Tylko bez paniki. Do rosyjskiego zagrożenia Estończycy podchodzą flegmatycznie

Rosyjskie myśliwce na estońskim niebie nie wywołują paniki – Moskwa od lat neguje suwerenność Estonii, można się więc przyzwyczaić. O tym, jak spokój może spełniać funkcję odstraszającą, nasz autor rozmawiał z mieszkańcami Tallinna.
z Estonii
Czyta się kilka minut
Obecna granica estońsko-rosyjska na rzece Narwie od wieków dzieliła wschód od zachodu: z lewej średniowieczny zamek Duńczyków i Zakon Kawalerów Mieczowych, z prawej XV-wieczna carska twierdza Iwangorod // mrivserg / Adobe Stock
Obecna granica estońsko-rosyjska na rzece Narwie od wieków dzieliła wschód od zachodu: z lewej średniowieczny zamek Duńczyków i Zakon Kawalerów Mieczowych, z prawej XV-wieczna carska twierdza Iwangorod // mrivserg / Adobe Stock

Dla Estończyków życie z egzystencjalnym zagrożeniem dosłownie „za rogiem” to żadna nowość. Dlatego każde konfrontacyjne działanie Rosjan jest przez nich przyjmowane z właściwą dla nich rezerwą.

I o ile agresywność wschodniego sąsiada nabrała nowego znaczenia po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę, to prowokacji Tallinn doświadcza od ponad trzech dekad – praktycznie od momentu odzyskania niepodległości w 1991 r.

Rosjanie w estońskiej przestrzeni powietrznej

Pytani o rosyjskie samoloty, które niedawno wtargnęły w przestrzeń powietrzną Estonii, rozmówcy „Tygodnika” zgodnie twierdzą, że reakcja była właściwa. Przypomnijmy: maszyny przez 12 minut leciały nad morzem terytorialnym Estonii, w pewnym momencie znajdując się w odległości zaledwie 10 km od stolicy. W odpowiedzi rosyjskie samoloty zostały przechwycone i odeskortowane przez siły powietrzne NATO.

– Reakcja była dobra: chłodna i wyważona. Rosjanie przecież tylko tego chcą, żebyśmy nerwowo odpowiedzieli na którąś z prowokacji – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” pracownik jednego z ministerstw, nazwijmy go Toomasem. 

Zastrzega, że z podobnymi zdarzeniami Estończycy mierzą się od lat. Rosjanie regularnie naruszają przestrzeń powietrzną tego kraju – w tym roku zrobili to już czwarty raz.

Toomas wskazuje, że wtargnięcia to niezbyt wyrafinowany sposób wysyłania politycznych sygnałów. Np. w 2003 r. – na rok przed dołączeniem Estonii do NATO – rosyjski myśliwiec również przeleciał nad terytorium kraju. Wówczas zostało to odczytane jako moskiewski gest niezgody na akcesję do Sojuszu.

Seria rosyjskich prowokacji w Europie

Mimo wszystko Estończycy – zarówno na poziomie oficjalnym, jak i w rozmowach prywatnych – podkreślają, że wrześniowy incydent wyróżnia się na tle przeszłych naruszeń.

Występujące dość często kilkunastosekundowe przeloty w pobliżu estońskich wysp w Zatoce Fińskiej można bowiem interpretować jako przypadkowe. Dwunastominutowy lot uzbrojonych maszyn – które nie reagowały na sygnały wysyłane przez samoloty NATO – stanowi zaś przypadek czysto intencjonalny, niosący znamiona prowokacji.

Nie można też zapominać o kontekście. Incydent był elementem całej sekwencji rosyjskich prowokacji wymierzonych w państwa europejskie. Myśliwce wtargnęły do Estonii nieco tydzień po tym, jak w polską przestrzeń powietrzną wleciały rosyjskie drony. W kolejnych dniach niezidentyfikowane bezzałogowce buszowały bezkarnie nad Norwegią, Danią i Niemcami, paraliżując ruch na lotniskach.

Z militarnego punktu widzenia reakcja Estonii i całości Sojuszu była rutynowa. Rosyjskie maszyny błyskawicznie przechwycono i odeskortowano – w operacji uczestniczyły samoloty Finlandii, Włoch i Szwecji. Z estońskiego terytorium poderwano włoskie F-35, które stacjonują tu w ramach misji nadzorowania przestrzeni powietrznej krajów bałtyckich.

Na poziomie politycznym skupiono się zaś na potępieniu Moskwy. Swoim zwyczajem do estońskiego MSZ wezwano chargé d’affaires Rosji. Zainicjowano też konsultacje wewnątrz NATO na podstawie artykułu 4., a także zwołano pilne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Dyplomatyczną ofensywę Tallinn chce przekuć w zwiększenie sojuszniczej obecności w kraju – nie tylko więcej samolotów, ale też środków obrony przeciwlotniczej.

Czy mamy strzelać do rosyjskich samolotów?

Samo naruszenie stanowiło przyczynek do szerokiej dyskusji na temat tego, jak NATO powinno reagować na rosyjskie działania. W rozumieniu niektórych, rutynowe przechwytywanie samolotów tylko rozzuchwala Rosjan, następnym razem należy więc dać klarowny odpór.

Estończycy studzą jednak zapędy tych, którzy wzywają do natychmiastowego naciskania spustu. To może zaskakiwać – także z uwagi na obiegową opinię o nich jako tych, którzy antyrosyjskość wyssali z mlekiem matki. Niedawno estońską premier krytykowano za rzekomą rusofobię, co miało ją dyskwalifikować z kandydowania na szefową unijnej dyplomacji (którą i tak została). W opinii niektórych zachodnich dyplomatów Kaja Kallas miała przecież „jeść Rosjan na śniadanie”.

– Nie zdziwiłbym się, gdyby Rosjanie celowo wlecieli do Estonii, aby sprowokować reakcję siłową – sugeruje Toomas. – Wyobraźmy sobie, że maszyny NATO strzelają do rosyjskich myśliwców. Byłaby to reakcja niewspółmierna do zagrożenia i mogłaby jedynie wprawić nas w poważne kłopoty.

Estoński generał reaguje na chłodno

W podobnym duchu wypowiadają się czołowi estońscy decydenci, jak głównodowodzący sił zbrojnych generał Andrus Merilo. Komentując incydent na łamach jednego z mediów, stwierdził on, że zestrzelenie Rosjan byłoby strategicznym błędem. 

„Ujmę to w ten sposób: cieszę się, że ludzie, którzy chcieliby zestrzeliwać każdy samolot, który przekracza naszą granicę, nie są tymi, którzy podejmują te decyzje” – mówił wojskowy.

Zastrzegł też, że tylko „chłodna reakcja” pozwoliła na odniesienie dyplomatycznego zwycięstwa. Przesłanek do otwarcia ognia – np. zagrożenia dla przechwytujących maszyn – nie zanotowano.

Innymi słowy: dyplomatyczne wsparcie ze strony sojuszników dało okazję do przyciągnięcia uwagi do zagrożeń ze strony Rosji. Nawet Donald Trump – choć na jego reakcję trzeba było czekać długo – zgodził się, że kraje powinny móc zestrzeliwać rosyjskie myśliwce naruszające przestrzeń NATO. Nieuzasadnione użycie siły mogłoby zaś skutkować rozłamem w Sojuszu i izolacją Estończyków.

Estończycy są zależni od sojuszników z NATO

Retoryka „chłodnego” podejścia do zagrożeń wynika jednak częściowo ze świadomości własnych ograniczeń. Estońska zdolność do samodzielnego reagowania jest bowiem wąska – szczególnie w domenie powietrznej. 

Jako państwo bez własnego lotnictwa bojowego, Estonia musi polegać na sojusznikach. Ta zależność rodzi zaś wątpliwość: czy w przypadku politycznej autoryzacji użycia siły z Tallinna, sojusznicze maszyny będą skore do faktycznego otwarcia ognia, skoro ich załoga pochodzi spoza Estonii?

Teoretycznie dyskusja na ten temat w obecnej chwili nie ma sensu – misja nadzoru powietrznego, której jednostki zlokalizowane są w bazach w Estonii i Litwie, ma za zadanie prowadzić monitoring przestrzeni powietrznej w warunkach pokojowych.

Zastosowanie siły przewiduje się tylko w warunkach realnego zagrożenia. NATO-wskie zasady użycia siły są ścisłe: jeśli nie ma takiego niebezpieczeństwa, zadaniem myśliwców jest przechwycenie i eskorta obcych maszyn. Tak się właśnie stało.

Jednak jeden z wykładowców Uniwersytetu Tallińskiego w rozmowie z „Tygodnikiem” zauważa, że incydent dał paliwo tym, którzy powątpiewają w słuszność sojuszniczej solidarności. 

– Jeśli decyzja o zestrzeliwaniu samolotów naruszających suwerenność Estonii leży poza Tallinnem, to czy w ogóle Estończycy są w stanie cokolwiek zdziałać? – referuje punkt widzenia, na który można trafić, przeglądając media społecznościowe.

Jak sam zastrzega, argument o ograniczonej suwerenności jest tu szczególnie delikatny – idzie bowiem w sukurs moskiewskiej narracji.

Dlaczego Rosja nie chce w pełni uznać granicy z Estonią?

Tymczasem suwerenność Estonii to prawdziwa fiksacja Rosjan. Fakt wzięcia na celownik Tallinna nie jest niczym zaskakującym, biorąc pod uwagę historyczne zaszłości między sąsiadami. Niech za probierz temperatury sporu posłuży to, że obie strony do tej pory formalnie nie zaakceptowały przebiegu dzielącej ich granicy.

Wprawdzie po odzyskaniu przez Estonię niepodległości w 1991 r. obie strony podjęły próbę skodyfikowania przebiegu granicy. Jednak pomimo starań Rosja nie zdecydowała się na ratyfikację stosownych dokumentów.

Rosjanie uzależniali złożenie swojego podpisu od poprawy wzajemnych relacji, domagając się także jednoznacznego odrzucenia przez Estończyków nawiązań do traktatu z Tartu z 1920 r.

Dokument ten, stanowiący umowę pokojową zawartą pomiędzy bolszewicką Rosją a młodą Republiką Estonii, jest w rozumieniu Moskwy rewizjonistyczny. Kreml anektował bowiem w 1944 r. część terytorium przedwojennej Estonii do rosyjskiej republiki sowieckiej, co poskutkowało tym, że obecna granica – odzwierciedlająca granicę między dawnymi republikami sowieckimi – odbiega od tej ustalonej na podstawie dokumentu z 1920 r.

Część terytoriów w nim wymienionych pozostaje więc dziś poza kontrolą Tallinna, a nawiązywanie do niego stanowi dla władz Rosji rzecz nie do zaakceptowania.

Kreml ostentacyjnie podważa niepodległość Estonii

Talliński wykładowca uważa, że fakt nieuregulowania granicy tworzy dla Moskwy wygodny pretekst przy naruszaniu estońskich terytoriów. I nie chodzi tu wyłącznie o przestrzeń powietrzną.

Rok temu rosyjska straż graniczna usunęła część nawigacyjnych boi, które Estończycy regularnie umieszczają na – stanowiącej naturalną linię rozgraniczenia – rzece Narwa dla ułatwienia żeglugi. W tym roku estoński MSZ poinformował o zakończeniu rozmów dwustronnych poświęconych tej sprawie – Rosjanie nie wyrazili bowiem chęci do wspólnego rozwiązania kwestii.

Za incydentem rzecznym stoi więc podobna logika, co w przypadku naruszania przestrzeni powietrznej. Ingerując w terytorialną suwerenność Estonii, Rosjanie nie tylko testują NATO, lecz ostentacyjnie pokazują także, że estońska niepodległość jest warta dla nich tyle co nic. I że mają na to „papiery”.

Rosja nie zaprzestanie nowych prowokacji

Pytani przez „Tygodnik” Estończycy nie mają złudzeń: jakakolwiek deeskalacja napięcia między oboma państwami jest dziś niemożliwa. Estonia działa na Rosjan jak płachta na byka również ze względu na jej zaangażowanie na rzecz Ukrainy. Tallinn zobowiązał się do przeznaczenia 0,25 proc. swojego PKB w formie militarnego wsparcia dla Kijowa w 2026 roku.

Determinacja w pomocy dla Kijowa – demonstrowana też gestami: estońscy żołnierze i policjanci noszą na mundurach błękitno-żółte naszywki – wynika przy tym z prostej konstatacji: Rosja pozostanie zagrożeniem na długie lata. Niebezpieczeństwo z jej strony nie zniknie w magiczny sposób, tak jak nie znikało przez ostatnie stulecia.

Dla Estończyków prześladowania Ukraińców – deportowanych i wynaradawianych przez Rosjan – brzmią złowieszczo w swoim podobieństwie do realizowanej przez Związek Sowiecki polityki wobec Estończyków.

Podczas niedawnej konferencji w Tallinnie poświęconej bezpieczeństwu estońscy eksperci deklarowali wprost – Rosjanie nie będą ustawać w prowokacjach, rozszerzając ich zasięg geograficzny i wypróbowując nowe narzędzia szantażu. Co istotne, aktywność na tym polu nie jest skorelowana z gotowością Rosji do napaści na NATO – to zagrożenie oceniane jest wciąż jako niskie.

Moskwa będzie natomiast siać strach – czy to za pomocą dronów, czy samolotów. Manifestacja konfrontacyjnej postawy stanowi rosyjski atut wobec Zachodu.

Społeczny spokój to także narzędzie odstraszania

Nie mogąc się pochwalić przełomem na froncie z Ukrainą czy sukcesami gospodarczymi, Rosjanie będą „grać” swoją niezastąpioną kartą: a więc groźbą ataku na jednego z członków NATO i wywołaniem III wojny światowej. I to abstrahując od tego, czy realnie są na to gotowi.

Mając to na uwadze, estoński spokój spełnia zatem także funkcję odstraszającą. Kreślenie przez zachodnich publicystów czy decydentów perspektywy czasowej, w której Rosjanie mają być „gotowi” na wojnę z NATO, jest zdaniem Estończyków błędne. W ich opinii, Rosjanie zdecydują się na taki krok tylko w momencie, w którym stwierdzą, że to ich adwersarz nie jest gotowy.

Spanikowane i wewnętrznie podzielone społeczeństwa, z dysfunkcyjnym państwem – to właśnie dowód tej niegotowości, na który liczy Moskwa. Dlatego w reakcji na ostatnie naruszenie swojej przestrzeni powietrznej Estończycy prezentują ogólnokrajowe zwarcie szeregów.

Jednego z występujących na wspomnianej konferencji wojskowych zapytano, czy jako Estończyk jest w stanie spać spokojnie – szczególnie biorąc pod uwagę narastające tempo prowokacji i determinację Rosjan. Odpowiedział beznamiętnie, że często słyszy to pytanie, na które zawsze odpowiada tak samo. Mianowicie tak, jakby mówił do Rosjan: „To my jesteśmy stąd – i nie mamy zamiaru uciekać”.

Autor jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Estońska lekcja spokoju