Zaprzysiężenie Donalda Trumpa, które zgodnie z konstytucją odbyło się 20 stycznia (w dniu upamiętniającym Martina Luthera Kinga, co było przypadkiem, ale i ironią losu), uświadomiło nam, że w złym kierunku podąża nie tylko amerykańska polityka, ale też religia, reprezentowana przez zaproszonych na uroczystość liderów wspólnot chrześcijańskich i żydowskich.
Modlitwy i pochlebstwa
Gdy kard. Timothy Dolan, arcybiskup Nowego Jorku, prosił Boga o błogosławieństwo dla „aspiracji” nowego prezydenta, nawet nie próbował sprecyzować, jakie one są i jak je należałoby ocenić z chrześcijańskiej perspektywy. Enigmatyczność jego słów była widoczna zwłaszcza w kontekście listu gratulacyjnego, przesłanego kilka godzin wcześniej przez papieża Franciszka. Modlitwa katolickiego duszpasterza mogła być apelem do sumienia, nawoływaniem do pokory czy współczucia. Nie usłyszeliśmy o tym zbyt wiele.
Pastor Franklin Graham (syn Billy’ego Grahama, najsłynniejszego kaznodziei Ameryki drugiej połowy XX wieku) przekonywał, że powrót Donalda Trumpa do Białego Domu to dzieło „boskiej interwencji”, która wyrwała prezydenta z rąk jego politycznych przeciwników. Taka politycznie stronnicza narracja dowodzi nie tylko rozkładu amerykańskiej demokracji, ale też upadku mitu „religii obywatelskiej”. A słowa o „ciepłej i pełnej wdzięku” Melanii Trump, która jest inspiracją dla narodu i świata, były już jedynie efektem wybujałej wyobraźni pastora. Albo smutnym dowodem braku innych osiągnięć pierwszej damy, które można by publicznie pochwalić.
Cała zresztą ceremonia była dowodem intelektualnego i moralnego bankructwa amerykańskiego protestantyzmu ewangelikalnego, o czym mówi się i pisze od blisko 30 lat. Afroamerykański pastor Lorenzo Sewell, przywódca pozawyznaniowej wspólnoty z Detroit, autor najbardziej pochwalnej wobec prezydenta modlitwy o błogosławieństwo, już kilka godzin po inauguracyjnym show wprowadził na rynek swoją własną kryptowalutę. Trudno o bardziej dosłowny przykład, że religia w Ameryce jest dziś już tylko synonimem zepsucia i korupcji. Co akurat Donald Trump rozumie najlepiej.
Bóg z nami
Polityczno-religijny rytuał zaprzysiężenia Trumpa pokazuje też, że idea „boskiego przeznaczenia” i amerykańskiej wyjątkowości święci swój triumfalny powrót, co przyznawali zresztą sami religijni przywódcy, zaproszeni do odprawienia modłów. Problem w tym, że na ideę Boga wkraczającego w historię Stanów Zjednoczonych nakłada się dziś powracający nacjonalizm. Hasło „Bóg z nami” wciąż brzmi w naszej pamięci złowrogo.
Donald Trump przedstawia swoją reelekcję – a tym samym porażkę swych politycznych wrogów – jako dzieło samego Boga. Argument nie nowy, choć po raz pierwszy użyty przeciwko innym Amerykanom. To także oczywiste i całkowicie jawne manipulowanie religią dla celów politycznych, w typowym dla Trumpa stylu, już bez udawanej troski o amerykańską middle class, a w formacie skrojonym na potrzeby nowych oligarchów.
W taki oto sposób przechodzimy od chrześcijaństwa narodowego, typowego dla Ameryki, do nacjonalistycznego, w którym religijni przywódcy stają się częścią dworu. Gdy wola władcy staje się prawem, jego pałac zapełnia się fałszywymi prorokami.
Herezje i bałwochwalstwo
Jakie prorocze przesłanie może przynieść chrześcijaństwo techno-oligarchicznemu systemowi, skrytemu pod płaszczem populizmu? Wspólnoty ewangelikalne, ale także katolickie, stają się dziś „Kościołem sprywatyzowanym”, dominium wielkich finansistów i oligarchów, również tych, których 20 stycznia nie było w Waszyngtonie.
Amerykańskie chrześcijaństwo, a w szczególności katolicyzm, wpada w stare heretyckie koleiny gnostycyzmu i donatyzmu. Jednak pułapką najbardziej dla niego niebezpieczną i niedostrzeganą jest bałwochwalstwo. Pochlebstwa amerykańskiego duchowieństwa, katolickiego i protestanckiego, które usłyszeliśmy podczas inauguracji prezydentury Donalda Trumpa, przypominały relacje między Kremlem a Rosyjską Cerkwią Prawosławną (z zachowaniem wszelkich proporcji i różnic).
Sekularyzacja, która dotarła także do Stanów Zjednoczonych, oznacza nie tylko śmierć wiary w Boga czy Kościół. To także koniec wielkich idei Ameryki, ludzkości i prawdy. Donald Trump zbił na tym kapitał, a z wyborczego zwycięstwa uczynił triumf nie tyko polityczny, ale i kulturowy. Jego rozmiar i konsekwencje są na razie nieznane i niepewne. Tak dla Ameryki, jak i dla Europy i całego świata.
Choroba amerykańskiej demokracji dotyka nie tylko jej politycznego „ciała”, ale i religijną „duszę”. Czy to stan terminalny? Być może. O ile dusza nie ocknie się w porę i nie pójdzie za etosem innym niż ten, który ucieleśniają Donald Trump, Elon Musk i ruch, który doprowadził ich do władzy.
tłumaczył Edward Augustyn
MASSIMO FAGGIOLI jest profesorem Uniwersytetu Villanova (Filadelfia, USA), wykładowcą historii Kościoła i teologii historycznej, publicystą.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















