Oś północ–południe. Nowa architektura polskiej polityki bezpieczeństwa

Jakie sojusze powinna zawierać Polska w epoce Donalda Trumpa? Na wypadek „szaleństwa hegemona” trzeba tworzyć nowe koalicje.
Czyta się kilka minut
Spadochroniarze z 6. Brygady Powietrznodesantowej na Gotlandii. W manewrach Gotland Sentry we wrześniu 2025 r. polskie i szwedzkie wojska ćwiczyły obronę przed atakiem ze Wschodu. // Fot. Piotr Gubernat / Zespół Reporterski Dowództwa Operacyjnego RSZ
Spadochroniarze z 6. Brygady Powietrznodesantowej na Gotlandii. W manewrach Gotland Sentry we wrześniu 2025 r. polskie i szwedzkie wojska ćwiczyły obronę przed atakiem ze Wschodu. // Fot. Piotr Gubernat / Zespół Reporterski Dowództwa Operacyjnego RSZ

Pohukiwania Donalda Trumpa na temat Grenlandii radykalnie psują Polsce perspektywiczną współpracę w dziedzinie bezpieczeństwa z państwami basenu Morza Bałtyckiego. Zarówno Dania, jak Szwecja, Norwegia, ale też do pewnego stopnia Finlandia muszą na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie: po co są w NATO? I kto w zasadzie jest wrogiem, gotowym na ich terytorium wysłać „zielone ludziki”? Czy tylko Rosja? I jaki pomysł na tę sytuację ma Polska?

Debata, jaka przetacza się obecnie po nordyckiej Europie, ruszyła po publikacji w raczej mieszczańskim i unikającym skandalizujących tez szwedzkim dzienniku „Dagens Nyheter”. Gazeta pyta wprost, czy nadszedł już czas, aby państwa północy zaczęły myśleć o własnej głowicy nuklearnej. Może powinny zbudować ją razem, tak jak w przeszłości powołały do życia wspólne linie lotnicze? 

Publicyści dziennika zakładają, że w związku z nacjonalistyczną polityką Trumpa, Europa może niebawem utracić gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA, które były podstawą szacowania ryzyka wojny.

Znany fiński serwis Yle pyta z kolei, czy nadal obowiązuje aksjomat o amerykańskim parasolu nuklearnym nad Europą? Eksperci wypowiadający się w materiale opublikowanym przez portal twierdzą, że nie ma co panikować, bo do tej pory Waszyngton nie dał ani jednego konkretnego sygnału o zwijaniu tego parasola. Z drugiej strony, czy Amerykanie muszą w ogóle ogłaszać taki komunikat? Czy nie jest nim de facto obecny nacisk na przekazanie przez Danię Grenlandii pod jurysdykcję USA?

Odwrót USA od Europy i konsekwencje dla wschodniej flanki NATO

Amerykanie na pewno dali północno-wschodniej flance NATO – w tym Polsce – sygnał, że niezbyt interesują ich tzw. zagrożenia hybrydowe, za którymi w tym regionie stoi Rosja. Według informacji Reutera, Donald Trump zlikwidował stworzone przez administrację Joego Bidena i działające w ramach amerykańskich służb specjalnych grupy robocze, których celem była współpraca z europejskimi agencjami walczącymi z rosyjską dywersją. Tworzyli je oficerowie FBI, CIA, wywiadu wojskowego i urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości. Dziś to już przeszłość.

Do historii przechodzi też współpraca z USA w dziedzinie cyberbezpieczeństwa. Wraz z wyjściem USA z 66 organizacji międzynarodowych, Waszyngton zaprzestał także transatlantyckiej kooperacji z trzema europejskimi agencjami, stanowiącymi trzon tzw. tarczy cyfrowej, która właśnie przestaje istnieć. 

Kluczowa w tym układzie była zlokalizowana w Helsinkach Hybrid CoE, która próbowała koordynować współpracę w obronie przed Rosją między NATO i UE. Według Trumpa jej działalność była sprzeczna z zasadami wolności internetu. W Waszyngtonie pojawiła się nowa koncepcja – America First Cyber Doctrine.

Tym jednoznacznym, izolacjonistycznym krokom towarzyszą cięcia w programach pomocowych dla państw bałtyckich, które obejmowały dostawy sprzętu i amunicji dla sił specjalnych oraz współpracę wywiadowczą. Wszystko to razem każe zadać pytanie: jaka powinna być architektura polskich sojuszy wobec ograniczenia zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Europie? I jak potraktować same USA, jeśli zażądają nie tylko suwerenności nad Grenlandią, ale również nad bazą w Redzikowie czy w rumuńskiej Konstancy?

Naciski, szantaże, transakcyjne podejście do sojuszy. Trump udowodnił już nie raz, że nie waha się traktować swych europejskich sojuszników na zasadach, które znamy z jego relacji z Wołodymyrem Zełenskim. Dlatego warto przyjrzeć się strategii, jaką przyjął Kijów – jej podstawowym składnikiem jest manifestowanie siły i sprawczości.

Czy to w uderzeniach – paradoksalnie we współpracy z USA – na instalacje przemysłu petrochemicznego w Rosji, czy w realizacji programu celowanych zabójstw albo niszczeniu bombowców przenoszących pociski z głowicami nuklearnymi.

Czy Polska powinna rozważyć broń nuklearną?

Europa również tylko poprzez siłę będzie w stanie przekonać Trumpa do swoich racji. Taką siłą mogą być sojusze tych, którzy podobnie postrzegają regionalne zagrożenia i samodzielnie rozwijają zdolności obronne, także te nuklearne. Jak w tym wszystkim odnajdzie się Polska? Czy rysuje nową mapę koalicyjną na wypadek „szaleństwa hegemona”? I czy ta nowa sieć powiązań wystarczy, aby obronić naszą niepodległość?

Debata o atomie w Szwecji nie jest przypadkowa. Sztokholm już w latach 60. XX w. prowadził badania nad własną głowicą; miała to być polityka neutralności na sterydach. Cytowany przez serwis Yle ekspert Fińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Jyri Lavikainen twierdzi, że Szwecja jest najbliżej własnej bomby i należy się pod nią podpiąć w ramach wspólnego wysiłku bałtyckiego.

Przypomnijmy. Szwecja prowadziła zaawansowane badania nad własną bombą do 1972 r., a celem było zbudowanie 100 bomb o sile 20 kiloton każda. Taktyczne głowice nuklearne miały być zrzucane z produkowanych w kraju Saabów 36. Sztokholm ma też ogromne doświadczenie w zarządzaniu własnymi złożami uranu i kontrolowaniem ich przez państwo.

Czy w związku z tym, że mamy wspólne ze Szwedami interesy obronne na Bałtyku, powinniśmy podjąć z władzami w Sztokholmie choćby niejawny dialog w kwestiach nuklearnych? Włączając w to oczywiście potencjalną bałtycką koalicję chętnych?

Pora rozważyć na poważnie to zagadnienie, gdyż wraz z wycofywaniem się USA z Europy jedyną pewną obroną przed scenariuszami kreślonymi na Kremlu może okazać się własny program atomowy. Tym bardziej że np. w rachubach państw bałtyckich na przyszłość to właśnie szantaż atomowy ze strony Rosji ma prowadzić do ich kapitulacji.

Mówił o tym otwarcie w rozmowie z „The Financial Times” urodzony w Wielkiej Brytanii były szef wywiadu Łotwy Janis Kazocins. Jego zdaniem Rosja po zakończeniu wojny w Ukrainie sięgnie po Bałtów, a będą temu towarzyszyć pogłębiające się podziały w świecie Zachodu, który nie będzie potrafił skutecznie zareagować na atak z zaskoczenia, połączony z groźbą nuklearną.

W Litwie, Łotwie i Estonii nie istnieje tabu w dyskusjach o planach Rosji. Nie ma go również przy debacie na temat regionalnego atomu, który chroniłby wschodnią flankę NATO. Jednak w Polsce, mimo ogromnych zakupów broni, wciąż nie prowadzi się poważnych rozmów o tej kwestii.

Polska strategia wobec Litwy i państw bałtyckich

Kraje bałtyckie są przez Warszawę postrzegane jako petenci w naszej polityce bezpieczeństwa, od których nie możemy zbyt wiele uzyskać – to raczej nasze wojska będą miały wkład w ich obronę. Jednym ze scenariuszy, które rozpatrywano w erze rządów Zjednoczonej Prawicy, było wysłanie na Litwę polskiej brygady pancernej. 

Miała ona stacjonować tam, gdzie obecnie zaczynają się lokować Niemcy z tworzoną od podstaw 45. Brygadą Pancerną, czyli w rejonie solecznickim przy granicy z Białorusią. Jest on zamieszkany przez mniejszość polską, cyklicznie oskarżaną przez władze w Wilnie o rusofilię, a nawet o agenturalne powiązania z Moskwą (nigdy nie udowodnione). 

Tamten pomysł zakładał, że polskie wojsko będzie czynnikiem nie tylko militarnym, ale też wzmacniającym wpływy w regionie, a zarazem swoistą ochroną naszej mniejszości.

Obecności wojskowej miała towarzyszyć koncepcja inwestycji Orlenu w media litewskie. Jak wynika z nieoficjalnych informacji „Tygodnika”, polski koncern paliwowy miał kupić dziennik „Lietuvos Rytas” i wraz ze studiem TVP Wilno zbudować małe imperium, działające przede wszystkim w internecie. 

Polska jednostka wojskowa, wpływ na opinię publiczną, a także Orlen jako największy na Litwie płatnik podatków – dawałyby Warszawie możliwość zbudowania tam ekspozytury interesów naszego państwa, także do wyprowadzenia obrony poza nasz kraj na wypadek rosyjskiego ataku na państwa NATO. Lecz pomysł z epoki PiS nie został zrealizowany; nie jest również kontynuowany przez rząd Donalda Tuska.

Premier wszedł jednak na poważnie we współpracę z Bałtami, państwami skandynawskimi oraz Finlandią w innym zakresie. 

Znalazło to swój wyraz już w exposé szefa rządu. „Po powrocie z Brukseli udam się następnego dnia do Tallina na spotkanie z premierami Litwy, Łotwy i Estonii. Tematy oczywiste – wojna, bezpieczna granica. Będziemy wzmacniali współpracę z państwami, które podzielają nasze poglądy w tej sprawie, a więc nie tylko z naszymi sąsiadami z Litwy, Łotwy, Estonii, ale oczywiście także z Finlandią, Szwecją, a spoza Unii także z Norwegią” – mówił w Sejmie Donald Tusk.

I rzeczywiście: szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz rozpoczął rozmowy o sprowadzeniu do Malborka – w miejsce starych Migów-29, które przekazujemy Ukrainie – szwedzkich Gripenów. Również z tego kraju pochodzić mają trzy okręty podwodne; do połowy 2026 r. ma być podpisana w tej sprawie umowa wykonawcza. 

Pierwszy okręt A26 z pakietem uzbrojenia zostałby dostarczony do 2030 r., ale już w przyszłym roku nasi marynarze mają się szkolić na jednostce pomostowej. Jak zapewnia MON, umowa ma być połączona z zakupem przez Szwedów polskiego sprzętu wojskowego.

Polsko-szwedzka współpraca wojskowa na Bałtyku

Lądowanie Gripenów w Malborku w ramach misji Air Policing i współpraca ze Szwedami na Bałtyku to realny krok we wzmacnianiu naszego wspólnego bezpieczeństwa. Podobnie jak lądowanie polskich spadochroniarzy z 6. Brygady Powietrznodesantowej na Gotlandii. W manewrach Gotland Sentry we wrześniu 2025 r. oba państwa ćwiczyły przede wszystkim obronę przed atakiem ze wschodu.

Podobny trend widać w stosunkach z Finlandią. W połowie ubiegłego roku fiński parlament przyjął nową strategię bezpieczeństwa, w której to Polska – obok krajów skandynawskich i USA – jest wskazywana jako główny partner w regionie. „Znaczące inwestycje Polski w zdolności obronne dają dodatkowe podstawy do wzmocnienia wzajemnej współpracy” – napisano w dokumencie.

Spadochroniarze z 6. Brygady Powietrznodesantowej na Gotlandii. W manewrach Gotland Sentry we wrześniu 2025 r. polskie i szwedzkie wojska ćwiczyły obronę przed atakiem ze Wschodu. // Fot. Piotr Gubernat / Zespół Reporterski Dowództwa Operacyjnego RSZ

Dla Warszawy kluczową korzyścią w relacjach z Helsinkami może się okazać doświadczenie partnera w modernizowaniu własnego lotnictwa w oparciu o jedyny istniejący samolot piątej generacji, czyli amerykański F35. Jako że również Polska kupuje te maszyny, oba kraje nie kryją zainteresowania wykorzystaniem ich przy natowskim programie nuclear sharing. F35 to przecież samoloty podwójnego zastosowania; można pod nie podwieszać zarówno pociski konwencjonalne, jak te z głowicami nuklearnymi.

W ramach zacieśnienia tego sojuszu Polska rozważa udział naszych sił specjalnych w fińsko-natowskim projekcie Forward Land Forces, oznaczającym rozmieszczenie wojsk lądowych za kołem podbiegunowym w rejonie Arktyki, w bazach Rovaniemi i Sodankylä. Ich zadaniem jest obrona granicy fińsko-rosyjskiej. Co ciekawe, na czele FLF stoją Szwedzi, co ma podkreślać wielonarodowy charakter pomysłu. 

Akces do niego zgłosili też Brytyjczycy, którzy już wysłali za koło podbiegunowe 350 żołnierzy, a w jednym z ćwiczeń w regionie brały udział ich śmigłowce szturmowe AH64 Apache. Według informacji „Tygodnika”, także Francja rozważa dziś dołączenie do FLF. Ma to być odpowiedź na militaryzację Arktyki, której właśnie dokonuje Rosja.

Baltic Pipe, Dania i Grenlandia: energetyka i geopolityka w cieniu USA

W układance wokół Bałtyku najbardziej problematyczna jest Dania. Władze w Kopenhadze w przeszłości podejmowały decyzje, które najdelikatniej mówiąc, drażniły rząd w Warszawie. Chodzi przede wszystkim o cofnięcie wydanej w 2019 r. decyzji środowiskowej dla gazociągu Baltic Pipe, na terenie lądowego odcinka biegnącego przez Danię. 

Inwestycja miała zagrażać środowisku, głównie myszom i nietoperzom. Finalnie pozwolenie przywrócono po ataku Rosji na Ukrainę, a inwestycję uruchomiono we wrześniu 2022 – po cichu zamykając temat małych zwierząt. Gazociąg biegnie dziś przez trzy kraje: Polskę, Danię i Norwegię, co siłą rzeczy wymusza współpracę przy jego ochronie.

Zarazem ten sam gazociąg ogranicza Polsce pole manewru w przypadku złych dla Danii decyzji USA dotyczących Grenlandii. Władze w Warszawie, traktujące jak aksjomat sojusz z USA, lokują się tutaj między młotem a kowadłem. Z jednej strony jest gazociąg, będący (wraz z gazoportem w Świnoujściu i planowanym terminalem pływającym w Zatoce Gdańskiej) częścią szerszego projektu energetycznego, czyli tzw. Bramy Północnej – z drugiej zaś mamy strategicznego sojusznika zza oceanu, zaopatrującego nas w F35 i systemy obrony powietrznej Patriot.

Spadochroniarze z 6. Brygady Powietrznodesantowej na Gotlandii. W manewrach Gotland Sentry we wrześniu 2025 r. polskie i szwedzkie wojska ćwiczyły obronę przed atakiem ze Wschodu. // Fot. Piotr Gubernat / Zespół Reporterski Dowództwa Operacyjnego RSZ

Co ciekawe, Amerykanie mimo sporu z Danią o Grenlandię, jak dotąd nie zahamowali dostaw F35 zamówionych przez Kopenhagę. Zarazem jednak – powołując się na zbyt niską podaż – wycofali się we wrześniu ubiegłego roku z dostaw systemów obrony powietrznej Patriot. 

Wymusiło to na Duńczykach zakupy u francusko-włoskiego konsorcjum zestawów SAMP/T. Nie wiadomo, na ile decyzja USA była podyktowana świadomością, że za chwilę Waszyngton wejdzie w spór z Kopenhagą o Grenlandię. Nie można wykluczyć, że zerwanie rozmów przez USA wynikało z kalkulacji geopolitycznych, a nie biznesowych.

Problem z Danią nie dotyczy tylko rodzajów uzbrojenia. To w zasadzie szczegół. Pytaniem podstawowym jest to, czy w układance sojuszy na Bałtyku Stany Zjednoczone nie będą próbowały wymuszać na koalicjantach – takich jak Polska – posłuszeństwa i czy nie spróbują doprowadzić do porzucenia przez nas kooperacji z Danią, która ma przecież ogromne znaczenie w kwestii kontroli i obrony strategicznie położonych cieśnin morskich.

W takim wariancie chyba jedyną sensowną opcją jest jak najdłuższe lawirowanie pomiędzy USA a naszymi sojusznikami w Europie. Finalnie największą korzyścią byłoby utrzymanie dobrych relacji z Danią, Szwecją, Norwegią i Finlandią, aby potraktować je jako silną walutę w stosunkach z USA. 

Jeśli Polska ma być wasalem USA w polityce bezpieczeństwa (którym w sumie i tak jest), byłoby dobrze pozostać wasalem z prawem do transakcji. Czyli chłopem z ziemią, odpracowującym pewną pańszczyznę, ale nie wolnym najmitą, pozostającym poza wszelkimi układami, na łasce hegemona.

Turcja jako kluczowy partner Polski

Wolnym najmitą nie jest żadne państwo skandynawskie ani też nordycka Finlandia. Nie jest nim również Turcja, która kontroluje sytuację na Morzu Czarnym. Z racji podobnych interesów w zakresie bezpieczeństwa racją stanu dla Polski są więc inwestycje w funkcjonalne sojusze na całej osi północ–południe. 

To zaś oznacza również bliską kooperację z Turcją, która w naturalny sposób szkodzi Rosji w państwach południowego Kaukazu, wchodząc w rolę brokera porozumień między Azerbejdżanem a Armenią, czy też rozszerzając swoje wpływy gospodarcze na Turkmenistan czy Uzbekistan.

W basenie Morza Czarnego to Turcja była pierwszym krajem, który przechwytywał łączność rosyjską jeszcze przed aneksją Krymu i dysponował ekskluzywną wiedzą na temat zamiarów Kremla. Ankara w naturalny sposób zainteresowana jest też przyszłością półwyspu z powodu bliskiej etnicznie ludności – Tatarów krymskich, których lokalne FSB traktuje nie lepiej niż przedstawicieli Państwa Islamskiego.

W sposób naturalny Turcja staje się więc potencjalnym partnerem dla Polski. Zresztą, po agresji Rosji na Ukrainę w 2022 r. Ankara złożyła władzom w Warszawie nieformalną propozycję budowy wspólnej fabryki amunicji 155 mm, którą odrzuciliśmy. Do pewnego stopnia miało to wówczas swoje uzasadnienie, ale czy w długiej perspektywie stać nas na abstrahowanie od „czynnika tureckiego”? 

Biorąc pod uwagę ewolucję USA pod rządami Trumpa, raczej nie. Zapewne dlatego w grudniu wicepremier Kosiniak-Kamysz pojechał do Ankary, by podpisać porozumienie w zakresie dostaw broni i rozwijania przemysłu obronnego (chodzi m.in. o kontrakty na tureckie systemy rozpoznania i walki elektronicznej), a także współpracy służb wywiadowczych i wspólnych ćwiczeń wojskowych.

Jeśli uczciwie analizować narastający chaos w globalnej grze o władzę, niewykluczone, że europejska oś północ–południe będzie jeszcze ważniejsza niż polska inwestycja w Ukrainę. Kijów najpewniej się obroni, a rezultatem wojny stanie się zgniły kompromis z poszatkowanym niczym Bośnia Donbasem

Wojska rosyjskie stać będą nadal 1000 km od naszych granic, a jeśli nawet pewnego dnia władze na Kremlu zdecydują się przenieść je bliżej nas, nie będziemy musieli prosić prezydenta Ukrainy (ktokolwiek by nim był) o utrzymywanie przy gorącej granicy z Rosją znacznego kontyngentu wojskowego. Każdy bowiem ruch osłabiający obecność rosyjską będzie dla Kijowa zachętą do dokonania rekonkwisty utraconych w Donbasie czy Zaporożu terytoriów. 

Dlatego też w razie zagrożenia Polski ze strony Rosji nie będziemy musieli prosić o cokolwiek Kijowa. Będzie on szachował Moskwę i tak.

Biorąc to wszystko pod uwagę, o wiele ważniejszą inwestycją są więc dziś sojusze Polski ze Szwecją, Finlandią, Danią i Turcją. Być może przy włączeniu do tej koalicji kolejnego „wolnego najmity”, czyli Rumunii, która na razie nie prowadzi kreatywnej i w pełni suwerennej polityki bezpieczeństwa. 

Ta nowa układanka mogłaby stać się kluczem do zrównoważenia dzisiejszego amerykańskiego szaleństwa. Współpraca z poważnymi państwami dysponującymi realną siłą i realną gospodarką to najważniejsze narzędzie, którym możemy znacznie powiększyć ograniczony kapitał, jakim dysponuje dziś Polska.


NATO znalazło się w głębokim kryzysie. USA, najważniejszy gwarant porządku zrodzonego po II wojnie światowej, traktuje półkulę zachodnią jako swoją strefę wpływów: nie chce dalej zapewniać bezpieczeństwa Europie ani wspierać Ukrainy w jej walce z Rosją. 

Jak w tej sytuacji powinna zachować się Polska? Wciąż stawiać na Stany Zjednoczone, wierząc, że w momencie próby wypełnią swe zobowiązania? Skupić się na zacieśnieniu współpracy z europejskimi członkami NATO? Grać na czas, budując alternatywną koalicję państw, które – jak my – czują się zagrożone przez Rosję Putina?

Artykułem Zbigniewa Parafianowicza rozpoczynamy debatę na temat polskiej strategii bezpieczeństwa. W najbliższym numerze opublikujemy tekst Piotra Oleksego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 04/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Oś północ–południe