Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump zmienia układ światowych sojuszy: agresywna Rosja z pariasa staje się partnerem najważniejszego kraju NATO. Jakby tego było mało – wszędzie do władzy prą nacjonalistyczni populiści. I wpychają na stołki w krajach sąsiednich innych nacjonalistycznych populistów, żeby się z nimi później kłócić o sprzeczne narodowe interesy.
Rzeczywistość, w jakiej zdążyliśmy się już zadomowić i uznać za swoją, wali się w gruzy. Tak, to naprawdę jest koniec świata, jaki znamy. Survivalowcy i preppersi przygotowujący się do apokalipsy, zaopatrujący swoje piwniczne bunkry w konserwy, amunicję i pitną wodę mają już wygodny skrótowiec na ten zwrot – TEOTWAWKI (the end of the world as we know it).
Jak przebiega koniec świata: upadek Cesarstwa Rzymskiego
A przecież powinniśmy być przyzwyczajeni. Przecież nie pierwszy to koniec świata, jaki znamy. Bo końców świata, TEOTWAWKI, mieliśmy już w historii sporo. Nie musi być tak, że koniec jest apokalipsą, jak II wojna światowa. Ale nawet i po takim końcu przyszła porządna postapokalipsa. Ludzie urządzali się w ruinach Warszawy, Berlina czy Hamburga. Potem mieliśmy pamiętać, albo przynajmniej nie zapominać. Za nami osiemdziesiąt lat powtarzania „nigdy więcej”. Ale trudno powiedzieć, czy ta pamięć nadal działa. Na pewno nazwanie kogoś nazistą może być przyczyną pozwu sądowego. Przynajmniej tyle. Choć symbolami tego nazizmu można się już bawić. Bo a to się „hinduski symbol szczęścia” maluje komuś na drzwiach, a to się „pięć piw zamawia” albo pozdrawia zgromadzonych gestem „prosto z serca”.
Ale czasem zdarza się i tak, że jeden świat całkiem gładko przechodzi w całkiem inny, choć niekoniecznie lepszy. Tak było podczas niezauważalnego dla ówcześnie żyjących ludzi upadku zachodniego Cesarstwa Rzymskiego. Bo dostrzeżono, owszem, fakt, że młodociany rzymski cesarz Romulus zwany Augustulusem („auguściątkiem”) przekazał w 476 r. władzę germańskiemu wodzowi Odoakrowi. Nie odczytano tego jednak jako końca Rzymu: Odoaker odesłał bowiem insygnia cesarskie do cesarza wschodniorzymskiego Zenona, sam uznając się jedynie za jego reprezentanta. Zresztą Zenon był Izauryjczykiem, więc Rzymianie przyzwyczajeni byli do obcoplemieńców na swoim tronie i nie robili z tego problemu, podobnie jak Polacy z litewskości Władysława Jagiełły.
Na pierwszy rzut oka nic się więc wtedy nie zmieniło. Tym bardziej że zarówno Odoaker, jak i człowiek, który mu tę władzę potem odebrał, inny Germanin, Teodoryk, zachowali zarówno rzymskie prawo, jak i instytucje, obowiązujące tak samo Rzymian, jak i napływowych Gotów. Teodoryk tylko trochę to wszystko uprościł i dostosował Rzym do nowych, nieco już jednak zbarbaryzowanych czasów. W swoim edykcie zrobił bowiem to, czego domagają się dziś niektórzy populiści: przełożył skomplikowane i wyrafinowane zapisy dawnych, rzymskich praw na prosty i zrozumiały język. Słowem: odelitaryzował je tak, by rozumieli je również prości ludzie, a przede wszystkim nowi w rzymskiej kulturze Germanie.
A poza tym cóż: Rzym jakby trwał. Goccy władcy sami nosili się i prowadzili jak rzymscy patrycjusze. Goci osiedlali się w Italii między Rzymianami, ale ci byli przyzwyczajeni do wielokulturowego świata. Gdzie tu jakiś „koniec Rzymu”? A jednak rzeczywistość zmieniała się pełzająco: powoli, lecz nieubłaganie. Dziś czas przed Odoakrem na rzymskim tronie uznajemy za starożytność, a po Odoakrze – za średniowiecze, choć granica to umowna i nikt o niej wtedy nie wiedział.
Prawdziwy „koniec Rzymu”, taki, który mieszkańcy musieli już dostrzec, nastąpił dopiero kilkadziesiąt lat później, gdy cesarz wschodniorzymski Justynian i jego wodzowie Belizariusz i Narses zabrali się za odbieranie Gotom Italii. W wyniku wieloletnich walk Italia została zrujnowana i wyludniona, a reszty dokonała epidemia dżumy, zwanej „dżumą Justyniana”. Gdy później do Italii wdarli się Longobardowie, by w swoim ustanowionym tam królestwie znieść rzymską administrację i odebrać pozostałym przy życiu Rzymianom ich obywatelskie swobody, szli już właściwie po zgliszczach i zwłokach. Po trupie Rzymu.
Koniec wschodniego Rzymu, czyli świata bizantyńskiego, za który uznaje się upadek Konstantynopola, był bardziej konkretny i dramatyczny, ale właściwie trzeba się go było spodziewać. Turcy bowiem stopniowo okrawali państwo Romajów (jak Bizantyńczycy, czyli Grecy, którzy przyjęli rzymską tożsamość, nazywali samych siebie), aż pozostało z niego wyłącznie Miasto: Konstantynopol, drugi Rzym. A później, po upadku murów rozbitych przez działo węgierskiego mistrza Orbana (nic nie poradzę), wschodni Rzym kurczył się coraz bardziej, aż zamknął się w obrębie Hagii Sofii – katedry, do której uciekali przed najeźdźcami przerażeni mieszkańcy. Gdzie i tak nie uniknęli rzezi. A sama katedra przerobiona została na meczet.
Co prawda niedawno, w ramach chwilowego szoku ludzkości wykończonej dwoma światowymi wojnami, próbowano jakoś się dogadywać i czynić względem siebie gesty dobrej woli, więc ten akurat meczet zamieniono na muzeum, by mogły zeń korzystać wszystkie narody i nikt nie miał go na wyłączność. Dopiero teraz, w ramach powrotu do „polityki asertywności”, Hagia Sofia została przez bardzo asertywnego polityka, jakim jest turecki prezydent Recep Tayyip Erdoğan, znów zamieniona na meczet. Czarne jest czarne, białe jest białe, zapomnijcie o półcieniach.
Trump jak cesarz Teodoryk
Końce świata bywają rozciągnięte w czasie. Kilkadziesiąt lat kończyła się epoka Francisa Fukuyamy, który po innym końcu świata, upadku demoludów, obiecał nam „koniec historii”. Epoka Fukuyamy kończyć się zaczęła już 11 września 2001 r., po ataku na World Trade Center w Nowym Jorku. Inni twierdzą, że zaczęła się rok wcześniej, gdy wybrano na prezydenta George’a W. Busha, traktowanego jako zapowiedź nowej polityki USA, w mniejszym stopniu opartej na ideach i zasadach, a w większym – na pragmatyzmie. A przecież to idee i zasady oraz trwanie przy nich potrzebne są do utrzymania trwałego pokoju.
I choć dziś wielu z tych, którzy wtedy Busha nienawidzili, dałoby się pociąć za jego powrót, bo w porównaniu do Trumpa jawi się wręcz jako czuły i wyrafinowany empatyk, to wówczas przedstawiano go jako ciężkiego głupca i krwiożerczego tyrana. Ale Trump ze swoim cynicznym prostactwem (próba upokorzenia i zakrzyczenia prezydenta Ukrainy na oczach całego świata, by usprawiedliwić to, że woli porozumiewać się z agresywną Moskwą, a nie broniącym się Kijowem), bezceremonialnością (uparte tytułowanie premiera Kanady „gubernatorem”, tak jakby Kanada już teraz była wasalem USA), ignorancją (do niedawna myślał, a może i nadal myśli, że Hiszpania jest w grupie państw rozwijających się – BRICS), notorycznym kłamaniem i wulgarnością przeskoczył te wyobrażenia. To już nie zwiastun barbaryzacji, to czyste barbarzyństwo tańczące na gruzach dawnego świata.
Tak jak Teodoryk kazał przełożyć rzymskie kodeksy na zrozumiały język, tak Trump, jeśli chce włączyć do USA Kanadę i Grenlandię, to nie ubiera tego w retorykę „konieczności zbliżenia”, tylko wprost mówi o aneksji Kanady i Grenlandii. Jeśli chce zarabiać na wojnie, to nie udaje, że dla niego zarabianie na wojnie jest nieetyczne, tylko oznajmia, że chce zarabiać na wojnie – i tyle. Jeśli chce umawiać się z tyranem, a nie z jego ofiarą, to publicznie upokarza ofiarę.
Na swoje oficjalne media społecznościowe Trump wrzuca własne wizerunki w koronie (jak Cezar, gdy chciał koronować się na króla i próbował wybadać społeczne nastroje) albo wygenerowane przez AI filmiki o tym, jak będzie wyglądał trumpowski raj na ziemi, gdy już z Gazy zrobi coś w rodzaju Miami. Raj Trumpa wygląda tak: z nieba sypią się dolary, między wieżowcami stoi wielki złoty pomnik prezydenta USA, niby nowego Turkmenbaszy. A Elon Musk wcina w jego cieniu pierwszorzędny humus.
Gdyby coś takiego zrobił George W. Bush, pomyślano by, że zwariował. I raczej na pewno pojawiłyby się głosy zastanawiające się nad jego zdrowiem psychicznym i nawołujące do impeachmentu. To, że tak się teraz nie dzieje, świadczy, iż naprawdę żyjemy już w innej epoce. To nie Romulus Augustulus. Goci już rządzą Rzymem. Tylko że to są nasi Goci. Boimy się migrantów, a barbaria wyszła z nas samych.
Koniec już się wydarzył. Możemy go jedynie kontemplować, niektórzy z czarnym dystansem (co ma być, to będzie), inni – z przejęciem. Jak premier Donald Tusk, który w swoim poście z 26 lutego na platformie X pisał z przejęciem: „Niepewność, nieprzewidywalność, deale. Czy to są naprawdę reguły, na których powinien się opierać nowy ład międzynarodowy?”.
Premier sporego europejskiego kraju, sprawującego prezydencję Unii Europejskiej, jest w tej samej sytuacji, co wszyscy inni użytkownicy internetu: może jedynie wraz z nami patrzeć z przerażeniem na to, co się dzieje. I może wraz z nami tylko biadolić w mediach społecznościowych, kiedy właściciel jednego z nich, Elon Musk, oznajmia tam, że pora, by Stany opuściły NATO i Organizację Narodów Zjednoczonych.
Koniec świata nie omija nikogo
Patrząc na administrację Donalda Trumpa (a choćby i na same jego profile w społecznościówkach), można reagować tak, jak we wspomnieniach Karoliny Lanckorońskiej reagowali lwowianie na ich własny, mały koniec świata, gdy w 1939 r. ich miasto opanowali Sowieci. A u Lanckorońskiej czytamy tak: „W mojej obecności oficer kupował grzechotkę. Przykładał ją do ucha towarzyszowi, a gdy grzechotała, podskakiwali obaj wśród okrzyków radości. Wreszcie ją nabyli i wyszli uszczęśliwieni. Osłupiały właściciel sklepu po chwili milczenia zwrócił się do mnie i zapytał bezradnie: »Jakże to będzie, proszę pani? Przecież to są oficerowie«”.
W tysięcznym roku histeria związana z nadchodzącym rzekomo końcem świata była tak wielka, że papież Sylwester II w noworoczną noc wychodzić musiał do tłumów zgromadzonych w Rzymie. Udzielał błogosławieństwa przerażonym, zapewniając, że wszystko będzie w porządku. Nas nie ma kto o tym zapewnić. I pozostaje niepewność.
Francusko-niemiecki malarz romantyczny Théophile Schuler, dręczony pełnym obaw oczekiwaniem na kolejny z końców świata, namalował w połowie XIX w. alegoryczny obraz „Rydwan śmierci”. Rydwan jest ogromny, bo muszą się na nim zmieścić pędzące ku zagładzie alegorie wszystkiego właściwie, co jest na świecie znane. Jest więc tu papież, jest wojownik indiański, jest błazen, mędrzec, matka, malarz, poeta, słowem – zebrali się wszyscy. Koniec świata nie omija przecież nikogo.

Poczciwy Schuler, obserwator francuskiej rewolucji lutowej 1848 r., w ramach której obalono we Francji zrestaurowanych po pokonaniu Napoleona Burbonów i wprowadzono ustrój republikański, bał się, że rewolucja doprowadzi do obalenia istniejącego na świecie ładu. A więc – końca świata takiego, jaki Schuler znał. TEOTWAWKI. Tym bardziej że rewolucja ta faktycznie miała swoje następstwa i doprowadziła do Wiosny Ludów, podczas której trzęsła się właściwie cała Europa.
Reform i praw zażądali Badeńczycy, berlińczycy, wiedeńczycy, Polacy w pruskim Wielkim Księstwie Poznańskim. Protestowano w Królestwie Obojga Sycylii, na Sardynii, w Rzymie, w austriackich wówczas Lombardii i Wenecji. Protestowali Węgrzy, w Galicji tworzono polskie struktury. Wiele z postulatów „wiosennych” rewolucji ludowych zgniotły wojska królów i cesarzy, ale sporo z tego zostało. W Prusach i Austrii uwłaszczono chłopów, etniczna tożsamość narodowa zaczęła przesączać się od elit do coraz niższych warstw społeczeństwa.
Co się dzieje po końcu świata: skutki upadku Imperium Habsburgów
Możemy się z Schulera podśmiewać, ale faktem jest, że Wiosna Ludów do jakiegoś końca świata przecież doprowadziła. Państwa narodowe zaczęły się przebijać przez imperialne skorupy. Najpierw od Wysokiej Porty tureckiej oderwały się państwa bałkańskie. Po I wojnie światowej wolna już była cała Europa Środkowa. Czesi, Litwini i Łotysze na bieżąco rekonstruowali (a czasem wręcz konstruowali) swoją tożsamość narodową. Od państw i państewek zaroiło się jak pod ulem. Przerażony tym wszystkim był nawet Józef Conrad Korzeniowski, który, choć popierał niepodległość Polski jako narodu historycznego, to obawiał się całej tej narodowej drobnicy, która musiała (i tak się w końcu stało) przenieść swoje etniczne tarcia z sąsiadami na poziom międzypaństwowy.
Dziś nadal uważamy, że wszystko się wtedy zmieniło na lepsze. Upadły imperia, narodziły się państwa narodowe, demokracja przebiła się do głównego nurtu i dziś jest systemem dominującym na całym świecie. Ale Schuler, gdyby mógł przewidzieć późniejsze dzieje, wcale nie musiałby się czuć uspokojony: z jego perspektywy chaotyczność rządów dzisiejszej demokracji musiałaby nosić znamię ochlokracji – rządów motłochu.
W końcu mało kto przejmuje się dziś duchem demokratycznych zasad. Wielu polityków, głównie populistycznych, robi wszystko, by je traktować instrumentalnie. Demokratyczne zabezpieczenia są po to, by je obchodzić albo – jak to się dzieje w wielu krajach nadal mieniących się demokratycznymi – najzwyczajniej w świecie ignorować. A z perspektywy Schulera, czasów oczywistych autorytetów i jasnych zasad, oznacza to, że coś tu już nie działa. I maszyna musi się zepsuć i stanąć. A jej operator, po prostu, odrzucić niepotrzebne już zasady. I wejść w erę chaosu.
Pamiętajmy: rozpad tych wielonarodowych imperiów pełen był mniejszych, lokalnych końców świata. Ludzie wyznający państwowe, ponadnarodowe tożsamości włóczyli się po nowej międzynarodowej szachownicy jak sieroty po cesarstwach.
Godwin Karol Marian von Brumowsky, austro-węgierski as lotniczy urodzony w Wadowicach, zbombardował w czasie I wojny światowej rosyjską armię podczas przeglądu dokonywanego przez samego cara Mikołaja II. A po rozpadzie imperium błąkał się jak cień pomiędzy rumuńską nagle Transylwanią a Wiedniem, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
Adam Dembicki von Wrocień, Polak z Sanoka, a jednak przede wszystkim austro-węgierski marszałek polny, po upadku państwa Habsburgów pozostał w niepodległej Polsce (choć w Galicji). Ale mimo że zmarł dopiero w 1933 r., to na grobie (imponującym, w kształcie piramidy) wypisano mu „Feldmarschall-Leutnant w służbie Cesarza Austrii i Króla Węgier Franciszka Józefa I-go” i zamieszczono jego zdjęcie w austriackim czaku. Remonty grobowca i naprawy uszkodzeń dokonanych przez wandali pokrywał do niedawna rząd austriacki. „Przywykłem żyć w domu, nie w osobnych pokojach” – narzekali bohaterowie powieści nostalgizującego za austro-węgierską monarchią Josepha Rotha.
Co się wyłoni z dzisiejszego chaosu Trumpa?
Tak, coś się skończyło. Nie wiadomo jeszcze do końca, co się z tego chaosu wyłoni, choć pewnie zręby nowego ładu przewidzieć się da już dziś. Ale na razie warto poprzedniemu światu zaśpiewać kołysankę. A właściwie wszystkim poprzednim światom. Poczynając, czemu nie, od świata osieroconego przez młodego cezara Romulusa Augustulusa.
Jeśli chodzi o Augustulusa, to Valerio Massimo Manfredi w powieści „Ostatni legion” tworzy fikcję, w ramach której młody cezar, po pozbawieniu go władzy przez Odoakra, dostaje się do Brytanii, gdzie trwać ma jeszcze tytułowy ostatni legion rzymski. Dorasta tam i od tej pory znamy go pod imieniem Uter Pendragon. A Uter Pendragon był ojcem legendarnego króla Artura – władcy broniącego celtyckiej Brytanii przed najeżdżającymi ją Sasami. Niosącymi jej koniec dotychczasowego świata. Po Sasach przyszli Normanowie, i świat znów się zmienił. A Artur, jak nasi tatrzańscy Śpiący Rycerze, miał wrócić, kiedy zaczną naprawdę sobie na za dużo pozwalać, i przegnać ich z powrotem na kontynent. Ale cóż: śpi do tej pory.
A co z tą kołysanką? Ano, śpiewał ją królowi Arturowi Przemysław Gintrowski do słów Jerzego Czecha:
„Noc nad brytyjską trwa krainą / Normański nastał tutaj rząd / Dzielny Lancelot gdzieś zaginął / Nikt się nie kwapi, żeby ich wygnać stąd / Po co nam wojsko twe, Arturze / Któż teraz o wolności śni? / Komuś musimy przecież służyć / Ci Normanowie nie są wszak tacy źli…”.
Szanowni Państwo, będzie inaczej. Być może gorzej. Ale być może nie będzie aż tak źle. Tego się trzymajmy. Bo czego innego możemy?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















