KATARZYNA KUBISIOWSKA: Jakie obrazy przychodzą Ci do głowy, kiedy słyszysz słowo „ojciec”?
Łukasz Orbitowski: Mój stary. I powracający z nim sen. Pracownia, ojciec się po niej kręci, jest całkiem żwawy, ale już siwy, widać, że w latach, pod osiemdziesiątkę. Ja sobie z nim gadam, jednak coś mi się nie zgadza. W końcu mówię: „Tatusiu, ale przecież ty umarłeś, ciebie nie ma, co ty tu robisz?”.
W słowie „tatuś” jest czułość.
Tak o nim myślę. W gruncie rzeczy ojciec był delikatnym człowiekiem. Obleczonym w pancerz. Dorastał w bardzo trudnym domu i okolicznościach, był dzieckiem wojny. Jego charakter kształtował się w czasach Bieruta i Gomułki, taka epoka kształtuje twardych ludzi. Albo karierowiczów. Mój ojciec karierowiczem nie był. A pancerz u niego objawiał się tym, że niewiele mówił o tym, co dzieje się w nim wewnątrz. To też cecha pokoleniowa – ludzi dorastających w PRL, zatroskanych codziennością, walczących o byt, niezostawiających sobie zbyt wielkiej przestrzeni na mówienie o uczuciach.
A pracownia ojca?
W latach 80. wychodził ją w urzędzie miasta. Dawali pracownię na Kazimierzu, nikt jej nie chciał, wtedy to była wyjątkowo paskudna dzielnica. Dali staremu Orbitowskiemu coś, czym większość innych artystów gardziła. Dosyć duże poddasze, które przerobił, nadzorując robotników. Miał smykałkę techniczną, od której ja jestem wolny. Tata urządził się tam, wprowadzając nas – mamę i mnie. Formalnie to było niedozwolone, ale każdy tak robił: pracownię łączył z mieszkaniem.
Opowiedz o samej pracowni.
Pomieszczenie wielkości sali szkolnej. Z szeregiem okien na całą długość ściany, wychodzących w stronę Wisły, której nie było widać. Dla malarza idealnie, bo naturalne światło. Duży blat zastawiony narzędziami i pędzlami. Sztaluga, z której rzadko korzystał. Zapach farb olejnych, kleju i papierosów.
Jak pracował?
Najczęściej robił obrazy w seriach, np. z wykorzystaniem sznurków lub deszczułek i kartonów. Jak tato sobie w głowie opracował koncept, rozrysowywał małe szkice, wielkości paczki fajek. Potem trzaskał obrazy i był w tak zwanym cugu. Obraz za obrazem, potrafił pracować po 10-12 godzin. Widziałem go nagiętego nad stołem, który zachował się do tej pory: pocięty, pochlapany farbami, zapaćkany klejem. Czasem piję przy nim kawę lub whisky.
Ale ojca mniej kojarzę z pędzlami, a bardziej z narzędziami: skalpelem, linijką, trójkątem. Wykrawał swoje obrazy, a potem nanosił monochromatyczną barwę, zazwyczaj białą. W bezpośredniej bliskości pracowni znajdował się – jak by to ładnie powiedzieć – zakład dla dysfunkcyjnych mentalnie. Dwóch jego pensjonariuszy było wyraźnie słyszalnych. Jeden pełną piersią śpiewał przez okno pieśni patriotyczne, a drugi darł się cały czas: „ole, ole, ole, nie damy się, nie damy się”. Przy tych dźwiękach, pieśniach i pohukiwaniu tato tworzył swoje dzieła.
W Muzeum Narodowym w Krakowie wiszą geometryczne abstrakcje Janusza Orbitowskiego.
A cztery są w moim mieszkaniu. To chyba jedyne rzeczy, które mam od niego przez całe dorosłe życie. A z domu wyprowadziłem się, jak miałem 19 lat, tuż po maturze. Żyłem w kilku różnych miastach i w niezliczonej liczbie mieszkań, a obrazy wszędzie wędrowały ze mną.
Jakim był ojcem?
Przychodzi mi do głowy jedna scena: mam 12 lat, Czechosłowacja, rodzinny wyjazd, basen, zjeżdżalnia, z której wypadam na beton, karetka, szpital. Z racji tego, że wyrżnąłem w łeb, posadzili mnie na wózku. Ojciec płakał, kiedy to zobaczył.
Inne wspomnienie?
Jako pięciolatek miałem straszną fazę na piratów. A mój tato wylatywał do Stanów na stypendium. Rano szedł na samolot, a przez całą noc wyrysował załogę piracką, wyciął i nakleił na tekturki, żebym miał do zabawy.
Wasze kontakty w dorosłości?
Naszą niewielką rodziną targały rozliczne konflikty, które położyły się cieniem na relacji mojej i taty. Natomiast znikały one, kiedy siadaliśmy raz na jakiś czas na piwku. Tato był anegdociarzem, więc słuchałem wielu historii. Ja mu opowiadałem o swoich miłościach i pracach. Tato narzekał na Akademię Sztuk Pięknych, gdzie prowadził zajęcia z rysunku. Zwierzaliśmy się sobie, to było bardzo piękne. Kiedy zaczęliśmy wychodzić na piwo, jeszcze można było palić w knajpach i on dosłownie odpalał fajkę od fajki, żeby się napalić, bo w domu ograniczał. Do pewnego momentu wypijaliśmy po cztery piwa – to jest sporo, co nie?
Tato nigdy nie dopuścił do tego, bym zapłacił za te piwa. A potem zaczął chorować i z wiekiem zmniejszyły mu się możliwości zarówno alkoholowe, jak i nikotynowe. Najpierw były trzy piwa, a mnie nadal kupował cztery. W końcu zszedł do jednego małego piwka, które sączył, a dla syna niezmiennie kupował cztery. I radosnym wzrokiem obserwował, jak te piwka w siebie wlewam, rozumiejąc, że kiedy nie możemy sobie już pozwolić na szczęście własne, to trzeba się nauczyć cieszenia szczęściem cudzym.
Kiedy tato umarł, poszedłem do knajpki, w której bywaliśmy, kupiłem dwa piwka, jedno wypiłem, drugie zostawiłem.
Czytał Twoje książki?
W ogóle nie rozumiał fantastyki, ani Lema, ani Tolkiena, ani tym bardziej tej, którą za młodu uprawiałem. Był doskonale obojętny na ten rodzaj wyobraźni. Co jest ciekawe, bo jako artysta dysponował własną, i to sporą. Sądzę, że mógł uznawać moją twórczość za niepoważną. Zawsze dostawał ode mnie książki z dedykacją, ale nie pytałem, czy przeczytał, nigdy zresztą tego nie robię.
Czego Cię nauczył?
Rzetelności w pracy. By swoją robotę, niezależnie od tego, jaki mamy do niej emocjonalny i intelektualny stosunek, wykonywać najlepiej, jak się da. By dotrzymywać terminów. Te ojcowskie lekcje w jakiś sposób procentują. Nie jestem przecież najzdolniejszym pisarzem w Polsce, ale niewątpliwie jednym z rzetelniejszych.
Jakim był dziadkiem?
Julka bardzo kochał. A miłość dziadków do wnuka należy do szczególnych, ponieważ, w większości przypadków, jest tą ostatnią, która zdarza się nam w życiu. W związku z tym wszystkie ręce na pokład. Dajemy tyle szwungu w silnik, ile się da, żeby ten parowóz zasuwał po szynach, które są krótkie, a stacji przed nami jest niewiele.
Twoje pierwsze odczucia na wieść, że zostaniesz ojcem?
Raczej lęk. Powrócił w momencie, kiedy pierwszy raz trzymałem syna na rękach. Był bardzo kruchy – ta czaszeczka miękka, a ja mam go w swoich wielkich łapach, drżąc, że jeszcze upuszczę, że zgniotę… No i żałuję, że byłem przy porodzie.
Żałujesz?
Moja ówczesna żona męczyła się i cierpiała, a ja nie byłem w stanie jej pomóc. Rozdzierające poczucie bezradności. A ja jestem zadaniowy. W związku z tym pozostała mi obserwacja, jak ktoś się męczy i cierpi, realizując swoje zadanie.
Twoja obecna relacja z synem?
Moja rodzina szybko się rozpadła, Julek miał zaledwie rok. Ale nawet kiedy rozstaliśmy się z żoną – bądźmy szczerzy, ja ją zostawiłem – to regularnie odwiedzałem syna wieczorami. Chodziłem z nim na spacery, bardzo to lubiłem. Wieczorami była żona szła na spotkanie z koleżankami albo na fitness, a ja w tym czasie Julka kąpałem, przygotowywałem kaszki, czytałem książki do snu. Jak Julek skończył 10 lat, zacząłem go wychowywać na serio.
Co to znaczy?
Wtedy Julek zamieszkał ze mną. Dotąd dbałem o kontakt z dzieckiem, ale dzielił nas kawał Polski, była żona po rozwodzie wróciła na Śląsk. Nie brałem więc udziału w wychowaniu. Nie spodziewałem się tego rodzaju obrotu sprawy. Miałem pewność, że będę mieszkał sam do końca życia. I jakoś trzeba było tę codzienność poukładać inaczej.
W pewnym momencie zorientowałem się, że zaczynam używać frazy mojego ojca. Strofować go jak mój ojciec, pouczać jak mój ojciec, dawać wskazówki jak mój ojciec. Jak gdybym był swoim ojcem. I zrozumiałem, że choć mój ojciec umarł, w jakiś sposób jego duch mieszka we mnie. A pewno w tym duchu jest duch jego ojca i kiedy ja umrę, a Julek będzie miał swoje dzieci, to może ten mój cień zamieszka w nim.
Sztafeta pokoleń?
Wkrótce Julek skończy 18 lat… W najbliższy weekend udam się do pubu, lokal najzwyklejszy na świecie, którego walorem jest położenie jakieś 300 metrów od naszego mieszkania. Z racji tego, że jest blisko, znam właściciela i pójdę wykupić Julkowi „osiemnastkę”. Chodzi o to, by spędził czas z kumplami i robił, co tam chce zrobić. A ja ureguluję rachunek i liczę, że usiądę z Julkiem na piwie czy kawie – to on decyduje, bo nie zamierzam rozpijać syna. Ważne, byśmy w ten dzień pogadali, by przed swoim wieczorem znalazł dla mnie godzinkę.
Co w tę godzinkę chciałbyś mu istotnego powiedzieć?
Julek jest w tym wieku, że starego pierdziela nie będzie słuchać.
A jakby chciał posłuchać?
Jedyna rzecz, którą mógłbym powiedzieć, to by nigdy nie pozwolił na to, by żyć życiem innych ludzi – żony, partnerki, kumpla, ojca, matki, pracodawcy. By nie pozwolił sobie, aby ktoś mu wymyślił życie. Tak nie można robić, ponieważ własne życie przeżyte w cudzym jest koszmarem. Jeśli nie żyję tak, jak potrzebuję, tak jak chcę, na własnych zasadach, prędzej czy później prowadzi to do nałogu czy innej destrukcji. Dlatego należy mądrze dobierać sobie ludzi wokół siebie, szczególnie jeśli chodzi o związki miłosne.
Nie idealizujesz?
Są możliwe związki, w których ludzie respektują własną autonomię. Sytuacje, gdy dwie wolności spotykają się i stają się wolnością wspólną.
Nie mówię o związkach otwartych, o porzucaniu się i powracaniu, szarpaniu uczuć i nerwów, ale o byciu razem w poszanowaniu własnej odrębności.
W Julku widzisz coś z siebie?
Łatwiej mi mówić o różnicach, ponieważ ja jestem ekstrawertycznym gadułą, a Julek to ewidentnie zamknięty w sobie introwertyk. Ja mam dużą zdolność do otwierania się, a jego trzeba łomem podważać. Choć czasem powie, co mu leży na wątrobie. Ale łączy nas wrażliwość, poczucie humoru. I na pewno obowiązkowość. Na Julka zawsze można liczyć, przyjdzie, ogarnie, zrobi na godzinę, dotrzymuje słowa. Mój ojciec był taki, ja taki jestem, więc i jemu się to udzieliło.
Mam małą wiarę w wychowanie poprzez kładzenie rzeczy do głowy. Uważam, że dziecko uczy się przez przykład, patrząc na rodziców i myśląc: „O, tacy są ludzie. Może też powinienem taki być”. A z racji wiązanki genetycznej, często zmierza to we właściwych kierunkach.
Wspólne pasje?
Pokazywałem Julkowi trochę klasyki kina, typu „Terminator”, „Obcy”, „Łowca androidów”. Ostatnio zobaczył „Substancję” z Demi Moore, niezależnie ode mnie. A ja ten film bardzo cenię. I zaczęliśmy dyskusję na jego temat, co nas doprowadziło do oglądania filmów Cronenberga. Była też zajawka na kino Lyncha, Julek zastanawiał się, dlaczego w niektórych historiach nic nie jest wyjaśnione, nie ma rozwiązania. Tłumaczyłem, że właśnie chodzi o to, że filmy są – przynajmniej zdaniem twórcy – jak życie. A życie jest tajemnicą, ono nam się nie rozjaśni, nie rozświetli.
Muzyka?
Julek był skazany na heavy metal z racji tego, że w domu cały czas on wył, wrzeszczał, dudnił, więc się chłopak osłuchał. Bywali u nas przyjaciele metalowcy, zawsze pod ręką były płyty. Teraz jego pokój jest pełen plakatów, flag i szalików. Za sprawą Julka pojechaliśmy na Metal Manię w Wałbrzychu, festiwal, który odbywał się w dawnej kopalni, tam był świetny koncert Destroyer 666 i Obscure Sphinx… Trzy lata temu byliśmy w Gdańsku na powrotnym koncercie Mercyful Fate. A teraz właściwie razem muzyki nie słuchamy. Każdy puszcza swoją we własnym pokoju. Julek jest zakochany w bardziej ekstremalnych dźwiękach, uwielbia czysty hałas w rodzaju Revenge. Ja już chyba jestem stary.
Z racji wieku ucho Julka więcej zniesie?
Metal ma wartość społeczną, ludzką, wspólnotową. Sam do pewnego momentu byłem samotnym dzieckiem, żyjącym w świecie książek i wyobraźni, a metal dał mi kolegów. I widzę, że Julianowi daje to samo. Specjalnie zostaję w domu, by Julek na koncert poszedł sam, beze mnie, by miał swoją bandę i nie trzymał się ojca. A w najbliższą niedzielę zaczyna pierwszą próbę zespołu, w którym koledzy wzięli go na bas.
Sport?
Najpierw Julek dostał rower. Kiedyś wchodzę do niego do pokoju, spojrzałem na rower wiszący na ścianie i powiedziałem: „Może ja też sobie kupię rower i będziemy jeździli razem na wycieczki?”. A Julek odpowiedział: „Ale ja nie chcę jeździć na rowerze, wolałbym sprzedać”. I sprzedał, a ja sobie kupiłem rower, na którym sam robię wycieczki. Choć Julek ostatnio wyraził żal, że może ta sprzedaż roweru była nieco pochopna.
Po drodze przez moment była koszykówka. Potem próbowałem go zaciągnąć na siłownię, bo to sport, który znam i którego benefity bardzo mocno doceniam. Niestety już w połowie pierwszego treningu Julek zapytał, ile jeszcze zostało ćwiczeń – i już wiedziałem, że z tej mąki chleba nie będzie. Ale temat wrócił, kiedy Julek zawstydził się na wuefie własną kondycją. Wtedy wysłałem go do mojego przyjaciela i własnego trenera od boksu. Grzesiek wziął Julka pod kuratelę i zażarło. Śmiało wkroczył w ćwiczenia na maszynach, potem ciężarki, z czasem doszły sporty walki, właśnie boks. Wskutek czego jest u nas o gigantycznym rozmiarze worek z odżywką Mutant Mass.
Ważna myśl z tego się wyłania: rodzice w pewnym momencie powinni dzieciom dać spokój, uwolnić spod własnego oka, pozwolić im być w grupie rówieśniczej albo powierzyć je osobom, z którymi będzie tworzył się inny rodzaj relacji niż ta rodzic–dziecko.
A co daje sam boks?
Pewność siebie. Panowanie nad siłą, ciałem. W moim przypadku to o tyle istotne, że przez całe życie uprawiałem sporty siłowo-ciężarowe. W związku z tym zrobił się ze mnie kloc. Ja tego kloca na boksie usiłuję rozruszać. Obserwując Julka, który waży 20 kg mniej, widzę, że jest o wiele szybszy, zwinniejszy, sprawniejszy. Jest dużo lepszym zawodnikiem niż ja.
Poza tym boks jest jak terapia. Bo trochę się pookładacie po mordach, jest trochę wysiłku. Boks to nie tylko bicie, tarcze, ale i skakanka, drabinka, sporo ćwiczeń ruchowych. Połowa treningu bokserskiego właściwie sprowadza się do rozgrzewki. I do tego dochodzi rozmowa. O pierdołach, znajomych i rzeczach ważnych. Człowiek wychodzi z treningu oczyszczony, lżejszy, z czystą głową. Znam to doświadczenie i mam nadzieję, że Julek je w jakiś sposób podziela.
Żadnych między Wami kłótni?
Rzadko. Zdarzała się ostra wymiana zdań. Nasza relacja opiera się na szacunku. I zaufaniu. Wynika to także z tego, że Julek nie sprawia problemów wychowawczych. Dobrze się uczy, nie pije albo mało pije… Nie rozrabia, nie bierze narkotyków, nie znika z domu, dzwoni, jeżeli ma się spóźnić. W związku z tym nie znajduję pola do tego, byśmy się mieli ścierać.
Myślisz o jego przyszłości?
Przyszłość świata jawi mi się tajemniczą. Mój ojciec mniej więcej wiedział, co mu się może przydarzyć w najbliższej dekadzie, a ja nie mam najmniejszego pojęcia, co temu rejonowi świata przyniesie następne pięciolecie. I jednocześnie mam pewność, że Julek będzie wiódł bogate życie.
Czyli jakie?
Wierzę, że uda mu się zrobić to, co mnie się udało: zawodowo być w zgodzie ze sobą. Praca jest i źródłem radości, i dochodu. W bogatym życiu ważne jest i to, by jego serce było spokojne.
Twoje jest?
Kocham swoje życie, mnóstwo dobra w nim zaznałem. Choć zdarzyło się w nim parę katastrof. Były krzywdy, które wyrządziłem i których sam zaznałem. Pełne ryzykownych impresji i niemądrych przedsięwzięć. I jak każdy rodzic, który uśmiecha się do własnej przeszłości, chciałbym dla swojego syna innej przyszłości. Mam nadzieję, że będzie postępował z większym wyczuciem moralnym niż ojciec. A moją wielką radością jest fakt posiadania syna, który jest ode mnie mądrzejszy i lepszy.

ŁUKASZ ORBITOWSKI (ur. 1977) jest pisarzem, autorem licznych opowiadań i powieści, m.in. „Exodus”, „Tracę ciepło”, „Kult”, „Chodź ze mną”. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Laureat m.in. Paszportu „Polityki” 2015 za książkę „Inna dusza”. W Świecie Książki ukazała się w ubiegłym roku jego najnowsza powieść pt. „Wróg”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






















