PATRYCJA BUKALSKA: Sytuacja na Bliskim Wschodzie zmienia się z dnia na dzień. Jeszcze niedawno USA proponowały rozejm między Izraelem a Hezbollahem. Teraz wydarzenia przyspieszają. Czy możemy pokusić się choćby o scenariusze krótkoterminowe?
Łukasz Fyderek: Mamy dziś wojnę Izraela na trzech frontach. Pierwszy to Palestyna: tu sytuacja jest najbardziej statyczna. Izrael będzie zapewne kontynuować strategię wywierania presji na Hamas przez okupację Gazy przy pomocy zmniejszonych sił militarnych. To strategia, którą Izrael realizuje od połowy lata, próbując pogodzić cel militarny, jakim jest okupowanie Gazy, z celem społeczno-politycznym, jakim jest zmniejszenie „pracochłonności” tego zadania, jeśli można to tak bardzo brutalnie nazwać.
Drugi front?
To front libański. Po sukcesie operacyjno-strategicznym, jakim było zgładzenie Hassana Nasrallaha oraz po „operacji dekapitacyjnej” wymierzonej w Hezbollah, rząd izraelski podjął decyzję o inwazji lądowej. W mojej ocenie błędną. Realizuje więc teraz, jak to eufemistycznie określa, „manewr lądowy”. Ze wszystkimi konsekwencjami, które można było przewidzieć, czyli ponosząc straty. Oddziały rozpoznawcze weszły do południowego Libanu i natykają się na przygotowywane przez dziesiątki lat punkty umocnione i zasadzki Hezbollahu.
Wydaje się jednak, że Hezbollah został osłabiony.
Uderzenia „dekapitacyjne” podważyły zdolności Hezbollahu, ale nie zmniejszyły jego potencjału bojowego na południu Libanu. Jego rozproszone w terenie komórki działają zgodnie z planami przygotowanymi na ewentualność izraelskiej inwazji. Nie potrzebują do tego łączności ani koordynacji. W kolejnych dniach i tygodniach możemy spodziewać się, że Izrael będzie posuwać się naprzód, ale jak szybko, to zależy od użytych środków. Mamy informacje, że obecnie to tylko cztery brygady. Potrzeba będzie więc pewnie angażowania większych sił. Hezbollah jest na to przygotowany.
Netanjahu twierdzi, że musiał tak postąpić, aby kilkadziesiąt tysięcy obywateli mogło wrócić do domów w północnym Izraelu.
Nie sądzę, by ta operacja przyczyniła się do poprawy sytuacji ludności izraelskiej na północy kraju. Nadal nie będzie mogła wrócić do domów, nadal będzie trwał tam ostrzał z terenu Libanu.
Ci ludzie musieli zostać stamtąd ewakuowani, gdy w październiku 2023 r. Hezbollah zaczął ostrzał północnego Izraela.
To eskalowało. W momencie, kiedy po 7 października 2023 r. Izrael wszedł do Gazy, w reakcji na atak terrorystyczny Hamasu, Hezbollah stanął przed dylematem, czy podjąć jakieś działania w solidarności z Palestyńczykami. Bo Hezbollah to nie tylko organizacja zbrojna, ale też partia polityczna, która ma swoich wyborców. Część jego elektoratu oczekuje, że będzie się skupiać na problemach libańskich, żeby żyło się lepiej. Ale część chce, by wspierać braci Palestyńczyków.
Hezbollah zaczął ostrzał, ale początkowo ograniczony: nie atakował terenu uznanego międzynarodowo jako państwo Izrael, ale teren tzw. farm Szeba. To miejsce o skomplikowanym statusie: Hezbollah i Syria uznają je za teren libański, a Izrael twierdzi, że to teren syryjski, który jest pod izraelską okupacją.
Dlaczego właśnie tak?
To był sygnał dla Izraela, że Hezbollah jest gotowy do eskalacji, ale nie chce wchodzić w konflikt. To się jednak nasilało: Izrael zaczął odpowiadać, Hezbollah ostrzeliwać militarne cele izraelskie w strefie nadgranicznej. Potem rakieta Hezbollahu spadła na grupę druzyjskich dzieci, obywateli Izraela…
To było w lipcu. Zginęło dwanaścioro dzieci na boisku szkolnym. Hezbollah nie przyznaje się do tego, ale Izrael nie ma wątpliwości, że to była rakieta Hezbollahu.
Tak doszło do stanu, który znaliśmy z ostatnich miesięcy. Czyli: co miesiąc około stu ostrzałów w wykonaniu Hezbollahu i około sześciuset ostrzałów w wykonaniu Izraela. Potem była operacja dekapitacji Hezbollahu i zabicia Nasrallaha…
Co się dzieje teraz w Libanie?
Katastrofa humanitarna. W tej chwili już milion ludzi – tyle podają władze libańskie – opuściło swoje domy, uciekając przed izraelskimi bombardowaniami. Kampania lądowa też się do tego przykłada. Ostrzeżenia, które Izrael wysyła do mieszkańców Libanu, pokazuje bardzo daleki zasięg tej operacji, wykraczający poza umowną granicę Libanu południowego, czyli rzekę Litani. Jako miejsca bezpieczne Izrael wskazuje miejscowości oddalone znacznie bardziej od granicy izraelskiej. To pozwala sądzić, że ambicje dowództwa armii izraelskiej są duże.
A trzeci front, o którym Pan mówi?
To konflikt Izraela z Iranem. On będzie mieć największe skutki i może mieć też wpływ na scenę globalną. 1 października Iran zdecydował się na atak rakietowy na Izrael: wystrzelił ok. 200 pocisków balistycznych. Dla strategicznego obrazu tego konfliktu istotne jest, że przynajmniej kilkanaście z nich przedarło się przez izraelską obronę przeciwrakietową. Trafiły głównie w cele militarne, m.in w bazę lotniczą Newatim na pustyni Negew, blisko ośrodka nuklearnego, a także w cele w Tel Awiwie i okolicy, w tym koło ośrodka logistycznego armii i siedziby Mossadu.
Co to oznacza?
To pokaz zdolności technologicznych Iranu do przełamywania obrony przeciwrakietowej Izraela. Oraz próba – według mnie, skuteczna – odtworzenia potencjału odstraszania Iranu, które to odstraszanie zostało ostatnio nadwyrężone. W poprzedniej równowadze sił między Iranem a Izraelem główną rolę odstraszającą Izrael przed atakiem na Iran pełnił Hezbollah: jego arsenał rakietowy i jego gotowość do wykonania uderzenia rakietowego z terenu Libanu. Wprawdzie z użyciem niezbyt nowoczesnych pocisków, ale za to licznych i lecących na niewielką odległość. Teraz, gdy Hezbollah jest osłabiony, Iran chciał pokazać Izraelowi, że ma też inne możliwości przełamania jego obrony powietrznej.
W chwili, gdy rozmawiamy, nie ma jeszcze reakcji Izraela. Co może zrobić?
Izrael zadeklarował, że w przypadku ataku irańskiego odpowie również atakiem rakietowym. Wskazano dwa potencjalne cele: program atomowy i przemysł naftowy Iranu.
Prezydent USA deklaruje, że nie poprze ataku na irańskie obiekty nuklearne. Tyle że ostatnio Izrael nie zważa na opinię Amerykanów.
Z perspektywy USA izraelski atak na irańskie obiekty nuklearne byłby niekorzystny, bo mógłby skłonić Iran do przyspieszenia prac nad bronią jądrową i do wycofania się z traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Pamiętajmy, że Iran nadal jest sygnatariuszem tego układu. Słowem: mógłby osłabić frakcję „gołębią” w rządzie Iranu.
A druga opcja, którą sygnalizował Izrael?
Ona też jest problematyczna, bo Iran nie skierował swoich rakiet w analogiczne cele w Izraelu: na ile nam wiadomo, nie zaatakował elektrowni izraelskich, zbiorników z ropą, portów ani platform wiertniczych. Jeżeli więc Irańczycy starali się pokazać, że atakują wyłącznie cele militarne, a Izrael odpowie asymetrycznie, czyli uderzy w cele, które nie są militarne, lecz są związane z gospodarką Iranu, to będzie ruch eskalacyjny.
Dlaczego?
Bo wtedy Iran może odpalić kolejną salwę i uderzyć w przemysł naftowy lub energetykę w Izraelu. Jakiekolwiek uderzenie Izraela, które nie będzie symetryczne wobec tego, co zrobił Iran, będzie eskalujące. Jeśli zaś Izrael wykona uderzenie, w mniejszej lub większej skali, ale również w instalacje militarne Iranu, będzie to odpowiedź symetryczna, deeskalująca.
Natomiast gdyby rząd Izraela spełnił którąś z zapowiedzi, jakie pojawiają się w triumfującym tonie, jak próba zabójstwa Najwyższego Przywódcy Iranu, uderzenie w program jądrowy albo we wrażliwe cele gospodarcze, byłaby to gwałtowna już eskalacja.
Od czego zależy decyzja Izraela?
Od tego, jak duża była skuteczność ataku irańskiego. Za kilka dni będzie wiadomo więcej o skali szkód w bazach lotniczych – spłyną dane z komercyjnych satelitów. Jeśli Iran zademonstrował, że jest w stanie je trafić jedną salwą rakietową, to znaczy, że jest w stanie je trafiać też kolejnymi salwami rakietowymi. A to poważny problem dla Izraela, bo doktryna izraelskiego kontrataku konwencjonalnego opiera się na lotnictwie.
Ono liczy wprawdzie ponad 250 samolotów bojowych, ale ma dwa słabe punkty. Pierwszy to bazy – i w te trafił Iran. Drugi to fakt, że operacje na takich dystansach jak między Izraelem a Iranem wymagają sprawnej floty samolotów-cystern. Izrael ma ich tylko siedem, to stare boeingi, zapewne nie wszystkie sprawne. Dostawy nowych z USA opóźniają się, co utrudnia planowanie kampanii powietrznej przeciw tak odległemu i rozległemu przeciwnikowi, jakim jest Iran.
Jestem więc ostrożnym optymistą, że odpowiedź Izraela będzie miała charakter ograniczony i Iran uzna ją za nieeskalacyjną.
Czyli jest szansa na zatrzymanie pełnowymiarowej wojny? Premier Netanjahu mówi jednak, że Izrael będzie atakować Hezbollah aż do osiągnięcia wszystkich swoich celów.
Czyli wracamy do zagadnienia libańskiego… Bo gdy idzie o Iran, to nie znajduję w retoryce izraelskiej deklarowanego oficjalnie celu.
Netanjahu mówi jednak o irańskiej „osi zła”, z którą trzeba walczyć.
Tak, ale Izrael nie może zlikwidować Iranu. Nie ma takich narzędzi. Teoretycznie może uderzyć nuklearnie, ale zakładam, że nie jesteśmy na tym etapie. Deklaracje na Bliskim Wschodzie są często kwieciste i bombastyczne. Jeśli odłożymy je na bok i przejdziemy do realnych możliwości, to Izrael ma, owszem, możliwość prowadzenia operacji na północy.
I może zlikwidować Hezbollah?
Co to znaczy: zlikwidować Hezbollah? Izrael może przeć, aż dojdzie do Bejrutu, co zrobił w 1982 r. Będzie to trudne, ale nie niemożliwe. Izrael już ma problemy z rekrutacją, ma armię mobilizowaną od roku, gospodarka ponosi z tego powodu koszty, jest problem z poborem ortodoksyjnych Żydów.
Wyobraźmy sobie jednak scenariusz, że Izrael dojdzie do Bejrutu, dokona czystki wszystkich ludzi, którzy identyfikują się z Hezbollahem. Choć będzie to trudne, bo to duży obszar – to nie Gaza, a nawet w Gazie nie udało się wyeliminować Hamasu.
Co stałoby się potem w Libanie?
Izrael będzie musiał się wycofać. Czyli: osiągnie na krótko jakiś zabezpieczający cel, bo ustanie ostrzał północnego Izraela z terytorium Libanu, ale poniesie duże straty i nie będzie w stanie utrzymać okupacji południowego Libanu. Wycofa się, pozostawiając całe mnóstwo ludzi pełnych żalu, gniewu i zmotywowanych, by poświęcić swoje życie w walce z Izraelem. Finalnie północna granica Izraela nie zostanie więc zabezpieczona.
Netanjahu wybiega tak daleko w przyszłość?
Ostatnie wydarzenia każą nam powątpiewać, że premier Izraela ma jakiś dalekosiężny plan, że rozumuje w kategoriach dłuższych niż tygodnie czy miesiące. Świadczą o tym choćby wydarzenia w Gazie: nie ma odpowiedzi na pytanie, co dalej, jaki jest izraelski plan na Gazę. Rząd Izraela miał dobry moment, gdy dokonał skutecznych uderzeń przeciw Hezbollahowi i mógł wtedy postawić kropkę. Miał przewagę, Hezbollah był osłabiony, Netanjahu mógł to politycznie skapitalizować. Jednak zdecydował się na ruch, który świadczy o krótkowzroczności.
Operacja lądowa w Libanie to błąd Izraela?
Tak uważam. Szyicki Hezbollah miał szczyt popularności w 2006 r., gdy walczył z Izraelem. Wtedy wszyscy Libańczycy uważali, że to słuszna sprawa. Sunnici, maronici, prawosławni, druzowie – oni wszyscy nie lubili Hezbollahu, ale bronił on ich kraju. Potem ta popularność spadała. Z chwilą, gdy po 2011 r. Hezbollah zaangażował się w Syrii po stronie Baszara al-Asada w mordowanie Syryjczyków, rozmienił cały ten kapitał na drobne. Natomiast Izrael dokonuje dziś inwazji – jakkolwiek byśmy tego eufemistycznie nie nazwali, „manewrem lądowym” czy „ograniczoną operacją”. W 1982 r. ówczesny minister obrony Ariel Szaron też tak nazywał operację w Libanie. Ona zakończyła się dojściem do Bejrutu.
Co będzie potem?
Dobre pytanie. Od roku Amerykanie pytają Izraelczyków, jaki jest ich plan polityczny na Gazę, kto ma tam rządzić? Wycofacie się i kto tam zostanie? Wiadomo, że to ziemia palestyńska, którą powinni rządzić Palestyńczycy. Rząd Izraela nie odpowiada na takie pytania.
Czy jednak można prognozować, do jakich zmian doprowadzi długoterminowo obecny konflikt na Bliskim Wschodzie?
Ale przecież nie wiemy nawet, co się wydarzy w przyszłym tygodniu!
Jakiś cień optymizmu jednak się pojawił: że wielka wojna Izrael–Iran jest mimo wszystko nieracjonalna dla obu stron.
W realizmie politycznym istnieje koncepcja równowagi sił lub równowagi strachu – na tym polega odstraszanie. Strach jest pewnego rodzaju walutą w systemie międzynarodowego bezpieczeństwa. Na Bliskim Wschodzie ta równowaga strachu bazowała do tej pory na przekonaniu, że jeśli Izrael zaatakuje Iran, to rakietowo odpowiedzą i Iran, i Hezbollah. Teraz Hezbollah stracił część możliwości – część, bo na pewno nie stracił zdolności do walki partyzanckiej i nie stracił też wciąż dużej części arsenału rakietowego.
Irański atak na Izrael odtworzył tutaj równowagę strachu?
Tak uważam. Stosunkowo skuteczny atak rakietowy Iranu na izraelskie bazy lotnicze sprawił, że Iran częściowo odtworzył swój potencjał odstraszania Izraela. To główny czynnik, który może powstrzymać dalszą eskalację tego konfliktu i przekształcenie go w pełnoskalową wojnę między Izraelem a Iranem.
Wracając do pierwszego frontu: co z Palestyńczykami?
Kwestia palestyńska to tutaj rdzeń wszystkich problemów. Ona jest nierozwiązana. W „Financial Times” ukazał się artykuł ministra spraw zagranicznych Arabii Saudyjskiej, który nakreślił pozycję królestwa Saudów: otóż Riad nie wyobraża sobie normalizacji stosunków z Izraelem, dopóki nie zostanie rozwiązany problem państwa palestyńskiego.
Ta presja na Izrael będzie rosła. Na razie Izrael pod rządami Netanjahu ją ignoruje. Ale może to wynikać z tego, że premier i jego doradcy uważają, iż teraz jest to „okienko możliwości”, które potem, gdy dojdą do głosu dyplomaci, może się zamknąć.
Jakie to wszystko ma skutki dla nas w Europie?
Przekraczanie przez Izrael kolejnych granic ma wiele negatywnych skutków dla porządku międzynarodowego i także dla nas jako Zachodu. Bo z perspektywy Globalnego Południa pojawia się pytanie: dlaczego mamy popierać waszą walkę przeciw Rosji, która dokonuje w Ukrainie swojej „ograniczonej operacji”, a nie mówicie nic przeciw analogicznej sytuacji, gdy robi to Izrael? To politycznie bardzo obciążające dla Zachodu, to eroduje porządek oparty na ustalonych zasadach.

Dr hab. ŁUKASZ FYDEREK jest dyrektorem Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Politolog, analityk spraw międzynarodowych specjalizujący się w problematyce bliskowschodniej.
Materiał ukończono 3 października.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















