Zostałeś zdradzony, aresztowany i fałszywie oskarżony. To scenariusz znajomy, który ukazał nam nasz Pan i Zbawca” – mówiła do Donalda Trumpa pastorka Paula White-Cain podczas wielkanocnego spotkania w Białym Domu, porównując prezydenta USA do Jezusa. Dodała: „Ze względu na jego zwycięstwo i Ty będziesz zwyciężał we wszystkim, do czego przyłożysz ręce”.
Obecny był przy tym m.in. bp Robert Barron, członek powołanej przez Trumpa rok temu Komisji Wolności Religijnej, a zarazem jeden z najbardziej znanych katolickich hierarchów, wspierający aktualną administrację i nieukrywający swoich konserwatywnych poglądów.
Za udział w wielkanocnym spotkaniu i brak reakcji na przemówienie White-Cain (a wręcz oklaskiwanie go) spadły nań głosy krytyki. W podobnej sytuacji znalazł się również inny katolicki i konserwatywny influencer Matt Walsh, samozwańczy wojownik w „wojnie kulturowej”.
Trump kontra Leon XIV
Z europejskiej perspektywy takie zachowanie pastorki White-Cain może szokować. Coraz bardziej uderzająca staje się też rozbieżność między narracją Białego Domu, odwołującą się do języka religii w uzasadnianiu kampanii wojennych czy antymigracyjnych, a nauczaniem pierwszego papieża z Ameryki Północnej.
Podczas corocznego, styczniowego spotkania z korpusem dyplomatycznym Leon XIV wygłosił przemówienie oparte na myśli św. Augustyna, wyrażonej w „Państwie Bożym”, która wykazuje różnice pomiędzy Królestwem Bożym a państwem ziemskim. Papież zwracał uwagę na zagrożenia płynące z idealizacji tego drugiego, co prowadzi do nacjonalizmu i gloryfikowania przywódców politycznych.
Wskazywał na wiele paralel między upadkiem Cesarstwa Rzymskiego a dzisiejszymi czasami. Zwrócił uwagę na odejście od języka dyplomacji na rzecz języka siły i przemocy: „Wojna znów jest w modzie, a zapał wojenny staje się coraz powszechniejszy”. Przypominał, w jakim celu powołano ONZ i uchwalono prawa międzynarodowe i prawa człowieka.
Nie spodobało się to przedstawicielom USA. Jak doniosły w ubiegłym tygodniu media, ambasador Stolicy Apostolskiej w USA, kard. Christophe Pierre, został 22 stycznia wezwany na spotkanie w Pentagonie, gdzie zakomunikowano mu, że „Stany Zjednoczone mają siłę militarną pozwalającą im robić to, co chcą na świecie. A Kościół katolicki niech lepiej wybierze ich stronę” (doniesienia, że jeden z urzędników Pentagonu miał podczas spotkania użyć przykładu niewoli awiniońskiej jako subtelnej groźby skierowanej do papieża, zostały przez Watykan zdementowane).
Katolicy Trumpa mają problem
Kłopot z Leonem mogą mieć przede wszystkim katolicy obecni (choć w niewielkiej liczbie) w administracji Trumpa. Wiceprezydent J.D. Vance i sekretarz stanu Marco Rubio lubią podkreślać swoją przynależność do Kościoła. Ten pierwszy, neofita, zapowiada właśnie książkę o swoim nawróceniu („Communion: Finding My Way Back to Faith” – Komunia: znajdując moją drogę powrotną do wiary). Jak godzą wierność nauczaniu papieża z lojalnością wobec wojowniczego szefa?
Napięć pomiędzy administracją Trumpa a Kościołem katolickim jest oczywiście więcej. W Wielki Piątek po raz pierwszy nie zorganizowano dla katolików nabożeństwa w Pentagonie – miały je tylko wspólnoty protestanckie (administracja tłumaczyła, że katolicy i tak w tym dniu nie mają mszy św.).
Podczas „różańca w intencji pokoju”, zorganizowanego w ostatnią sobotę (11 kwietnia) w Bazylice św. Piotra papież napominał, że kto naprawdę chce pokoju, „nie zabija i nie grozi śmiercią” ani nie „wciąga w mowę śmierci świętego Imienia Boga”. A gdy dodał, że „śmierci służy ten, kto odwrócił się plecami do Boga żywego, aby z siebie samego i ze swej władzy uczynić bożka niemego, ślepego i głuchego, któremu składa się w ofierze wszelką wartość i domaga się, by cały świat ugiął przed nim kolano” – mało kto miał wątpliwości, jakich władców tego świata ma na myśli.
Słowa: „Dość bałwochwalstwa samego siebie i pieniądza! Dość epatowania siłą! Dość wojny!” spotkały się niemal z natychmiastową reakcją Donalda Trumpa, który już następnego dnia skrytykował Leona XIV za kiepską politykę zagraniczną i słabość wobec przestępczych reżimów w Iranie i Wenezueli. I pewnie na tym się nie skończy.
Religia w amerykańskiej polityce
Ale przecież język religijny nie od dziś jest obecny w amerykańskiej polityce. Po zamachach na World Trade Center Jürgen Habermas zwrócił uwagę, że wbrew przekonaniom o triumfie świeckości ortodoksyjna religijność nie zniknęła i nie można jej sprowadzać jedynie do wymiaru prywatnego. W sławnym wykładzie frankfurckim, wygłoszonym niedługo po 11 września, stwierdził, że żyjemy w społeczeństwie „postsekularnym”, a nie świeckim.
Zwykle uważa się, że właśnie wtedy – po 11 września 2001 r. – religia z impetem wróciła do dyskursu publicznego. Że muzułmański fundamentalizm zakończył okres świeckości i sekularnej wyobraźni na Zachodzie, który wtedy zrozumiał rolę religii w kreowaniu rzeczywistości. To nieprawda.
Religijne imaginarium było wciąż obecne, nie tylko po stronie fundamentalistycznych muzułmanów, „wstecznych” i „nieucywilizowanych”. Także po stronie chrześcijańskiej, choć może dla wielu było to niezauważalne, bo zespoliło się z zachodnim, świeckim stylem życia. Znajdziemy je przecież także w narracji poprzednich prezydentów USA.
Biblijne proroctwa Reagana i Busha
W XX w. odwołania do religii natężyły się wskutek konfliktu ze Związkiem Radzieckim, zwłaszcza w okresie zimnej wojny. Wtedy właśnie nastąpiło tzw. czwarte Wielkie Przebudzenie – masowy powrót Amerykanów do chrześcijaństwa. Wielką rolę odegrał w tym Billy Graham – kaznodzieja mówiący nie tylko o konieczności osobistego nawrócenia i ponownych narodzin w Duchu Świętym, ale potępiający komunizm jako „religię szatana” i chwalący konserwatywny amerykański sposób życia – w tym indywidualizm i kapitalizm – jako spójny z chrześcijaństwem.
Do języka apokaliptycznego odwoływał się Ronald Reagan, nazywając „komunistyczną i ateistyczną” Rosję „Gogiem” (w nawiązaniu do Księgi Ezechiela i Apokalipsy). Podobną narrację przyjął George W. Bush, ewangelikalny protestant, gdy w 2003 r. mówił do Jacques’a Chiraca o wojnie z Irakiem jako spełniającym się biblijnym proroctwie, określając sytuację na Bliskim Wschodzie „działaniami Goga i Magoga”.
Zdezorientowany prezydent Francji miał zadzwonić do Federacji Protestanckiej z prośbą o wyjaśnienie zagadki (ci z kolei zadzwonili do prof. Thomasa Römera, specjalisty od Starego Testamentu z Uniwersytetu w Lozannie, od którego znamy całą tę historię).
Co pokazuje, że język religijny w polityce to coś więcej niż retoryka i instrumentalizacja Biblii. To także symbolika i wyobrażenia oddziałujące na rzeczywistość.
Krucjata Hegsetha
Narracja obecnej administracji USA jest kontynuacją tej retoryki. Śledząc materiały udostępniane przez Biały Dom i Departament Wojny (jeszcze do niedawna nazywany Departamentem Obrony), możemy zobaczyć, jak mocno są okraszone symboliką religijną i cytatami biblijnymi.
Przoduje w tym Pete Hegseth, sekretarz obrony („minister wojny”), który jest członkiem ultrakonserwatywnej i patriarchalnej Wspólnoty Reformowanych Kościołów Ewangelikalnych (CREC). W swoich przemówieniach odwołuje się nieustannie do Boga i Biblii, a dla pracowników departamentu organizuje comiesięczne nabożeństwa.

Może wydawać się dziwne, że jako ewangelikalny protestant jest jednocześnie miłośnikiem średniowiecznych krucjat i wytatuował sobie krzyż jerozolimski wraz z zawołaniem krzyżowców „Deus vult” („Bóg tak chce”). Jest też autorem książki „American Crusade” (2020), w której wzywa do walki z wrogami Ameryki – lewicą i islamem.
W niedawnym wywiadzie telewizyjnym na temat wojny z Iranem Hegseth mówił: „walczymy z religijnymi fanatykami, którzy chcą mieć dostęp do broni nuklearnej, by zacząć religijny Armagedon”.
A podczas marcowego nabożeństwa w Pentagonie modlił się: „Niech każda kula znajdzie swój cel we wrogach prawości i naszego wielkiego narodu”, prosząc dla amerykańskich żołnierzy o „mądrość w podejmowaniu każdej decyzji, wytrwałość w nadchodzącej próbie, niezłomną jedność oraz przytłaczającą brutalność w działaniu przeciwko tym, którzy nie zasługują na litość”. I wzywał Boga, by „połamał zęby bezbożnym” i „rozproszył ich jak plewy na wietrze”.
Czym jest amerykański ewangelikalizm
Skąd ten język i te postawy? Zrozumienie amerykańskiej religijności, która kształtowała się w specyficznych historycznych okolicznościach, może być trudne dla europejskich chrześcijan – tak katolików, jak i protestantów.
Zacznijmy od tego, że jej publiczny odbiór kształtowany jest przez ewangelikalizm – nurt w protestantyzmie, obejmujący liczne wspólnoty i nieodnoszący się do jednej tradycji. Jego zwolennicy kładą nacisk na osobistą relację z Jezusem, lekturę Pisma Świętego, nowe narodzenie w Duchu Świętym i indywidualne zbawienie.
Jak zauważa historyczka Katherine Kelaidis, biblijny literalizm i emocjonalna pobożność sprawiają, że ewangelikalizm jest bardziej popularny wśród ludzi uboższych i mniej wykształconych – w kontraście do głównych tradycji protestanckich, które mają bardziej rozbudowaną myśl teologiczną.
Według najnowszych statystyk wspólnoty niezależne w amerykańskim protestantyzmie (tzw. non-denominationals) wzrosły z 3 proc. w latach 70. do 30 proc. w 2025 r. Stało się to kosztem tradycji protestanckich tzw. głównego nurtu – luteranów, baptystów, a zwłaszcza metodystów, którzy wcześniej stanowili 22 proc. wszystkich protestantów w USA (dziś jest ich zaledwie 8 proc.).
Dla amerykańskiego ewangelikalnego protestantyzmu charakterystyczne jest odwoływanie się do tzw. teologii sukcesu, czyli wiary w to, że Bóg wynagradza nas już w świecie doczesnym. Dlatego pastorzy-milionerzy nie muszą się obawiać krytyki ze strony wiernych – pieniądze i władza (w tym polityczna) są widzialnymi owocami Bożego błogosławieństwa.
Prof. Kevin Kruse z Uniwersytu w Princeton, badacz historii politycznej USA, zauważa, że w amerykańskim społeczeństwie doszło wręcz do utożsamienia chrześcijaństwa z konserwatywnym stylem życia, przywiązaniem do indywidualizmu i kapitalizmu oraz niechęcią do idei solidarności i polityki prospołecznej. Z tego też powodu Amerykanie nie mają problemów z religijnym usprawiedliwianiem swego ekspansjonizmu.
Chrześcijański syjonizm w USA
Przy okazji wojny z Iranem w USA dochodzi też do głosu ruch chrześcijańskiego syjonizmu. Z ust pastorów co chwilę można słyszeć, że Bóg będzie błogosławił tym, którzy błogosławią Izrael, a złorzeczył tym, którzy mu złorzeczą (por. Rdz 12, 3 – błogosławieństwo Abrahama).
Syjonistyczne chrześcijaństwo nie tylko podkreśla nieodwołalność Bożego wybrania Żydów (z czym zgadza się również teologia katolicka), ale kładzie też nacisk na konieczność odbudowy państwa Izrael. Na początku marca kaznodzieja John Hagee, założyciel Christians United for Israel, mówił w jednym z kazań, że „wszechmogący Bóg przybywa na pole bitwy, a wrogowie Syjonu i wrogowie Stanów Zjednoczonych mogą być zniszczeni na jego oczach”.
Warto dodać, że w świetle ewangelikalnej teologii taka pozycja Izraela wcale nie jest oczywista. W XIX w. zrodził się w jej łonie nurt zwany dyspensacjonalizmem (wiara w to, że dzieje zbawienia dzielą się na wyraźne epoki), który zakładał zniszczenie Izraela i konieczność jego odbudowy (by spełniło się biblijne proroctwo).
Dyspensacjonaliści wierzyli, że po odnowieniu Izraela nastąpi kolejny okres ucisku – Antychryst zaatakuje go ponownie i rozegra się kulminacyjna bitwa Armagedonu. Wtedy powróci Chrystus i zacznie się nowe millenium Jego panowania, a Żydzi albo rozpoznają Chrystusa jako mesjasza, albo zginą.
Taka teologia stała się bardzo popularna dzięki wydaniu Biblii z przypisami Scofielda (fundamentalisty i dyspensacjonalisty) oraz popkulturze, np. książkom z serii „Dzień Zagłady” czy „The Late Great Planet Earth”.
W literalnym odczytaniu ksiąg prorockich i Apokalipsy oraz dzieleniu historii na epoki świat stworzony przez Boga jest całkowicie niezależny od nas, a plan dla niego został już przygotowany. Dlatego troska o przyszłość wydaje się nie mieć już znaczenia. Skoro ostatecznie nic nie zależy od człowieka, po co martwić się takimi rzeczami jak choćby globalne ocieplenie?
Literalizm zamiast tradycji
Historycznie rzec ujmując, protestantyzm amerykański, zwłaszcza w ewangelikalnym wydaniu, w zasadzie zawsze charakteryzował się antykatolicyzmem. Także opisywany tu biblijny fundamentalizm, oparty na subiektywnej i wyrywkowej lekturze Pisma, trzyma się z dala od tradycji egzegetycznych, które w ostatnim wieku zadomowiły się w Kościele katolickim, interpretującym Pismo Święte nie tylko w oparciu o tradycję i Magisterium, ale też z wykorzystaniem metod krytycznych.
Zresztą podobnie jak katolicy postępują protestanci głównego nurtu: ich interpretacja też nie jest czysto indywidualna i oderwana od tradycji Kościoła.
Literalizm biblijny (dosłowna interpretacja) objawia się także w zrównywaniu Starego Testamentu z Nowym, odmiennie niż w sięgającej starożytności tradycji, głoszącej, że Stare Przymierze znajduje wypełnienie w Jezusie Chrystusie, a przeszłe wydarzenia należy czytać jako zapowiedzi Ewangelii.
Gdy w Niedzielę Palmową papież głosił, że Jezus jest Królem Pokoju i nie słucha modlitw ludzi wzywających do wojny, lecz je odrzuca (w duchu katolickiej nauki na temat wojny sprawiedliwej), ewangelikalni influencerzy i pastorzy w kontrze przytaczali cytaty ze Starego Testamentu, że Bóg sam wzywa do świętej wojny, i porównywali Trumpa do króla Dawida.
Podobnie robi Pete Hegseth, gdy w kontekście wojny z Iranem przywołuje Psalm 144 („Pan moje ręce zaprawia do walki, moje palce do wojny”), ignorując w zasadzie całą chrześcijańską tradycję, sięgającą ojców Kościoła, która ten fragment rozumiała w kontekście walki z grzechem.
Trudno oczywiście powiedzieć, czy Hegseth rzeczywiście wierzy w to, o czym mówi. Być może jest to jedynie religijne rozgrywanie republikańskich wyborców. W każdym razie nie posługuje się żadną tradycyjną hermeneutyką teologiczną, tylko wybiera z Biblii wyłącznie te fragmenty, które retorycznie pasują do jego przekazu i mają go wzmacniać.
Państwo protestanckie?
Jednakże nawet w konserwatywnej, międzywyznaniowej koalicji, skupionej wokół Białego Domu, zaczynają pojawiać się pęknięcia.
Wiele kontrowersji wywołało zaproszenie pastora Douga Wilsona (założyciela wspólnoty CREC, do której należy Hegseth) na wspólne nabożeństwo w Pentagonie. Wilson to nie tylko chrześcijański nacjonalista i postmillenarysta (wierzący, że większość przepowiedni z Apokalipsy już się dokonała), ale też otwarty zwolennik systemu patriarchalnego (uważa, że kobiety nie powinny zajmować stanowisk przywódczych, jest też przeciwnikiem 19. poprawki do Konstytucji, która przyznaje kobietom prawa wyborcze) oraz wprowadzenia kar za homoseksualizm.
Wolność religijna jest – zdaniem Wilsona – powiązana wyłącznie z amerykańską myślą protestancką i dlatego powinna dotyczyć tylko wspólnot tego wyznania. Publiczne przejawy religijności innej niż chrześcijaństwo protestanckie – np. uroczyste obchody świąt hinduskich, muzułmańskich czy katolickich (procesje eucharystyczne czy używanie wizerunków Maryi i świętych) powinno być zakazane jako bałwochwalstwo – twierdzi pastor.
Przestrzeń publiczna jest państwowa, a Stany Zjednoczone są państwem protestanckim, w związku z czym nie powinny pozwalać na demonstracyjne promowanie religii niechrześcijańskich i katolicyzmu, których miejsce jest jedynie w sferze prywatnej.
Do podziałów wśród zwolenników Trumpa dochodzi też z powodu syjonizmu – głośne było usunięcie z Komisji ds. Wolności Religijnej influencerki Carrie Prejean Boller, która obarcza Żydów winą za śmierć Jezusa (bo przecież tak jest napisane w Biblii), a wspiera ją w tym także Tucker Carlson, znany publicysta i propagator MAGA.
Trump jako figura mesjańska
Jak widać, konflikty, których jesteśmy świadkami, rozgrywają się nie tylko na poziomie politycznym, ale też teologicznym. W przekonaniu ewangelikalnych pastorów MAGA prezydent Trump jest figurą mesjańską, dlatego można mu wybaczyć osobiste przewinienia. Jest narzędziem w rękach Boga i jego osobiste grzechy – niewierność małżeńska, rozwiązłość, wybuchowy charakter, wulgarność czy kłamstwa – w żaden sposób nie kalają jego misji. Ma zbawić nie tylko Amerykę, ale też świat w myśl idei dyspensacjonalizmu.
Franklin Graham, syn wspomnianego Billy’ego, największego ewangelizatora i kaznodziei w historii USA, jest przekonany, że to sam Bóg umieścił Trumpa w Białym Domu. W niedawnym liście do prezydenta napisał: „ważne jest, byś wiedział z całą pewnością, że twoja dusza jest bezpieczna i spędzi wieczność w obecności Boga”.
Taka retoryka, idąca w parze z religijnym fundamentalizmem, to spory problem dla katolików (ale też dla wielu protestantów głównego nurtu, np. afroamerykańskich baptystów). Zwłaszcza tych, którzy widzą w Ewangelii przesłanie miłości – wyrażające się podejściem prospołecznym, które jest całkowicie sprzeczne z prawicową, konserwatywną i kapitalistyczną wizją amerykańskiego chrześcijaństwa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















