduszu ubezpieczeniowego, do którego trzeba wpłacać konkretne pieniądze, to lejtmotyw wszystkich wypowiedzi Trumpa o NATO oraz o gotowości Ameryki do przyjścia z pomocą Europie („Jeśli nie płacisz, nie bronimy cię”). Nawet jeśli wiele państw wciąż się ociąga, by realnie, a nie tylko retorycznie zwiększyć procent swojego PKB na zbrojenia, to strach przed Rosją – połączony z obawą, że Ameryka wycofa wojska z Europy – zmienia podejście.

Podobnie jest z próbą trzymania przez Trumpa na równy dystans Ukrainy i Rosji, by wymusić porozumienie o rozejmie i docelowo uznać, że nie ma potrzeby, by wojska USA dalej stacjonowały w Europie. Trump beszta Zełenskiego i zawsze znajduje jakieś wytłumaczenia dla Putina – jak po morderczym ataku na Sumy w Niedzielę Palmową, po którym napisał, że Rosjanie przekazali mu, iż ten atak był wynikiem błędu. Ale zarazem przedłuża o kolejny rok sankcje na Rosję, nałożone przez Joego Bidena – wskazując przy tym, że nie jest zadowolony z rozmów z Rosją o pokoju.

Koszty i konsekwencje strategii Trumpa

I tu dochodzimy do problemu, który coraz mocniej odciska się na stosunkach Ameryki z Europą (i resztą świata). Taka „polityczna tiki-taka” wobec sojuszników i wrogów budzi wprawdzie aplauz fanów, pozwala szybko rozgrywać piłkę i trzymać ją nie za daleko od nogi, co mogłoby skończyć się porażką. Ale taka gra ma koszty i konsekwencje.

Po pierwsze, nadużywanie ryzykownych ruchów w polityce sprawia, że wszyscy nie tylko oswajają się z nieprzewidywalnością, ale zaczynają szukać stabilnych reguł na własną rękę. Odwołując się tym razem do porównań biznesowych: jeśli partner nie potrafi klarownie komunikować swoich oczekiwań (lub oczekiwania te są nierealne i na dodatek podatne na ciągłą zmianę), trzeba pomyśleć o alternatywnych rozwiązaniach.

I tak, Europa może i musi wydawać więcej na zbrojenia, ale nie ma powodu, by lokowała te środki w przemyśle amerykańskim. A jeśli Europa będzie osiągać zdolność do samodzielnego odstraszania, to wówczas wpływ USA na politykę europejską będzie maleć, ze wszystkimi tego skutkami – nie tylko dla interesów strategicznych Białego Domu, ale też dla interesów gospodarczych Doliny Krzemowej.

Tej Doliny Krzemowej, która – by przywołać sformułowanie użyte jakże szczerze przez sekretarza obrony Pete’a Hegsetha podczas słynnej dyskusji na komunikatorze Signal – „pasożytuje” na Starym Kontynencie nie mniej, niż my Europejczycy „pasożytujemy” na zasobach wojskowych USA.

Wracając do kosztów i skutków strategii Trumpa: po drugie, nieprzewidywalność połączona z przekonaniem o własnej niezbędności dla świata powodują, że ten świat zaczyna się określać w opozycji do Ameryki.

Jest to proces, który po raz pierwszy zachodzi dziś ponad geopolitycznymi podziałami – i dotyczy zarówno sojuszników USA, jak też rywali. Wszyscy razem i każdy oddzielnie dokonują przewartościowania swojej polityki zagranicznej. W tej nowej analizie ryzyka geopolitycznego Waszyngton staje się bowiem czynnikiem, który je zwiększa, a nie ogranicza lub wręcz – jak niegdyś bywało – eliminuje.

Mimo oczywistych różnic między przyczynami i przebiegiem wojny w Ukrainie i Strefie Gazy, w obu przypadkach polityka USA pogłębia dziś problemy regionu, zamiast szukać dróg ich politycznej neutralizacji czy rozwiązania. Trudno to zrozumieć każdemu, kto widział dotąd w Ameryce może stronniczego, ale jednak sprzymierzeńca stabilności.

Ameryka Trumpa traci prestiż i zaufanie

Jest jeszcze trzeci zasadniczy skutek strategii Trumpa.

Siłą Ameryki po II wojnie światowej – bez względu na spory i nawet kryzysy w relacjach z sojusznikami czy priorytety ideowe – było stanie na straży demokratycznej wspólnoty bezpieczeństwa, do której przynależała nie tylko Europa, ale i wiele innych państw rozsianych po świecie. Ta straż przechodziła różne koleje losu, ale zawsze była ofertą i nagrodą dla tych, którzy szukali w świecie idei i wartości równoważących prymat nagiej siły.

Owszem, po 1945 r. realna Ameryka, jak każde mocarstwo, potrafiła być także cyniczna i brutalna, gdy tak dyktował jej interes. Ale mimo wszystko miała ambicje do budowania świata, którego reguły bliskie były powodom powstania samych Stanów Zjednoczonych.

Dziś nie ma śladu po tej ambicji. Ameryka traci prestiż i zaufanie. Zaufanie, tj. wartość równie rzadką w polityce, co metale ziem rzadkich w świecie. Zaufanie, które odróżniało wspólnotę zachodnią od sojuszy i partnerstw tworzonych przez wschodnich satrapów.

Ameryka Trumpa staje się po prostu zwykłym mocarstwem, z którym można robić interesy, ale z którym ciężko znaleźć wspólne cele i język ich opisu. Na koniec liczy się tylko finansowy rachunek zysków i strat.

Polacy już nie wierzą Ameryce

Polska, jedno z najbardziej proamerykańskich państw w Europie (i zapewne na świecie), jest dobrym probierzem skutków zmiany, którą uruchomiła rewolucja nad Potomakiem.

Marcowe badania CBOS pokazują, że mamy najwyższy od momentu rozpoczęcia przez Rosję inwazji przeciw Ukrainie odsetek Polaków, którzy są przekonani, iż NATO nie pomoże nam w razie wojny (28 proc., wzrost o 12 punktów procentowych w porównaniu do sondażu sprzed roku). Wiarę w pomoc NATO ma 61 proc. (o 18 pkt. proc. mniej niż roku temu).

Z kolei najnowsze badanie SW Research dla dziennika „Rzeczpospolita” pokazuje jeszcze większą zmianę nastrojów, gdy rzecz dotyczy nie NATO, ale Stanów. Uczestników tego sondażu pytano, czy – ich zdaniem – USA pod rządami Trumpa przyszłyby z pomocą wojskową Polsce, gdyby nasz kraj został zaatakowany. Odpowiedzi „nie” udzieliło aż 50,8 proc. respondentów, a odpowiedzi „tak” tylko 21 procent.

USA w nowej analizie geopolitycznej stają się czynnikiem zwiększającym, a nie – jak dotąd – zmniejszającym ryzyko. Na zdjęciu: Trump, Andrzej Duda i Agata Kornhauser-Duda w Białym Domu. 12 czerwca 2019 r. // Fot. Mandel Ngan / AFP / East News

Z innego badania, zrealizowanego przez fundację More in Common, dowiadujemy się z kolei, że aż 58 proc. badanych uważa, iż odkąd Trump objął urząd prezydenta, Ameryka stała się mniej wiarygodna. W efekcie więcej Polaków za sojusznika uważa Unię Europejską (67 proc.), Wielką Brytanię (64 proc.) i Francję (57 proc.). Tak jest: Francja jest dzisiaj wyżej w rankingu zaufania niż Ameryka (55 proc.).

Andrzej Bobkowski, autor „Szkiców piórkiem” – gorzkiego wobec Francuzów pamiętnika z pobytu autora we Francji w latach 1940-44 – musi przewracać się w grobie.

Sens więzi Polski z USA zawsze sprowadzał się do odstraszania Rosji

Nastroje społeczne są zatem rozgrzane, a Polacy rewidują swoje przekonania. Czy to chwilowy kryzys, czy trend głębszy i poważniejszy? Czy żegnamy się z wiarą w Amerykę równie szybko, jak Ameryka żegna się z Europą i całym zbudowanym przez siebie światem?

Wiele wskazuje, że to trend poważny. Polska jest wprawdzie w innej sytuacji niż wielu sojuszników, gdyż (mówiąc Trumpem) „mamy karty” w postaci zakupów broni w Stanach i wydatków na obronę mocno powyżej 4 proc. PKB, co daje nam pierwsze miejsce w NATO.

Jednak nasza więź z Ameryką i sens członkostwa Polski w NATO zawsze sprowadzały się do odstraszania Rosji – takiej, jaka jest pod rządami Putina. Prezydent USA, który szuka porozumienia z Kremlem, karci ofiarę i ma zrozumienie dla agresora – jest po prostu niewiarygodny. Wraz z nim wiarygodność traci całe państwo.

Trump to nie jest George W. Bush, który dzielił Europę na „starą” i „nową”. Z którym najechaliśmy Irak, by potem obserwować skalę zniszczeń, jakie nastąpiły po wyjęciu jednego puzzla z bliskowschodniej układanki. I nie jest to Barack Obama, który w ramach resetu z Rosją ogłosił w 2009 r. zawieszenie budowy bazy obrony przeciwrakietowej w Redzikowie akurat 17 września, w rocznicę napaści Stalina na Polskę.

Coś się kończy, coś się zaczyna

Wprawdzie Bush, Obama i wielu ich poprzedników bywało bardziej instrumentalnych wobec nas niż jest Trump, który nie marnuje okazji, by nam kadzić. Ale gdzieś podskórnie większość Polek i Polaków zdaje się wyczuwać, że – mimo tych pochwał wobec nas – Trump toczy grę, która obraca się przeciw nam. Że chce zniszczyć świat, o jaki walczyliśmy, którego częścią chcieliśmy być i który dał nam bezpieczeństwo oraz względny dobrobyt. Że chce dogadać się z Rosją kosztem Ukrainy, chce rozbić Unię Europejską i próbuje wyzwolić się z „jarzma” traktatu o NATO.

Przywołując tytuł jednego z opowiadań Andrzeja Sapkowskiego: „Coś się kończy, coś się zaczyna”. Za sprawą Trumpa Polska żegna się ostatecznie z erą amerykocentryzmu w polityce i otwiera nowy rozdział.

Czy będzie on równie udany jak ostatnie 35 lat? Jeśli zrównoważymy deficyt amerykańskiej potęgi nadwyżką własnej siły i przezorności – jest taka szansa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17-18/2025

W druku ukazał się pod tytułem: W odmętach rewolucji Trumpa