Marta Zdzieborska: Donald Trump zaczął rok 2026 od ataku na Wenezuelę i gróźb siłowego przejęcia Grenlandii. Spodziewał się Pan takiego „imperializmu na sterydach”?
Peter D. Feaver: Zupełnie nie. Pojmanie Nicolása Maduro to najbardziej ryzykowne działanie Trumpa od początku jego drugiej prezydentury. To przebiło nawet jego szarżę celną, którą mógł korygować w zależności od reakcji poszczególnych państw. Gdy Chiny uderzyły pięścią w stół, Trump robił krok w tył. Miał w tej sytuacji jakieś wyjście awaryjne. W przypadku Wenezueli nie może cofnąć czasu. Nie przywróci Maduro na urząd prezydenta.
Trump chciał go obalić już w trakcie pierwszej kadencji. Jednak to teraz wysłał do Caracas komandosów, którzy ponoć dosłownie wyciągnęli Maduro z sypialni. Zaryzykował, bo w 2028 r. nie będzie ubiegać się o reelekcję?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale mam kilka teorii. Pierwsza jest taka, że Trump nabrał ochoty na większe ryzyko, bo ani amerykański Kongres, ani inne kraje nie stawiały mu w zeszłym roku większego oporu. Za wyjątkiem Chin, większość państw unikała bezpośredniej konfrontacji z Trumpem, obchodząc się z nim jak z jajkiem i karmiąc jego ego.
A to tylko dodało mu apetytu na przesuwanie kolejnych granic. To jest o tyle łatwiejsze, gdyż prezydent dobrał sobie lojalnych doradców, którzy raczej nie ostrzegą go przed konsekwencjami jego działań. Są mocno oddani sprawie, w niektórych kwestiach nawet bardziej niż Trump.
Jakiś przykład?
Weźmy Stephena Millera, który odpowiada za politykę migracyjną, albo sekretarza obrony Pete’a Hegsetha, przeciwnika liberalnych porządków w armii USA. Trudno tu o trzeźwe myślenie. O kogoś, kto powie: „panie prezydencie, stop, pora się zatrzymać”.
Mówi Pan, że Trump nabrał chęci na większe ryzyko. A może ten apetyt wynika z potrzeby przykrycia problemów wewnętrznych i niespełnionej obietnicy, że szybko zakończy wojnę w Ukrainie? Czy to przypadek, że Trump zaserwował światu pokaz siły w Wenezueli akurat na niecałe trzy tygodnie przed pierwszą rocznicą objęcia urzędu?
Gdybyśmy mieli do czynienia z tradycyjnym prezydentem, można by uznać, że to była główna motywacja Trumpa. Ale to nie jest Joe Biden, Barack Obama czy Bill Clinton. To polityk budzący skrajne emocje, który już dawno stracił poparcie wielu Amerykanów. Wyjątkiem jest wierny mu ruch MAGA, który do tej pory odwrócił się od niego w zasadzie tylko w jednej sprawie, tej dotyczącej Jeffreya Epsteina.
Po miesiącach uników Trump ugiął się przed żądaniami ruchu MAGA i podpisał ustawę o ujawnieniu akt w sprawie Epsteina, nieżyjącego już finansisty i pedofila. To musiało go mocno zaboleć.
Trudno mi jednak uwierzyć, że atak na Wenezuelę miał odwrócić uwagę od jego kryzysu wizerunkowego. Nie mieści mi się to w głowie. To, że do pojmania Maduro doszło niedługo po ujawnieniu akt w sprawie Epsteina [stało się to w drugiej połowie grudnia 2025 r. – red.], wydaje się przypadkiem.
Jaki jest długofalowy cel interwencji USA wobec Wenezueli? To, że Trump chce dobrać się do złóż ropy w tym kraju, jest jasne. Ale czy myśli o nich także jako o narzędziu służącym do osłabiania Chin albo Rosji?
Odpowiem, czego mogą chcieć doradcy Trumpa. Stephen Miller dąży zapewne do zacementowania amerykańskiej strefy wpływów na zachodniej półkuli. Z kolei sekretarzowi stanu Markowi Rubio zależy na rozprawieniu się z reżimem na Kubie [Rubio jest Amerykaninem o kubańskich korzeniach – red.]. Gdyby to się udało w trakcie jego urzędowania, byłby to dla niego ogromny sukces.
W ramach tej kalkulacji Kuba, odcięta od dostaw wenezuelskiej ropy, pogrąża się w coraz większych problemach gospodarczych, a to podsyca antyrządowe nastroje. Czego Trump chce więc od Wenezueli oprócz ropy?
Nie sądzę, żeby miał tu jakąś dalekosiężną strategię. Po prostu chciał łatwego zwycięstwa i myślę, że tak mu został przedstawiony plan operacji w Wenezueli: obalimy rządy prezydenta Maduro i zyskamy dostęp do wenezuelskiej ropy bez konieczności okupowania kraju.
Myślę, że gdyby doradcy podszepnęli Trumpowi, że lepiej zaatakować Kolumbię, to właśnie tam wysłałby komandosów. Choć inna sprawa, że Wenezuela jest atrakcyjniejsza właśnie ze względu na ropę. To taki tort z większą liczbą wisienek.
Jednak na zjedzenie tego tortu trzeba długo poczekać, bo wenezuelski przemysł naftowy wymaga ogromnych inwestycji, a amerykańskie firmy nie garną się, by wejść na ten rynek.
Dla Trumpa to są technikalia. Najważniejsze jest dla niego, że mógł obwieścić sukces operacji w Wenezueli.
Na łamach czasopisma „Foreign Affairs” dziwi się Pan, że to zachodnia półkula, a nie Chiny są w centrum polityki zagranicznej Trumpa. Ale czy te dwie kwestie się nie łączą? Stany muszą przecież torpedować chińskie wpływy w Ameryce Łacińskiej. Wybrzmiało to po ataku na Wenezuelę: Rubio mówił, że USA nie pozwolą, by zachodnia półkula była przyczółkiem dla działań ich rywali.
To tylko retoryka. Nie sądzę, żeby to był główny motor działań administracji Trumpa. Jeśli Stany rzeczywiście chciałyby ograniczyć wpływy Chin na zachodniej półkuli, to zwiększyłyby inwestycje w tym regionie i nie wstrzymałyby pomocy rozwojowej w ramach USAID.
To, jak Trump patrzy na Chiny, pokazuje nowa strategia bezpieczeństwa narodowego USA. Dużo jest w niej o rywalizacji ekonomicznej, ale nie mówi się otwarcie o zagrożeniach militarnych ze strony Pekinu. To dobrze oddaje mentalność Trumpa. On nie jest jastrzębiem w sprawie Chin.
Co innego wynikało ze strategii bezpieczeństwa narodowego za jego pierwszej kadencji. Tam dużo mówiło się o zagrożeniach ze strony Pekinu.
Prace nad tamtą strategią nadzorował Herbert Raymond McMaster [generał, w latach 2017-18 doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa – red.]. To był prawdziwy jastrząb w sprawach chińskich. Ale to były czasy, gdy Trump miał wokół siebie sporo doradców z tradycyjnego skrzydła Partii Republikańskiej.
Dziś Trump zapewne myśli o Chinach, podpisując umowy na wydobycie surowców, w tym metali ziem rzadkich, kluczowych dla uniezależniania się Stanów właśnie od chińskich dostaw. Zrobił to m.in. przy okazji starań o pokój między Rwandą a Demokratyczną Republiką Konga, gdzie prężnie działają chińskie firmy wydobywcze.
Gdyby naszej rozmowie przysłuchiwał się teraz ktoś z administracji Trumpa, to powiedziałby, że jesteśmy niesprawiedliwi i że błędnie oceniamy działania Białego Domu. Bo przecież Trump wierzy, że dzięki tym wszystkim „dealom” Ameryka będzie jeszcze bogatsza i silniejsza, co zapewni jej dalszą przewagę nad Chinami.
Pierwszy rok drugiej prezydentury Trumpa dobitnie pokazał, że Ameryka nie chce być globalnym policjantem i skupia się na realizacji własnych interesów. Co to będzie dalej oznaczało dla Europy?
Zacznę od spraw budzących nadzieję. W reakcji na politykę Białego Domu Europa stawia na wzmacnianie swoich zdolności obronnych. Europejczycy nie powiedzieli sobie: „Skoro Ameryka nie będzie chciała nas chronić, to my się poddajemy”.
Z drugiej strony, pomimo licznych gróźb i traktowania prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w skandaliczny sposób, Trump nie wstrzymał pomocy wojskowej dla Ukrainy. Owszem, to nie jest duża czy solidna pomoc, ale przynajmniej nie wyciągnął całkowicie wtyczki. Jednocześnie jego ostatnie wypowiedzi na temat Grenlandii głęboko podważają morale i spójność NATO.
Biały Dom oświadczył, że interwencja wojskowa jest jedną z opcji rozważanych w celu przejęcia duńskiej Grenlandii. Czy to tylko retoryka mająca zmiękczyć Duńczyków, by sprzedali wyspę lub poszli na inne ustępstwa?
Podczas spotkania z członkami Kongresu sekretarz stanu Marco Rubio miał powiedzieć, że Stany nie szykują się do militarnego przejęcia Grenlandii. Że ich celem jest zakup tej wyspy. Tak przedstawia to Rubio. Z kolei Stephen Miller, wspomniany już wpływowy doradca Trumpa, patrzy na to inaczej.
W wywiadzie dla CNN Miller – dociskany, czy Ameryka rozważa siłowe przejęcie wyspy – odparł, że Grenlandia powinna być częścią Stanów i że „nikt nie będzie walczył zbrojnie z USA o jej przyszłość”.
Na koniec i tak w tej sprawie decyduje Trump i nie sądzę, żeby był już pewien, co zrobi. Myślę, że to w dużej mierze zależy od rozwoju wypadków w Wenezueli. Na razie plan Białego Domu dla Wenezueli jest taki: tamtejszy reżim utrzymuje pokój w kraju, a Amerykanie skupiają się na maksymalizacji zysków z wydobycia wenezuelskiej ropy.
Jeśli jednak reżim w Caracas zacznie tracić kontrolę nad sytuacją i kraj pogrąży się w chaosie, który doprowadzi dodatkowo do kryzysu uchodźczego, to Biały Dom pomyśli dwa razy, zanim wykona kolejny ryzykowny ruch.
Widać to na przykładzie polityki wobec Iranu. Trump jednego dnia sugeruje, że skłania się do ataku na ten kraj, a już nazajutrz łagodzi retorykę, mówiąc, że dostał zapewnienie, iż reżim odwołał plany egzekucji demonstrantów.
Ameryka jest jedyną potęgą zdolną do przeprowadzania operacji wojskowych na całym świecie, ale nawet ona nie może pozwolić sobie na kilka działań jednocześnie. Aby rozpocząć operację w nowym miejscu, amerykańskie wojsko musi najpierw przegrupować tam siły. Oczywiście, zawsze można otworzyć kolejny front, ale to będzie wiązało się z podjęciem znacznie większego ryzyka. I właśnie taki dylemat ma teraz administracja Trumpa, rozważająca interwencję lub kontynuację działań na całym świecie – od Wenezueli po Nigerię, Syrię, Iran i Grenlandię. Jednocześnie Ameryka nie może osłabić swojej obecności na Indo-Pacyfiku, bo to kluczowe dla odstraszania Chin. To wyzwanie nawet dla najlepszych zespołów ds. bezpieczeństwa narodowego.
Wróćmy do Europy. Trump będzie dalej zmniejszał liczbę amerykańskich żołnierzy na kontynencie, pomimo utrudniających mu to obostrzeń w ustawie o wydatkach na obronność?
Nie sądzę, żeby ta ustawa mogła powstrzymać Trumpa, jeśli będzie zdeterminowany, by doprowadzić do upadku NATO. Przepisy, o których mówimy, nie są na tyle silne, by realnie związać ręce prezydenta w sprawie redukcji wojsk. Ale sam Trump może być tu głównym hamulcowym, jeśli jego doradcy – ci pronatowscy – przekonają go, że doprowadzenie do upadku NATO będzie jego wielką strategiczną porażką.
Pamiętajmy, że za pierwszej prezydentury Trump zrezygnował z wycofania wojsk USA z Afganistanu, bo doradcy uświadomili mu, że to położy się cieniem na jego dorobku. Gorzką pigułkę związaną z wycofaniem żołnierzy połknął następny prezydent, Joe Biden.
Jak ten strach przed porażką może przełożyć się na kwestię wojny w Ukrainie? Były ostatnio momenty, gdy Trump wyraźnie tracił cierpliwość do Putina. Ale czy ostatecznie nie wygra tu chęć ekonomicznego „resetu” z Rosją?
Niewykluczone. Myślę, że Trump uważa – podobnie jak jego poprzednicy, no, może za wyjątkiem Bidena – że odbudowa relacji z Rosją byłaby dużym osiągnięciem. Do tego Putin dobrze rozumie Trumpa, mówi jego językiem i już wielokrotnie zdołał odwieść go od bardziej proukraińskiego stanowiska, do którego Trump już-już dał się przekonać swoim doradcom.
Z drugiej strony trudno mi wyjaśnić ostatnią decyzję Waszyngtonu, aby przechwycić tankowiec pod rosyjską banderą, który próbował wcześniej dotrzeć do Wenezueli. To konfrontacyjny ruch wobec Rosji.
Za to Trump jest spójny w jednej sprawie: w przekonaniu, że świat wykorzystuje Amerykę i że pora wystawić za to rachunek.
Każdego amerykańskiego prezydenta to frustrowało, ale każdy dochodził do wniosku, że trzeba przymknąć na to oko, bo ważniejsze są relacje z sojusznikami. Trump nie zamierza tu odpuścić i to jest podstawowa różnica.
Skupmy się na samych Stanach, gdzie Trump również testuje granice swojej władzy. Co najbardziej zapadło Panu w pamięć w minionym roku?
Odwołanie członków kilku niezależnych agencji regulacyjnych. Trump zrobił to, choć mają oni zagwarantowaną częściową niezależność od władzy wykonawczej. Drugi mocny przykład to wysyłanie żołnierzy Gwardii Narodowej na ulice amerykańskich miast.
Trump robił to bez zgody gubernatorów stanów. Gdy jednak Sąd Najwyższy podważył jego decyzję o skierowaniu gwardzistów do Chicago, Trump ogłosił, że rezygnuje z wysyłania ich do tego miasta, a także do Los Angeles i Portland. Czy obawy o kryzys konstytucyjny w USA są na wyrost?
Do tej pory system działa dość dobrze. Gdy sądy lub Kongres stawiają opór Trumpowi, on się zazwyczaj dostosowuje.
Dużą próbą dla amerykańskiej demokracji będzie oczekiwany wkrótce werdykt Sądu Najwyższego w sprawie legalności polityki celnej Trumpa. Jeśli orzeczenie będzie nie po jego myśli, co byłoby dla niego ogromną porażką, to prezydent może mieć pokusę, by stawiać opór. A to byłaby prosta droga do kryzysu konstytucyjnego.
Wciąż rozmawiamy, jaki Trump jest zły. A co dobrego zrobił dla Ameryki i świata?
Współpracował z Kongresem, by zwiększyć wydatki na obronność w tegorocznym budżecie, i właśnie ogłosił, że chce jeszcze większych funduszy na obronę w 2027 r.
Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, dobrym ruchem był zeszłoroczny atak na obiekty nuklearne w Iranie, co opóźniło prace nad irańskim programem atomowym. Dobrym ruchem było też doprowadzenie przez Trumpa do porozumień pokojowych w kilku konfliktach. Wprawdzie niektóre nie przyniosły trwałego zakończenia walk, ale należy docenić te starania.
Jeśli idzie o ekonomię, Trump na szczęście zachował zdrowy rozsądek i nie trzymał się sztywno ogłoszonych przez siebie stawek celnych na towary importowane do USA. Był elastyczny w negocjacjach z innymi państwami. Amerykańska gospodarka jest dziś w lepszym stanie, niż prognozowano jeszcze w kwietniu 2025 r.
Czy im bliżej będzie do wyborów do Kongresu w listopadzie tego roku, tym bardziej Trump będzie skupiać się na polityce wewnętrznej, by nie zaszkodzić swojej partii? Wyborcy chcą niższych kosztów życia, a nie realizacji imperialistycznych ambicji Białego Domu.
Na pewno Trump będzie więcej mówić o sprawach wewnętrznych, ale niekoniecznie przełoży się to na realne działania. Przy dzisiejszym rozkładzie sił w Kongresie przepychanie reform jest trudne. Wyjątkiem jest polityka migracyjna, tu na pewno Trump będzie prężnie działał. Z całą pewnością będzie jednak dalej mocno skupiać się na polityce zagranicznej, bo to właśnie na arenie międzynarodowej może zdziałać więcej.
Czyli nie przystopuje, choć w przypadku wygranej w listopadowych wyborach Demokraci mogą zaserwować mu kolejny proces impeachmentu, tym razem w związku z atakiem na Wenezuelę?
Nie sądzę, by Trump przystopował. Chyba że sytuacja w Wenezueli stanie się dla Stanów tak dużym obciążeniem, jak kiedyś Irak. W przeciwnym razie prezydent będzie mógł dalej rozwijać skrzydła w swojej polityce zagranicznej.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















