Skończyły się geopolityczne wakacje. Bezpieczeństwo Polski w epoce kryzysu NATO

Nie wystarczy Tarcza Wschód ani 5 proc. PKB na obronność. Polska musi zbudować własną strategię bezpieczeństwa w świecie słabnącego zaangażowania USA.
Czyta się kilka minut
Operacja „Horyzont”, której celem jest zwiększenie ochrony kluczowych elementów infrastruktury krytycznej, w tym szlaków komunikacyjnych i węzłów transportowych. // Fot. Marta Kozieł / DWOT
Operacja „Horyzont”, której celem jest zwiększenie ochrony kluczowych elementów infrastruktury krytycznej, w tym szlaków komunikacyjnych i węzłów transportowych. // Fot. Marta Kozieł / DWOT

Europa Wschodnia to są przysłowiowe quick sands – ruchome piaski” – pisał w 1970 r. Juliusz Mieroszewski, klasyk polskiej myśli politycznej. Dodawał, że „ludzie z pobrzeżnych kasztelanii słyszeli tylokrotnie galop Historii, że siłą nawyku… nasłuchują”. 

Ten cytat otwiera jeden z rozdziałów książki, którą właśnie skończyliśmy pisać z gen. Rajmundem Andrzejczakiem. Stawiamy w niej tezę, że Polska potrzebuje nowego algorytmu strategicznego – wielkiej strategii zawierającej własną teorię bezpieczeństwa w coraz bardziej niebezpiecznym świecie. Polska potrzebuje też strategii, która będzie zawierać naszą teorię zwycięstwa nad potencjalnym agresorem – Rosją

Czyli odpowiedzi na pytanie, jak używać wobec niej siły (lub jak prezentować gotowość do jej użycia), aby osiągnąć cel: wolność, niepodległość i bezpieczeństwo Polski.

Przeciążona Ameryka

Dlaczego jest to konieczne? Dziś cały system amerykańskich sojuszy znalazł się na ruchomych piaskach. USA wykonują nieskoordynowane ruchy, próbując ratować się przed utonięciem. W rezultacie zapadają się jeszcze głębiej, wciągając za sobą wszystkich wokoło.

Każdy, komu zdarzyło się ratować tonącego, wie, że nie przyjmuje on racjonalnych porad, nie słucha komend, i że jest zagrożeniem dla ratownika. Procedura nakazuje, by tonącego ogłuszyć. Tu jednak mówimy o najbogatszym państwie świata. Trzeba mieć nadzieję, że Ameryka jednak nie utonie, a my wraz nią. I dbać o siebie.

Stany bronią siebie – i tworzonego od stu lat ładu międzynarodowego, tzw. Pax Americana – przed utratą przewodnictwa w świecie na rzecz Chin. A może raczej hegemonii, która pozwalała kształtować wartości, normy, instytucje, a dla których podtrzymania USA gotowe były używać sił, jakich dziś im brakuje.

Po tym, jak w 1949 r. powstało NATO, i jak przez kolejne 76 lat USA utrzymywały nad Europą parasol bezpieczeństwa (na jej prośbę zresztą: to szef MSZ Francji zaproponował Stanom w 1948 r. utworzenie Sojuszu), dziś Amerykanie mają poczucie, że słabną. Przerażeni perspektywą utraty przewodnictwa, szukają przyczyn w przytłoczeniu obowiązkami. 

Już w połowie lat 80. XX w. historyk imperiów Paul Kennedy ostrzegał, że dominacja USA może doprowadzić do przeciążenia systemu Pax Americana. Nie jest przypadkiem, że w 2025 r. przedstawiciele administracji Donalda Trumpa często powoływali się na jego klasyczną książkę pt. „Narodziny i upadek mocarstw”.

Świat po Pax Americana

Od inauguracji drugiej kadencji Trumpa analitycy na całym świecie spierają się o to, czy USA próbują ratować się przez powrót do izolacjonizmu, czy też przez chaotyczny interwencjonizm. Debata nasiliła się po opublikowaniu Narodowej Strategii Bezpieczeństwa i Narodowej Strategii Obrony. Większość komentatorów z USA jest zgodna: to nie koniec Pax Americana. Administracja Trumpa też zapewnia, że nie ma mowy o izolacjonizmie.

Wess Mitchell, który w pierwszej administracji Trumpa odpowiadał za relacje z Europą, pisze w „Foreign Policy”, że w polityce USA nastał czas „doktryny konsolidacji”. Reagując na „przeciążenie” zobowiązaniami, USA muszą zaakceptować krótkoterminowe regionalne ryzyko w zamian za odbudowę długofalowych podstaw swej potęgi. 

To zaś oznacza redefinicję relacji z sojusznikami, delegowanie na nich części odpowiedzialności za bezpieczeństwo Europy i Bliskiego Wschodu oraz koncentrację na półkuli zachodniej, aby w przyszłości móc skuteczniej rywalizować z Chinami i Rosją.

Inny uznany amerykański strateg, Hal Brands, w artykule dla agencji Bloomberg dochodzi do podobnego wniosku: USA muszą zrestartować system operacyjny świata. Nie oznacza to zerwania dotychczasowych sojuszy, ale zmianę ich funkcjonowania, podziału kosztów, hierarchii priorytetów i mechanizmu reakcji. Handel staje się bronią, a integracja gospodarcza – narzędziem renegocjacji relacji strategicznych, a nie ich stabilizatorem.

Zdaniem Brandsa taka przebudowa może prowadzić do dwóch odmiennych rezultatów. W wariancie optymistycznym będzie to terapia szokowa, skutkująca mobilizacją wolnego świata i jego lepszym przygotowaniem do rywalizacji z Chinami i Rosją. W wariancie pesymistycznym – doprowadzi do rozregulowania sojuszy i przejścia od burden-sharing do burden-dropping (zamiast podziału kosztów – ucieczka od wspólnego bezpieczeństwa).

Z kolei Brytyjczyk Lawrence Freedman, komentując nowe amerykańskie dokumenty strategiczne, podkreśla, iż świat nie wchodzi w nowy porządek, lecz funkcjonuje „między porządkami”. Odstraszanie wciąż działa w relacjach między mocarstwami. Poza nimi państwa coraz częściej stawiają na odporność, autonomię strategiczną i zarządzanie ryzykiem. Dotychczasowe instytucje słabną szybciej niż pojawiają się ich odpowiedniki.

Epoka narodowych egoizmów

Co to oznacza dla Polski? Że wchodzimy w epokę narodowych egoizmów. Nie wiemy, jak długo ona potrwa, ale należy się liczyć z tym, że w jej trakcie mobilizowanie sojuszników do wykonania ich zobowiązań będzie trudniejsze. Nie jest to jednak „efekt Trumpa”: nie łudźmy się, że wraz z końcem jego kadencji wszystko wróci na dawne miejsce.

Większość uczestników strategicznej debaty w USA nie sympatyzuje z Trumpem, ale popiera skracanie przez USA frontu i przymuszanie sojuszników do cięższej pracy, do ponoszenia większego ryzyka i kosztów na rzecz wspólnoty (niektórych) interesów. Normy traktatowe, zwyczaje polityczne, a nawet interesy nie uruchomią już automatycznie sojuszy. 

Wchodzimy w epokę, w której „spychanie sojuszników z sanek” i/lub „wrzucanie ich pod autobus” będzie nie tylko dopuszczalne, ale też akceptowalne. Przypomnijmy myśl Mitchella: USA muszą tymczasowo zaakceptować większe regionalne ryzyko, aby skoncentrować się na mobilizacji własnego potencjału. 

To dlatego administracja Trumpa jest gotowa porzucić Ukrainę, wymuszając na niej zgodę na pokój z Rosją, aby móc przestać jej pomagać. Oczywiście, szukając możliwości wywikłania się z wojny rosyjsko-ukraińskiej, USA chcą to zrobić tak, by Rosja nadmiernie się na tym nie wzmocniła. Tak wygląda pole manewru prezydenta Zełenskiego

Na dodatek kultura strategiczna w USA ma tradycję zamieniania adwersarzy w sojuszników. Dlatego w Waszyngtonie nie wyklucza się możliwości oderwania Rosji od Chin i włączenia jej do jakiejś antychińskiej konstelacji. 

W Polsce uważamy, że to mrzonki. Ale to nie my zamienialiśmy postnazistowskie Niemcy (zachodnie) w sojusznika raptem kilka lat po II wojnie światowej. To także nie my zawieraliśmy sojusz z Japonią chwilę po tym, jak zrzuciliśmy na nią bomby atomowe. I to nie my zatrzymaliśmy rozliczenia z komunizmem w Europie Środkowej po końcu zimnej wojny, by wspólnie z ekskomunistami budować „Europę wolną, zjednoczoną i pokojową”.

Polska strategia użycia siły

Nasza kultura strategiczna różni się od amerykańskiej. Obok interesów wspólnych, mamy też sprzeczne. Dlatego musimy mieć strategię własną, a nie biernie uczestniczyć w realizowaniu amerykańskiej. Sojusz z USA nie może być celem samym w sobie – musi być instrumentem polskiej wielkiej strategii.

Amerykańskie próby wywikłania się z kosztów utrzymywania pokoju w Europie zwiększają ryzyko rosyjskiej agresji. Gdyby do niej doszło dziś, zaangażowanie sojusznicze USA mogłoby być uzależnione od tego, czy narody bałtyckie stawią zbrojny opór, i czy europejscy sojusznicy przyjdą im z pomocą. Mówiąc precyzyjnie: czy przyjdą im z pomocą Polska, Finlandia i Szwecja.

 A jeśli nie… Cóż, Amerykanie nikomu nie będą bronić ich ojczyzn. Nam także. Jeśli komuś się tak wydawało, to ulegał złudzeniu. „A co na to NATO? Amerykanie nas obronią! Po to przecież wysłaliśmy żołnierzy do Iraku i Afganistanu!” – taką fałszywą retoryką raczono polskie społeczeństwo. Dziś potrzebuje ono strategicznej reedukacji.

Tak dochodzimy do ważnej konkluzji: wiele wskazuje, że nowa epoka będzie się charakteryzować częstszym odwoływaniem się do argumentu siły – co nie musi być równoznaczne z jej użyciem. Polacy muszą się do tej sytuacji szybko zaadaptować, jeśli nie chcą utracić tego, co udało im się osiągnąć w ciągu trzech dekad spektakularnego rozwoju.

Nigdy nie byliśmy tak zasobnym społeczeństwem jak dziś. Dlatego potrzebujemy „wielkiej strategii”, aby w erze globalnych turbulencji nie dopuścić do wojny i zniszczenia naszych osiągnięć. Potrzebujemy też strategii użycia siły, lub gotowości do jej użycia.

Gdy w NATO zabraknie amerykańskiego d’Artagnana

Nasi politycy lubią hasło „Polska silna w NATO!”. Ale czy zdają sobie sprawę, co to dziś oznacza? Silny sojusznik to nie ten, kto ma potężną armię, lecz ten, który jest gotów użyć tego, co ma, w obronie innego kraju. Odstrasza przede wszystkim nie potencjał militarny, nie PKB na obronność, nie Tarcza Wschód. Owszem, są ważne. Ale koniec końców odstrasza gotowość użycia tego, co się posiada – tak, by narzucić agresorowi własną wolę. Aby wygrać.

„Powiedz mi, jak jesteś gotów użyć siły, a powiem ci, czy jesteś atrakcyjnym sojusznikiem”. Sojusze opierają się na wzajemności. Jeśli liczymy, że np. Finowie pomogą nam w razie rosyjskiej agresji, musimy być gotowi pomóc zaatakowanym Estończykom.

Warto mieć świadomość, że nawet gdyby USA opuściły Sojusz Północnoatlantycki (co jest mało prawdopodobne), to na mocy traktatu waszyngtońskiego wciąż będziemy sojusznikiem Norwegii, Szwecji, Finlandii, Estonii, Łotwy, Litwy, Rumunii i Turcji. Będziemy zobowiązani do udzielenia im pomocy w razie agresji. 

NATO to sojusz wielostronny, a nie przymierze państw europejskich z USA. To sojusz oparty na maksymie muszkieterów: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Jeśli chcemy zwiększać nasze bezpieczeństwo, musimy się czuć nią związani, nawet jeśli zabraknie amerykańskiego d’Artagnana.

Niektórym może się to wydać banalne. Ale polskie społeczeństwo, wychowane bezstresowo w czasach końca historii, wymaga szybkiej resocjalizacji. W nowej epoce, jaką już mamy, strategiczny analfabetyzm jest groźny.

Ukraina kupuje Europie czas

Na szczęście redefinicja zaangażowania USA w sojusze następuje w czasie, gdy Rosja została poważnie osłabiona za sprawą oporu, który wciąż stawiają Ukraińcy. Dokumenty strategiczne ekipy Trumpa opisują Rosję jako wyzwanie „zarządzalne” nawet przez europejskich sojuszników działających samodzielnie, bez USA.

Można powiedzieć, że Ukraina uratowała nam skórę. W każdym miasteczku Polski powinien stanąć pomnik nieznanego ukraińskiego żołnierza, którego ofiara mogła nam zaoszczędzić powtórki z „rzezi Pragi”, „reduty Ordona” i „katyńskiego lasku”. 

Sto lat temu Piłsudski próbował z niepodległej Ukrainy zbudować dla Polski bufor odgradzający ją od Rosji. Wtedy to się nie udało. Dziś Ukraina – także dzięki polskiemu wsparciu, materialnemu i politycznemu – skutecznie stawiła Rosji opór. Walczy i ściera rosyjski potencjał, który w czasie globalnej turbulencji stwarzałby dla Polski realne zagrożenie.

Tymczasem u nas chór strategicznych analfabetów wzywa do zaprzestania udzielania Ukrainie wsparcia. Twierdzą oni, że od niszczenia potencjału militarnego Rosji ważniejszy jest problem napływu ukraińskiego zboża. Albo że upamiętnianie polskich ofiar ukraińskich mordów sprzed 80 lat (tak, mordów strasznych) ma mieć pierwszeństwo przed bezpieczeństwem Polaków żyjących tu i teraz. 

Takim ludziom chciałoby się sparafrazować Piłsudskiego: wam kury szczać prowadzać, a nie geopolitykę robić!

Jak odstraszyć Rosję

Carl von Clausewitz, „filozof wojny” z przełomu wieków XVIII i XIX oraz twórca nowoczesnej myśli strategicznej, przestrzegał przed błędnym rozpoznaniem hierarchii problemów. „Małe zależy zawsze od dużego, nieważne od ważnego, przypadkowe od istotnego” – pisał.

Strategia polega na ustalaniu hierarchii celów i wartości, w imię których sięga się po broń, na gotowości do ponoszenia ryzyka i kosztów, a także na rezygnowaniu – lub odkładaniu w czasie – spraw, które nie mają bezpośredniego wpływu na szanse zwycięstwa. Zwycięstwa – gdyż celem użycia sił zbrojnych nie może być klęska.

Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie o satysfakcjonujące nas kryteria wygranej z Rosją. Czy zwycięski scenariusz to zajęcie przez Rosję raptem 20 proc. terenu Polski przez pięć lat wojny – co udało się osiągnąć Ukrainie? Pragniemy postawić sobie bardziej ambitne cele? Jak chcemy uniemożliwić Rosji ponowne zamienienie Polski w „Priwiślański Kraj”?

Stworzyliśmy Wojska Obrony Terytorialnej – formację przeznaczoną do nieregularnych działań na terenie okupowanym przez wroga. Wygląda to tak, jakbyśmy chcieli z Rosją walczyć jak w czasach powstania styczniowego i akcji „Burza”. Obawiam się, że w ten sposób jej nie odstraszymy. Może zamiast tego zastanówmy się, jak pobić Rosję na jej terenie? Niby dlaczego mielibyśmy pozwolić jej na niszczenie naszej infrastruktury?

Prezydent Nawrocki i minister Sikorski zgadzają się, że Rosja nie jest niepokonywalna. Zatem trzeba przejść od słów do czynów i wspólnie opracować narodową strategię bezpieczeństwa, która uwzględni tę myśl.

Polskie bezpieczeństwo w nowej epoce

Jaką rolę w naszym przeciwdziałaniu Rosji chcemy powierzyć Finom, Szwedom, Bałtom i Ukraińcom? Jakiego wsparcia oczekujemy od Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii? Jak chcemy w naszą strategię zwycięstwa uwikłać USA? Wreszcie, jak to nasze zwycięstwo powinno wyglądać w scenariuszu krótkiej wojny, a jak w długiej, prowadzonej na wyniszczenie? Jak powinien wyglądać nasz system bezpieczeństwa po zakończeniu konfliktu? 

Od odpowiedzi na te pytania zależy wiarygodność polskiego odstraszania Rosji. Następny krok to dobór narzędzi do realizacji naszych celów. 

Czy do zwycięstwa potrzebujemy okrętów podwodnych? Własnej broni jądrowej? (tu warto mieć na uwadze, że proces jej pozyskiwania – gdyby władze RP podjęły taką decyzję – może, zanim ją uzyskamy, sprowokować Rosję zamiast ją odstraszyć). Wojsk powietrznodesantowych? 

Jak chcemy wywalczyć dominację naszego lotnictwa w powietrzu – przecież tylko ona umożliwia wykorzystanie wojsk powietrznodesantowych w funkcji, do której je przygotowujemy kosztem miliardów złotych.

I na koniec – jak zamierzamy wygrać bez Amerykanów, którzy nawet gdyby chcieli, to mogą nie być w stanie przyjść nam z pomocą z powodu uwikłania w możliwy konflikt na Pacyfiku.

Skończyły się dla Polski geopolityczne wakacje. Czas wrócić do szkoły i odrobić lekcje z polskiej, a nie amerykańskiej strategii.


Bezpieczeństwo Polski w czasach kryzysu NATO

Stany Zjednoczone ograniczają swoje zaangażowanie w Europie. Ukraina wciąż walczy z Rosja. 

Co to oznacza dla Polski?

  • Stawiamy na USA?
  • Budujemy silniejszą Europę?
  • A może tworzymy nową regionalną koalicję państw zagrożonych przez Moskwę?

Ten tekst jest trzecim głosem w debacie Tygodnika Powszechnego o polskiej strategii bezpieczeństwa 

👉 Zobacz cały cykl: Debata o bezpieczeństwie

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 06/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jak uciec z ruchomych piasków