Ken Rogoff nie przebierał w słowach: „Donald Trump właśnie zrzucił bombę atomową na globalny system handlowy” – oświadczył w BBC ten były główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jego pogląd dobrze podsumowują opinie ekspertów, którzy oceniają najnowszą decyzję prezydenta USA, ogłoszoną w środę 2 kwietnia po południu czasu polskiego.
Nowe stawki celne Trumpa
„Przez lata ciężko pracujący obywatele Ameryki musieli biernie patrzeć, jak inne narody bogacą się i stają się potężne, często naszym kosztem” – mówił Trump podczas ceremonii w Ogrodzie Różanym Białego Domu, zapowiadając obłożenie cłami „całego świata”. Minimalna stawka na towary sprowadzane do Stanów z zagranicy ma wynieść 10 procent, ale – jak mówił Donald Trump – „najgorsi przestępcy” zapłacą więcej.
W jednym rzędzie do płacenia wyższych stawek Trump postawił zarówno rywali, jak i sojuszników Ameryki. I tak np. Unia Europejska od 9 kwietnia ma płacić 20-procentowe cła, Chiny 34-procentowe, a Korea Południowa 25-procentowe.
„Obciążymy ich mniej więcej połową tego, czym oni nas teraz obciążają” – stwierdził Trump, podkreślając, że w ten sposób USA pokazują, iż „są miłe”.
Biały Dom wyjaśnia, że obliczając te stawki, wzięto pod uwagę stosunek deficytu handlowego USA z danym krajem do wartości importu oraz dodatkowe czynniki, takie jak manipulacje walutowe.
Sens polityki celnej Trumpa
Tyle że takie założenie zupełnie nie tłumaczy np., dlaczego 25-procentową stawką obłożono Koreę Południową, z którą USA mają umowę o wolnym handlu. Albo dlaczego odrębnymi cłami (29 proc.) objęto należącą do Australii maleńką wyspę Norfolk. Albo czemu wśród objętych 10-procentowymi taryfami są wysepki zamieszkane… tylko przez pingwiny.
Co chce tym osiągnąć gospodarz Białego Domu? Droższe towary z zagranicy mają zachęcić amerykańskich konsumentów, aby kupowali to, co wytworzono w kraju, a to z kolei ma pobudzić gospodarkę USA i zwiększyć wpływy podatkowe, pozwalając w dalszej perspektywie odbudować przemysł i uczynić USA krajem bardziej samowystarczalnym.
Jednocześnie cła mają zmniejszyć lukę pomiędzy tym, co USA wysyłają w świat, a tym, co kupują do innych. Np. w 2024 r. Stany miały deficyt handlowy z Unią Europejską w wysokości 213 mld dolarów, co Trump wielokrotnie nazwał „zbrodnią”.
Prezydent USA twierdzi, że taka właśnie polityka uczyniła Stany Zjednoczone bogatym narodem ponad sto lat temu – i że on sprawi to teraz ponownie.
Skutki wyższych ceł dla amerykańskiej gospodarki
To wyjątkowo ambitne zamierzenie, ale również – jak twierdzi znakomita większość ekonomistów – w dzisiejszym zglobalizowanym świecie nierealistyczne, jeśli metodą realizowania go ma być wprowadzanie ceł.
Przypomina to bowiem – jak mówił nam jeden z ekonomistów – strzelanie sobie w kolano z nadzieją, że dzięki temu inne części ciała staną się zdrowsze. Przykładem mogą tu służyć taryfy wprowadzone podczas pierwszej kadencji Trumpa na import stali (25 proc.), aluminium (10 proc.) oraz na sprzęt pralniczy (od 20 do 50 proc.). W efekcie tych działań ceny pralek w USA wzrosły o ponad 30 proc. (spadły potem po wygaśnięciu ceł).
Teraz Amerykanie mogą przerabiać ten scenariusz ponownie, tylko na nieporównywalnie większą skalę – bo na skutek ceł wzrosną ceny dosłownie wszystkich zagranicznych produktów sprzedawanych na terenie USA.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















