„Ameryka to ja”. Czy Trump pociąga USA w stronę autorytaryzmu?

Donald Trump poszerza granice władzy wykonawczej, testuje system praworządności i atakuje sędziów, którzy kwestionują jego działania. Niektórzy alarmują, że USA są na drodze do kryzysu konstytucyjnego.
Czyta się kilka minut
Donald Trump po ogłoszeniu nowych taryf celnych w Ogrodzie Różanym Białego Domu. Waszyngton, 2 kwietnia 2025 r. // Fot. Kent Nishimura / Getty Images
Donald Trump po ogłoszeniu nowych taryf celnych w Ogrodzie Różanym Białego Domu. Waszyngton, 2 kwietnia 2025 r. // Fot. Kent Nishimura / Getty Images

Sobota wieczór, 15 marca. Administracja Trumpa wysyła do Salwadoru samoloty, na pokładzie których jest ok. 250 imigrantów podejrzanych o przynależność do wenezuelskiego gangu Tren de Aragua. W międzyczasie sędzia federalny zakazuje tej deportacji i orzeka, że należy zawrócić samoloty, jeśli są już w powietrzu. Rząd to ignoruje. O godzinie 20.02, czyli 36 minut po wydaniu pisemnej decyzji sądu, pierwsza maszyna ląduje w Salwadorze. W zamian za 6 mln dolarów od rządu USA kraj ten zgodził się przetrzymywać migrantów przez rok w więzieniu o podwyższonym rygorze.

Prawnicy Departamentu Sprawiedliwości stwierdzą potem, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, gdyż samoloty wystartowały jeszcze przed opublikowaniem pisemnego nakazu, a nakaz ustny, który sędzia wydał w pierwszej kolejności o 18.45, miał „mniejszą” moc prawną. Jednocześnie administracja odmawia przekazania informacji o godzinie startu samolotów, twierdząc, że taki ruch „utrudniłby w przyszłości rządowi działania antyterrorystyczne”.

Trump kontra sędzia Boasberg: „To lewicowy szaleniec”

Tren de Aragua to groźna organizacja przestępcza i sędzia federalny nie miał zamiaru bronić domniemanych gangsterów. Chodziło o zasady: kontrowersje budzi decyzja o deportacji bez procesu sądowego. Zrobiono to na podstawie ustawy Alien Enemies Act jeszcze z 1798 r., rzadko używanej, która umożliwia przyspieszenie deportacji w sytuacji wojny lub inwazji na USA. Według administracji Trumpa „inwazję” stanowi tu obecność na terenie Stanów członków gangu uznawanego przez rząd USA za organizację terrorystyczną.

Sprawa miała ciąg dalszy. Pod koniec marca sąd apelacyjny podtrzymał tymczasowy zakaz deportacji Wenezuelczyków na podstawie Alien Enemies Act. O legalności całego działania orzekać ma w dalszej kolejności sędzia z Waszyngtonu James Boasberg. Ten sam, który nakazał w ostatniej chwili zawrócić samoloty i który jest dziś jednym z najbardziej znienawidzonych sędziów przez ekipę Trumpa.

Rzeczniczka Białego Domu nazwała Boasberga „aktywistą Demokratów”, który nadużywa sędziowskich uprawnień. Prezydent orzekł zaś, że to „radykalny lewicowy szaleniec”, i nawoływał na platformie Truth Social do wszczęcia wobec niego procedury impeachmentu (choć odwołanie sędziego jest możliwe jedynie w przypadku jego poważnych nadużyć). W obronie sędziowskiej niezależności stanął John Roberts, sędzia z konserwatywnego skrzydła Sądu Najwyższego USA. W oświadczeniu przestrzegł, że sięgnięcie po impeachment nie jest słuszną odpowiedzią na decyzję sądu, z którą ktoś się nie zgadza.

Prezydent Trump testuje granice praworządności

Spór o deportacje imigrantów to jeden z najbardziej dobitnych przykładów tego, jak Donald Trump testuje amerykański system sądownictwa. Podobnie jak za pierwszej kadencji, gdy sądy blokowały jego działania naruszające konstytucję lub prawo federalne.

Według wyliczeń agencji Associated Press, do początku kwietnia sądy wydały niemal 40 decyzji częściowo lub całkowicie blokujących działania nowej administracji. Na liście jest m.in. wstrzymanie zakazu służby wojskowej dla osób transseksualnych, nakaz przywrócenia do pracy urzędników federalnych zatrudnionych na okres próbny oraz zablokowanie dekretu o ograniczeniu tzw. prawa ziemi (dekret miał znieść możliwość przyznawania obywatelstwa dzieciom, które urodziły się w USA, ale ich rodzice nie mają prawa pobytu).

Sądy wstrzymały także tymczasowo cięcia w Agencji ds. Globalnych Mediów. To niezależna agencja federalna odpowiedzialna za nadzór nad Radiem Wolna Europa i rozgłośnią Głos Ameryki – mediami atakowanymi przez Trumpa już za jego pierwszej kadencji, bo nie podobało mu się, że dziennikarze finansowani ze środków federalnych krytykują rząd. Teraz, gdy nowa administracja zarządziła zwolnienia w Głosie Ameryki i wstrzymanie funduszy dla Radia Wolna Europa, sądy federalne orzekły, że nie można tego zrobić bez zgody Kongresu.

Testując granice swojej władzy, Trump wziął się także za rozbiórkę Departamentu Edukacji (stworzonego przez Kongres) i odwołał członków kilku niezależnych agencji regulacyjnych, w tym Federalnej Komisji Handlu odpowiedzialnej za egzekwowanie prawa antymonopolowego. Chce mieć nad tymi agencjami większy nadzór, choć mają one gwarantowaną częściową niezależność od władzy wykonawczej. Wszystkie te ruchy zostały zaskarżone w sądach.

Władza absolutna marzyła się Trumpowi już za pierwszej kadencji

Demontując instytucje utworzone lub finansowane przez Kongres, Trump powołuje się na tzw. doktrynę jednolitej egzekutywy. Zakłada ona, że prezydent USA ma całkowitą kontrolę nad rządem federalnym, a mandat do tego daje mu szeroka interpretacja artykułu 2. konstytucji USA; stanowi on, że „władzę wykonawczą sprawuje prezydent”.

Zwolennikami tej doktryny są autorzy „Project 2025”, czyli przygotowanego przed wyborami przez środowiska konserwatywne planu przebudowy rządu USA, który teraz w wielu przypadkach pokrywa się z reformami Trumpa. Jeden z architektów planu, Russell Vought, jest dziś członkiem administracji (odpowiada m.in. za budżet federalny).

Teoria zakładająca poszerzanie prezydenckich uprawnień została spopularyzowana w latach 80. XX wieku przez prawników z administracji republikańskiego prezydenta Ronalda Reagana. Jak mówi „Tygodnikowi” Amanda Hollis-Brusky, politolożka z Pomona College, doktryna ta trafiła na podatny grunt w czasach, gdy po aferze Watergate wprowadzono reformy mające ograniczyć ryzyko prezydenckich nadużyć, jak ingerowanie w śledztwa dotyczące ludzi z najwyższych kręgów władzy.

Przypomnijmy, że afera Watergate zaczęła się w 1972 r. od aresztowania włamywaczy próbujących założyć podsłuch w siedzibie komitetu krajowego Partii Demokratycznej. Ówczesny prezydent Richard Nixon starał się utrudniać śledztwo w tej sprawie, nakazując zwolnienie prokuratora specjalnego Archibalda Coxa.

Amanda Hollis-Brusky dodaje, że teoria jednolitej egzekutywy, popularna w konserwatywnych kręgach prawniczych, ma dziś zwolenników wśród kilku sędziów Sądu Najwyższego. Sięgali po nią niekiedy, by uzasadnić szeroką interpretację zakresu władzy prezydenckiej.

Na to zapewne liczy teraz administracja Trumpa, gdy składa apelacje do dziewiątki najważniejszych sędziów w kraju, by uchylili m.in. wspomniany zakaz deportacji i dali zielone światło do ostatecznego zwolnienia urzędników będących na okresie próbnym.

W tej drugiej kwestii władza absolutna marzyła się Trumpowi już za pierwszej kadencji. Na końcówce rządów, w październiku 2020 r., podpisał dekret ułatwiający zwalnianie urzędników federalnych i obsadzenie ich posad lojalistami. Przepisy cofnął potem Joe Biden, a Trump przywrócił je po powrocie do Białego Domu.

Na razie system sądownictwa zazwyczaj zdaje egzamin

Amanda Hollis-Brusky wylicza, że przykładów próby poszerzania władzy wykonawczej przez Trumpa za jego pierwszej kadencji było więcej. Zrywając z tradycją, której od dekad podporządkowywali się inni prezydenci, odmówił on ujawnienia swoich zeznań podatkowych. Jego administracja wielokrotnie ignorowała też wezwania do przekazania dokumentów lub składania zeznań przed komisjami Kongresu. 

– Trump już wtedy testował, na ile może sobie pozwolić. Tym razem robi to jednak bardziej agresywnie – ocenia Amanda Hollis-Brusky.

Z politożką z Pomona College zgadza się Harold Hongju Koh, profesor prawa na Uniwersytecie Yale i były doradca prawny w Departamencie Stanu. – Za swoich pierwszych rządów Trump działał chaotycznie. Dziś działa według planu przygotowanego przez twórców „Project 2025”, którzy twierdzą, że jakikolwiek opór członków rządu federalnego wobec działań prezydenta podważa doktrynę jednolitej władzy wykonawczej. Z kolei sprzeciw płynący spoza rządu ma naruszać zasadę trójpodziału władzy – tłumaczy Koh w rozmowie z „Tygodnikiem”.

– Jeśli taka argumentacja zostanie zaakceptowana przez sądy, to będzie prosta droga do podeptania przez Trumpa zasady rządów prawa – przestrzega prawnik.

Koh dodaje, że na razie system sądownictwa zazwyczaj zdaje egzamin: – Zarówno sędziowie z nadania prezydenta z Partii Demokratycznej, jak i Partii Republikańskiej coraz częściej orzekają, że Trump próbuje wejść w kompetencje Kongresu lub sądów, naruszając tym samym konstytucyjną zasadę trójpodziału władzy.

Pieniądze Muska nie pomogły w kampanii konserwatywnego sędziego

W swoich działaniach Trump może liczyć na gorliwych polityków Partii Republikańskiej. Kilka godzin po tym, jak wezwał do impeachmentu sędziego Boasberga (tego od lotów deportacyjnych), jeden z kongresmenów złożył wniosek o wszczęcie tej procedury. Podobny ruch – skazany na niepowodzenie, bo sędziego można odwołać, jak już powiedziano, jedynie w przypadku poważnych nadużyć – wykonano też wobec kilku innych sędziów.

Jednocześnie Republikanie z Izby Reprezentantów przymierzają się do głosowania nad ustawą zakazującą sędziom dystryktowym, czyli takim jak Boasberg, wydawania orzeczeń mających charakter ogólnokrajowy. Oliwy do ognia w tej dyskusji dolewa przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson: stwierdził, że Kongres ma prawo likwidować sądy dystryktowe (teoretycznie według konstytucji jest to możliwe).

W walkę z sądami angażowane są także pieniądze Elona Muska. Jak donosi dziennik „New York Times”, miliarder zasilił finansowo kampanie o reelekcję siedmiu Republikanów popierających impeachment wobec sędziów niepokornych wobec Trumpa.

Musk wpompował też 25 mln dolarów w kampanię konserwatywnego sędziego Brada Schimela – kandydata w wyścigu do Sądu Najwyższego w stanie Wisconsin. Urząd ten obsadzany jest w głosowaniu powszechnym. Przegrana Schimela pogrzebała właśnie nadzieje na przeciągnięcie tego sądu na prawo, co dałoby Republikanom lepszą pozycję przy rozstrzyganiu sporów ideologicznych i tych związanych z prawami wyborczymi.

Pokusa naginania systemu pojawia się też w kontrolowanych przez Republikanów parlamentach stanowych. Np. w Montanie pojawiła się propozycja, by sędziów do tamtejszego Sądu Najwyższego wskazywał gubernator stanu, a nie jak dotąd mieszkańcy w wyborach powszechnych. Republikanie w Utah przebąkują z kolei o powołaniu specjalnej komisji parlamentarnej, która miałaby oceniać pracę sędziów i opiniować, czy należy im się wyborcza reelekcja.

Jak bardzo narcyz Trump pociąga Amerykę w stronę autorytaryzmu?

Pierwsze miesiące rządów Trumpa upłynęły nie tylko pod znakiem ataków na sądy, ale także na uczelnie, kancelarie prawne zaangaażowane w pozwy przeciw nowej administracji oraz media. W przypadku tych ostatnich na celowniku znaleźli się dziennikarze, którzy relacjonują wydarzenia w Białym Domu. W połowie lutego Trump zakazał agencji Associated Press wstępu do Gabinetu Owalnego za to, że używa w swoich tekstach nazwy „Zatoka Meksykańska”, a nie, jak on chce, „Zatoka Amerykańska”. W Białym Domu mile widziani są za to przyjaźni dla prezydenta prawicowi podkasterzy.

Cytowany przez dziennik „Guardian” były konserwatywny sędzia federalny J. Michael Luttig stawia tezę, że być może Trump jest bardziej butny niż za pierwszej kadencji, bo ma w pamięci werdykt Sądu Najwyższego z 2024 r. Stosunkiem głosów 6:3 sędziowie orzekli, że jest on częściowo chroniony immunitetem przed zarzutami dotyczącymi próby nielegalnego utrzymania się przy władzy.

Trump, który mimo licznych problemów prawnych wygrał wybory i wrócił do Białego Domu, cytuje dziś w social mediach przypisywane Napoleonowi Bonaparte zdanie: „Kto ratuje swój kraj, ten nie łamie prawa”.

Jak bardzo ten populista i narcyz pociągnie Amerykę w stronę autorytaryzmu? Niektórzy alarmują, że kraj już jest na drodze do kryzysu konstytucyjnego, a za kilka lat po amerykańskiej demokracji liberalnej może nie być już czego zbierać.

Autorka jest dziennikarką „Press” i byłą korespondentką w USA. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ameryka to ja