Dobry zwiad to podstawa. Nie wystarczy zwykła znajomość miasta. Tu potrzeba zgoła innej wiedzy: która publiczna toaleta jest dostępna z wózkiem, która ma przewijak i jest nieobleśna. Jaka przesiadka jest możliwa bez wysokich krawężników, z której strony stacji metra są windy i w które drzwi należy wsiąść w różnych modelach pojazdów komunikacji publicznej. Wszystko po to, by z wózkiem zawierającym niemowlę ruszyć w miasto.
Sezon ogórkowy uruchomił temat dzieci w restauracjach i matek karmiących w przestrzeni publicznej. Zaczęło się od restauracji zakazujących wstępu z dziećmi, choć pozwalających na psy. Potem doszły pretensje projektanta mody, który nieprowokowany wyznał Pudelkowi, że matki karmiące dzieci piersią w restauracji mocno go prześladują. Jako że od pół roku praktykuję karmienie w miejscach publicznych i bywanie w mieście z dzieckiem, dołączę do tej debaty. W końcu teraz mam wiedzę z pierwszej ręki.
Nie miałam jeszcze gotowej strategii karmienia dziecka w miejscach publicznych, gdy trafił się słoneczny, marcowy dzień i w towarzystwie przyjaciółki odwiedzającej służbowo Brukselę odważyłam się pójść z wózkiem do ulubionej piekarni, czyli dalej niż zwykle. Oddalanie się od bazy przychodziło mi powoli, bo wszędzie bruk, a do toalet w tym głównie XIX-wiecznym mieście zwykle wiodą schodki.
Tym razem, po długim spacerze, właśnie tam, na placyku przed ratuszem gminy Ixelles, niemowlę zażądało jedzenia. Teraz, natychmiast, nie w domu za kwadrans. Więc bez żadnej strategii rozpięłam puchówkę i bluzkę, by bez dyskusji spełnić żądanie. Na ławce pośrodku placu, na którym tłumnie wygrzewali się inni mieszkańcy. Trudno o bardziej publiczny początek.
Wcześniej rozważałam zakrywanie się tetrową pieluszką czy parawanem podsuwanym mi przez internetowe reklamy. Czymkolwiek, co zapewni jakąś intymność. Nie noszę głębokich dekoltów i chęci na publiczne obnażanie się miałam niewiele, ale kiedy pojawiło się dziecko, wszystko okazało się mniej ważne niż głód. I ten jedyny w swoim rodzaju krzyk, który go sygnalizuje. Krzyk, który matce skręca trzewia. Poza tym rozpinanie ubrania jedną ręką wymaga wystarczającej sprawności i nie trzeba do tego dokładać motania nad nami jakiejś tkaniny.
Potem już poszło gładko. Zaliczyłyśmy park i kawiarnię, ławkę w chłodne niedzielne popołudnie, bo mleko w przezornie zabranej butelce było jednak za chłodne, oraz tę pod smażalnią frytek na środku placu Flagey. Było karmienie w warszawskiej pierogarni, w parku Krasińskich i w redakcji „Tygodnika” podczas zebrania. W pociągu TLK do Krakowa i w pospiesznym do Paryża. Co robić, alternatywą jest siedzenie w domu.
Czasem myślę, że za samo wyjście z domu należą się matkom medale, a nie kolejna odsłona debaty, co mogą z dzieckiem, a czego nie. A w końcu to nie karmienie jest prawdziwym wyzwaniem wypraw na miasto.
Moją wymarzoną macierzyńską, spacerową wiosnę zepsuł problem dostępności toalet. Nie myślałam wcześniej o nich tak wiele, jak teraz. Ceną, jaką kobiety płacą za posiadanie biologicznych dzieci, jest dewastacja mięśni dna miednicy, więc bliskość i dostępność toalety okazuje się strategicznie ważna. Nie chcieliście tego wiedzieć?
Bez tego nie zrozumiecie, jakim torem przeszkód bywa dla nas miasto. Długo analizuję trasę spaceru. Szlag trafił wędrówki z wózkiem w nieznane i przed siebie. Muszę wiedzieć, że starówkę Brukseli obstawia toaleta w nowym ratuszu, a ta w lesie jest brudna okrutnie i bez przewijaka.
Kolejnym nowym obiektem moich zainteresowań stały się windy: ich stan techniczny i lokalizacja oraz zasady działania. Bo czy zgadlibyście, że aby z dworca Warszawa Śródmieście wydostać się windą, musicie zadzwonić po obsługę, która po was zjedzie? A uwierzycie, że winda do metra na rondzie Daszyńskiego może być dwa dni z rzędu zepsuta? I że potem, gdy jesteście już mocno zmęczeni, zaskoczy was awaria tej na rondzie Dmowskiego?
Winda to najwyraźniej bardzo awaryjne urządzenie. I gdzie, do diaska, jest winda na stacji Politechnika? Chyba dokładnie po przeciwnej stronie, a ty się spieszysz, więc wnosisz szczęśliwie dość lekki wózek. Jeden przejazd przez Warszawę, a od razu czujesz go w krzyżu.
Jeszcze tylko rozpędzić się dobrze na pasach przy rondzie de Gaulle’a, żeby pokonać wyboje na torowisku tramwajowym, i już prawie jestem u celu. Strach pomyśleć, co bym zrobiła, pchając wózek z dorosłym lub na nim siedząc. Coraz częściej mówię głośno, niby do dziecka: „No, to chyba projektował ktoś, kto nigdy nie był z wózkiem na mieście”. Czuję się jak testerka wspólnej przestrzeni, która sprawdza, czy faktycznie miasto jest dla wszystkich. Nie jest.
Czasem wydaję dziwne dźwięki, cmokam, pohukuję, śpiewam na ulicy. Miny współpasażerów świadczą, że przeszkadzam. A ja tylko próbuję udobruchać dziecko wkurzone np. szarpaniem tramwaju na Grójeckiej. W pociągu zaś bacznie obserwuję irytację towarzyszy podróży, ale na wszelki wypadek układam spokojną odpowiedź: „W tym pociągu są tylko cztery przedziały dla dzieci do lat 6, przykro mi, że przez nieuwagę zrobiła pani rezerwację w jednym z nich”.
Więc gdy już matka, która pokonała te windy, krawężniki i własny wstyd, karmi obok was, poślijcie jej serdeczny uśmiech.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















