Katarzyna Kubisiowska: Wybiegasz myślami w przyszłość?
Tomasz Organek, muzyk: Przyzwyczajam się do faktu, że w tym roku, w Andrzejki, skończę 50 lat.
Jakieś przygotowania?
Odwyk od mediów społecznościowych.
BHP dla mózgu?
Łatwo nie było, ale odstawiłem silne bodźce, które są w telefonie i tych wszystkich migających obrazkach płynących z nadmiaru ekranów dookoła. W takim zalewie już nie widzi się szczegółów i półcieni. A tylko one mogą dawać wgląd w istotę rzeczy.
W jakim sensie?
W takim, że trzeba zanurkować głębiej. A nie zatrzymać się na tym, co powierzchniowe. Zdumiewa mnie, że ludzie dziś wszystko rozumieją dosłownie. Ironię, sarkazm, tekst piosenki, wiersz. Literalizm – choroba, o której pisała Olga Tokarczuk w liście pożegnalnym dla prof. Marii Janion. Coś takiego jak metafora przestaje być czytelne. No, ale na czym się jej uczyć? Na serialach Netliksa? Rolkach z TikToka? Ja od tego świata uciekłem. Nawet muzyki mało słucham.
Muzyki?
Cierpię na dźwiękową nadwrażliwość. Taki paradoks, bo mój zawód skazuje mnie na dźwięk, nawet hałas. Ale jak tylko mam możliwość, wyłączam wszystko.
Cisza koi?
Prawdę powiedziawszy, prawie nic nowego już mnie nie wzrusza i nie frapuje. Wszystko jest coraz bardziej uładzone, wydelikacone i nudne jak flaki z olejem. Ludzie co chwila popadają w jakieś mody, zachwycają się byle czym.
Nadchodząca pięćdziesiątka skłania do rewizji życia?
O tyle nie, że dystans wobec trudów przeszłości pojawił się we mnie już wcześniej. Moje życie naznaczyły przede wszystkim ważne śmierci, począwszy od tej ojca. To był rok 1992. Usłyszałem krzyk matki z pokoju obok...
Nagłe odejście?
Wpływające na życie całej rodziny, na jej kondycję. Mama została sama ze mną i młodszym bratem. W domu jeszcze były dwie babcie. Wychowywały mnie więc kobiety.
Matriarchat?
Babcia Waleria, matka mojego ojca, w domu postać najsilniejsza. Rządząca. Umarła w wieku 94 lat. I babcia Stefania, mama mojej mamy. Była babci Walerii podległa. Dość zabawna zależność, choć jak ktoś obserwował to z zewnątrz, nie rozumiejąc układu, mógłby się nawet zbulwersować. Babcie były mniej więcej równolatkami, mimo to Stefania mówiła: „pani Walerio”, a Waleria zwracała się do niej per „Stefanio”, jak do służącej. Stefania nigdy nie powiedziała do niej per „ty”, sama taką decyzję podjęła. Była delikatną, bogobojną kobietą z malutkiej podlaskiej wsi.
A pomiędzy babciami stała moja mama, która wdową została jako 36-latka.
Dużo za wcześnie.
Ojciec był moim bohaterem. Chodził w skórze, palił Marlboro, czytał Raymonda Chandlera. Grał na gitarze i perkusji, słuchał Hendriksa, Beatlesów i Nalepy. Chciałem być jak on.
Wspólny czas?
Przez pewien czas jeździł na taksówce Mercedesem, tak zwaną beczką, którego przywiózł z Niemiec. I zabierał mnie do tej taksówki, numer 3. Taki obrazek: czekamy na postoju na ryneczku w Raczkach, gadamy, słuchamy muzyki i jeździmy z klientami po okolicznych wioskach. Żadnych fajerwerków.

Zwyczajność?
Ojciec zabierał mnie czasami na próby swojego zespołu, kilka domów dalej, u państwa Czuprów, na wylocie do Suwałk. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie „A Whiter Shade of Pale” zespołu Procol Harum, z organami Hammonda na wstępie. To było zanurzenie się w obcy, wspaniały świat, do którego od razu chciałem należeć. Ojciec mi go pokazał.
Zachowały się nagrania?
Kasety magnetofonowe. Oraz kasety wideo z nagraniami wydarzeń rodzinnych. Jesteśmy na nich wszyscy – mama, brat, ojciec, ja. Ale do dzisiaj ich nie włączyłem. Nie jestem gotowy.
Wspomnienia bolą?
Bolą emocje, które te wspomnienia mogą uruchomić. Bo ojciec był barwną postacią, ale był też alkoholikiem. W sumie nie wiadomo, czy lepiej, jak do domu na noc wracał, czy jak nie wracał.
Strach?
Ten strach latami leżał we mnie dobrze zakopany – nieuświadomiony albo na pół uświadomiony. Prawie całe dorosłe życie go wypierałem. Dopiero po latach zrozumiałem, że w dzieciństwie bałem się nieustannie. O ojca, o mamę, o brata, o siebie. Byłem niezwykle poruszony, kiedy po raz pierwszy na głos to uczucie nazwałem po imieniu.
Ulga?
Oczyszczenie. Ale i wyrwa wraz ze śmiercią ojca. Dojmująca świadomość, że nie da się go zastąpić. Sądzę, że śmierć ojca i to, jak za życia funkcjonował w rodzinie, doprowadziła do tego, że w młodości i dorosłości bałem się mężczyzn, miałem z nimi słaby kontakt, nie umiałem budować relacji.
W zespole Ørganek przecież są sami mężczyźni.
Ale to niczego nie zmienia. Choć tym samym busem od dwudziestu lat jeździmy razem w trasy i więcej czasu spędzamy ze sobą niż z rodzinami. Braku zaufania do mężczyzn nie rozwiązuje się żartami w busie czy wspólną kolacją w hotelu. Lubimy się, szanujemy. Tyle że to jest koleżeństwo, męska szorstka przyjaźń, nic ponad to.
Jak poszedłem do liceum, to sobie ubzdurałem, że to będzie mat.-fiz. Po miesiącu byłem kompletnie zagubiony w tych całkach, ciągach liczbowych, tangensach i cosinusach. Któregoś dnia na korytarzu spotkałem dwóch kolegów z humana. Powiedzieli, żebym się nie męczył i przepisał do ich klasy. Będę czytać książki, śmiać się, gadać, pisać itp. Przeniosłem się więc do klasy, w której z wyjątkiem naszej trójki były same dziewczyny. To była najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć w tamtym czasie.
Sprytnie.
Tyle że jak umarł tata, mama powiedziała: ty jesteś teraz najstarszym mężczyzną w rodzinie.
Co to znaczy dla piętnastolatka?
To znaczy, że musiałem wziąć odpowiedzialność. Za mamę, brata i sklep, bo tata też prowadził taki niewielki interes z owocami, warzywami, kwiatami.
Zbyt dużo na dziecięcą głowę.
W psychologii jest taki termin: bohater rodzinny. To ja nim byłem. To ja poszedłem do księdza załatwiać pogrzeb ojca, bo mama nie była w stanie. Ja musiałem jeździć do Augustowa samochodem bez prawka po zaopatrzenie do sklepu. Musiałem załatwiać mnóstwo rzeczy, bo czułem, że to jest mój obowiązek. I że mu sprostam. To mnie nobilitowało we własnych oczach.
W psychologii jest jeszcze inny termin adekwatny do tej sytuacji: parentyfikacja.
Odwrócenie ról, dziecko przejmujące obowiązki dorosłego. Jeszcze za życia ojca słyszałem takie zadania: „No, idź po tatę do knajpy”. I szedłem. Wyobraź to sobie: przy barze siedzi zanietrzeźwiony ojciec, przychodzi synek i mówi: „Tato, ale chodź już do domu”.
A tata?
Nie idzie.
Co robi dziecko?
Czuje się źle, bo nie jest w stanie sprostać temu wyzwaniu właśnie dlatego, że jest dzieckiem. Dziś współczuję temu dziecku, które poddano takiej presji. To okropnie demoralizujące.
Ale wcale nie rzadkie.
Kiedyś ojciec wyszedł do mnie przed knajpę i się tłumaczył, że musi zostać, bo coś tam. Nawet się rozpłakał z bezradności. On wiedział, że ma problem z nałogiem, ale nie umiał z niego wyjść. Zapewne był też w depresji i zapijał swoje bóle, smutki, niedostatki. Widziałem, że przeżywa ten alkoholizm mocno. Na drugi dzień, już na kacu, kajał się, przepraszał.
Jak wygląda dorosłość bohatera rodziny?
Myśli się: muszę stanąć na głowie, by wszyscy byli szczęśliwi. Mam ratować każdego, cały świat, czyli przede wszystkim swoją rodzinę. Ten mechanizm wpisuje się mocno w konstrukcję psychiczną. Dziecko tłumi swoje prawdziwe emocje pod maską niezwyciężonego, ale wewnątrz jest samotne i przerażone, z przeraźliwie niską samooceną. To prowadzi do katastrofy w relacjach tworzonych wiele lat później.
Tych partnerskich?
Ale nie opartych na partnerstwie, tylko na krzyżowych relacjach. Ten rodzinny bohater jako dorosły czuje się ciągle gorszy, niedoceniony, niezrozumiany i umęczony samym sobą. Wyręcza ludzi, wchodzi w nie swoje role, bo spala go niekończąca się potrzeba kontroli. Ja również przejmowałem opiekę. Poniekąd ojcowałem. A z drugiej strony sam oczekiwałem matkowania... Przecież matka była całe życie najbliżej. Tworzy się w ten sposób dziwna plątanina zależności.
Powiesz więcej o mamie?
Po śmierci taty popadała w stany depresyjne, nerwice, które objawiały się np. padaczką... We mnie i bracie budziło to strach. Wiedzieliśmy, co to oznacza, że mama jest „chora”. Albo jak zbliża się moment, że zacznie chorować. I znowu trzeba się wszystkim zająć.
Mama zmarła dziewięć lat temu. Przez rok walczyła z nowotworem trzustki. Umierała z pełną świadomością. Ostatnie zdjęcie zrobiłem jej w Wielkanoc. Chudziutka, waży 35 kg, w ręku trzyma koszyczek. Ale myśmy zagadywali jej śmierć, nie umieliśmy o niej rozmawiać.
Bo to piekielnie trudne.
U nas w domu w ogóle nie mówiło się niczego wprost. Wszystko było dookoła. Albo niedopowiedziane, albo przemilczane. Jeśli dochodziło do jakichś otwartych rozmów, to toczyły się na wysokich emocjach. Nie miały cech dialogowania: spójrz na to z innej perspektywy, można dokonać jeszcze takiego wyboru, szukajmy rozwiązania. Ale w sumie też trudno mi się temu wszystkiemu dziwić.
Dlaczego?
Mama i ojciec byli bardzo niedojrzali, mieli po 20 lat, kiedy okazało się, że zostaną rodzicami. Urodziłem się w roku 1976, gdzieś na wschodnich rubieżach Polski, na zupełnej prowincji. Obie rodziny katolickie – dziewczyna przy nadziei, to trzeba brać ślub. Rodzice nie mieli za bardzo wyjścia, tak się wtedy robiło. Oni nawet nie mieli czasu, by się siebie nauczyć, jakoś poznać. A cztery lata później urodził się mój brat. I on wyniósł lepsze doświadczenia z rodziny, nie pamięta tylu złych rzeczy. Dzisiaj wiedzie całkiem niezłe życie. I ma dzieci.
A Ty?
Ja nie mam, bo bałem się je mieć. Panicznie. Dopiero teraz zaczynam zmieniać zdanie, inaczej odczuwać i rozumieć odpowiedzialność. Zdrowieję emocjonalnie.
Udało się?
Patrzę w tej chwili na swoich rodziców jak na ludzi, a nie jak na matkę i ojca... Oni też byli kiedyś dziećmi, ich też ktoś starał się wychować, pewno niejedno zaniedbał. Ale to były też zupełnie inne czasy.
W teledysku do „Samolotów” w pewnym momencie mówisz, że mama zawsze w Ciebie wierzyła, i żałujesz, że Twój ojciec nie może zobaczyć, kim jesteś dzisiaj.
Mama, na zasadzie kompensacji widziała siebie we mnie. Synek poszedł w świat, radzi sobie i jest w porządku. Trochę realizowałem jej marzenia, jak ona chciałaby żyć. Tylko jej się nie udało. Dlatego mi zawsze kibicowała. Chociaż początki bywały trudne. Skończyłem na UMK anglistykę i mama mówiła: „Idź do normalnej roboty, w weekendy będziesz grał”. Ja na to, że nie mogę tak robić, że się nie uda. Jeśli chcę żyć z muzyki, muszę być w tym na sto procent. Bywało, że niewiele było nadziei, możliwości, pieniędzy, czasem nawet na jedzenie brakowało.
Pogodziłeś się z rodzicami.
Zaocznie, ale zrobiłem to. Najdłużej zajęło mi godzenie się z ojcem. Po jego śmierci najpierw byłem w szoku, potem czułem pustkę. A jeszcze później, jak już zaczynałem więcej rozumieć, przyszedł ogromny zawód. Moje życie mija, a ojca nie ma. I on na własne życzenie zrezygnował z tego, byśmy byli razem. Nie mogłem z nim już rozmawiać, przeżywać życia, renegocjować żadnych warunków.
Wybaczenie, o którym rozmawiamy, potrzebne jest do tego, żeby pogodzić się z samym sobą. To wyzbycie się ogromu bólu, żółci, wyrzutów, żalów zatruwających myśli i uczucia, jest krokiem do życia na własnych warunkach. Wyzwolenie się z cienia przodków, dziedzictwa. W sumie to ostateczna rozgrywka o samego siebie. Jedyne, co mogę zrobić, to odpuścić.
Sobie też?
Do niczego dobrego nie prowadzi ciągłe ruganie siebie, stawianie pod pręgierzem, co ja źle zrobiłem i ile we mnie jeszcze niedostatków. Ja już nie mam czasu na samobiczowanie. Nie ścigam się też z młodością, ona minęła. Bezpowrotnie.
Żal?
Z tym się też godzę. Chyba właśnie przebrnąłem przez tzw. kryzys wieku średniego. Kiedyś myśl, że się będę starzał, traktowałem jako czysty abstrakt. Wszystko mogłem, byłem rozwichrzony, miotałem się, moja uwaga była wszędzie, nie wiedziałem, na co spojrzeć.
A teraz przyszedł moment, kiedy zauważam zmiany w ciele, brakujące siły. I zaczyna się liczyć co innego.
Co?
Skupienie. Taki rodzaj dystansu, którego nigdy mi nie brakowało, ale teraz jest w nim jeszcze spokój. Bez zbędnej nerwowości i napięcia. To prowadzi do większej niezależności i pewności w działaniu. A może to się nazywa dojrzałość? Przychodzą też nowe, niczym nieskrępowane pomysły do głowy. Na przykład taki, by w końcu napisać kolejną książkę. Albo założyć nowy zespół. Planuję zejście ze sceny mainstreamowej, to mnie przestało interesować: telewizja, amfiteatry, wielkie sceny, festiwale, nagrody.
Co Ty mówisz!
Spełniłem swoje ambicje, nie mam większych. Niczego tu nie znalazłem poza umiarkowaną popularnością. Nasyciłem się – nic mi to już nie daje w sensie artystycznym, towarzyskim ani żadnym innym. Dziś do takiej wzmożonej ekspozycji potrzebny jest duży kompromis artystyczny, a ja mam w głowie coś zupełnie odwrotnego. Kariera się wydarzyła, ona była na zewnątrz – eksplozywna. Angażująca pół Polski, długie trasy, wielu ludzi, spektakularna organizacja. To nie jest kwestia liczby sprzedanych biletów, tylko pewnej zgody co do kierunku i sposobu, w jaki chciałbym się rozwijać. A on jest teraz do wewnątrz. Właśnie: dla mnie najważniejsze jest to, by się zespoić wewnętrznie. To gwarancja sukcesu na polu zawodowym i prywatnym. Chyba jestem na dobrej drodze.
TOMASZ ORGANEK – muzyk, kompozytor, wokalista, autor tekstów, założyciel zespołu Ørganek.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















