Jo Ellis wścieka się, że administracja Donalda Trumpa nie mogła znaleźć gorszego terminu. Transpłciowi członkowie sił zbrojnych na dobrowolną rezygnację ze służby mieli czas do 6 czerwca. Tego dnia przypada rocznica lądowania wojsk alianckich w Normandii w 1944 r.
Dla Jo to symboliczna data, bo służy ona w pułku lotniczym należącym do 29. Dywizji Piechoty Gwardii Narodowej Wirginii, która brała udział w pamiętnym desancie. Trzy dni po obchodach jego 81. rocznicy Jo Ellis dostała polecenie od dowódcy, że ma wstrzymać się z cotygodniowymi lotami śmigłowcem. Jako osoba, która dokonała korekty płci, nie kwalifikuje się do dalszej służby.
Przełożeni zrobili to, choć 35-letnia Jo Ellis jako gwardzistka, a nie żołnierz w czynnej służbie, ma czas do 7 lipca na decyzję o dobrowolnym odejściu.
„Nie chcemy facetów w sukienkach” – mówi sekretarz obrony Pete Hegseth
Te dwa terminy – 6 czerwca dla osób w czynnej służbie i 7 lipca dla członków Gwardii Narodowej oraz rezerwistów – wyznaczył sekretarz obrony Pete Hegseth, działając na podstawie styczniowego dekretu Trumpa. Prezydent stwierdził w nim, że bycie osobą transpłciową kłóci się ze „zobowiązaniem żołnierzy do honorowego, prawdomównego i zdyscyplinowanego stylu życia”. Jednym słowem: transpłciowi żołnierze nie nadają się do służby wojskowej.
Dekret zaskarżono, jednak w maju Sąd Najwyższy USA zezwolił administracji na wprowadzenie restrykcji do czasu, aż spór w tej kwestii zostanie całkowicie rozstrzygnięty przez sądy. Kilka godzin później sekretarz obrony powiedział na konferencji: „Żadnych więcej facetów w sukienkach. Skończyliśmy z tym gównem”.
Na marginesie: Hegseth, zagorzały przeciwnik liberalnych porządków w Pentagonie, zwolnił w ostatnich miesiącach wysokich rangą wojskowych oskarżanych o wspieranie polityki różnorodności w siłach zbrojnych.W maju nakazał redukcję o jedną piątą w szeregach czterogwiazdkowych generałów i admirałów, co odebrano jako zapowiedź czystki.
Polityka wobec osób transpłciowych w armii zmieniła się za rządów Obamy
Gdy idzie o transpłciowych wojskowych, polityka Trumpa w jego drugiej kadencji jest bardziej restrykcyjna niż za jego pierwszych rządów, kiedy również zakazano im służby. Tym razem nie tylko zablokowano im możliwość zaciągnięcia się do sił zbrojnych, ale także nakazano zwolnienie tych, którzy już służą i mają diagnozę dysforii płciowej, polegającej na odczuwaniu niechęci i dyskomfortu wobec swojej płci biologicznej.
Trump od lat powtarza, że osoby transpłciowe niszczą morale w wojsku, a koszty związane z ich opieką medyczną są zbyt dużym obciążeniem dla budżetu. Według danych Pentagonu od 2016 r. na ich leczenie – obejmujące psychoterapię, terapię hormonalną i operacje korekty płci – wydano 52 mln dolarów.
Rok 2016 nie figuruje w tym zestawieniu przypadkowo: właśnie wtedy administracja Baracka Obamy, prezydenta z Partii Demokratycznej, zniosła zakaz służby osób transpłciowych. Pięć lat wcześniej, również za rządów Obamy, zerwano z polityką „Nie pytaj, nie mów”, zakazującą gejom, lesbijkom i osobom biseksualnym ujawniania się w wojsku ze swoją orientacją.
Coming out w Pentagonie
Polityka Obamy była punktem zwrotnym w życiu Bree Fram, 46-letniej inżynier astronautycznej i jednej z najwyższych rangą transpłciowych wojskowych w USA. W rozmowie z „Tygodnikiem” Bree opowiada, że coming outu dokonała 30 czerwca 2016 r. – tuż po tym, jak sekretarz obrony Ashton B. Carter ogłosił przed kamerami, że osoby transpłciowe w wojsku nie muszą kryć się ze swą tożsamością płciową.
Bree wspomina, jak pod koniec przemówienia Cartera opublikowała post na Facebooku i wysłała maila do współpracowników. Po czym, z lęku przed reakcją ze strony dowództwa, pobiegła na siłownię w budynku Pentagonu. Po powrocie do biura spotkała się z pozytywną reakcją ze strony przełożonych i kolegów.
Niecałe trzy lata później zaczęła procedurę korektę płci i od marca 2020 r. służy w Pentagonie jako kobieta. Mogła to zrobić, bo przed wprowadzeniem restrykcji przez Trumpa w kwietniu 2019 r. otrzymała diagnozę dysforii płciowej, co chroniło ją przed zwolnieniem.
Tożsamość nie przeszkodziła jej w karierze: w 2021 r. Bree spełniła marzenie i dołączyła do sił kosmicznych, powołanych za pierwszej prezydentury Trumpa. W US Space Force kierowała zespołem odpowiedzialnym za planowanie, jakich systemów siły kosmiczne będą potrzebować za 5, 10 i 20 lat.
Wcześniej Bree służyła w lotnictwie, m.in. kierowała pracami nad rozwojem systemów obrony przed dronami. Była na misji w Iraku, w jednostce wykrywającej z powietrza bomby pułapki. Do Iraku, jeszcze jako mężczyzna Bryan Fram, poleciała znów w 2018 r., by szkolić armię iracką.

Ostatnie zdjęcia w mundurze
Gdy rozmawiamy w połowie czerwca, pułkownik Bree Fram ma za sobą ostatni dzień pracy w Pentagonie. Podobnie jak wielu transpłciowych wojskowych zdecydowała się na dobrowolne odejście. Nie chciała zadzierać z systemem w momencie, gdy po ponad 20 latach służby jest uprawniona do emerytury. Ma na utrzymaniu dwoje dzieci, jej żona nie pracuje.
– Trudno opisać, jak czuje się człowiek odsunięty ze służby nie ze względu na wyniki w pracy czy zachowanie, ale z powodu tego, kim jest. To budzi we mnie dużo złości, żalu i smutku – mówi mi Bree.
Zaznacza, że dzieli się swoimi prywatnymi poglądami, które mogą nie odzwierciedlać polityki Pentagonu i rządu USA: – Chcę to zaznaczyć jasno: Departament Obrony dokonał fikcyjnego podziału na dobrowolne i przymusowe odejście transpłciowych osób. Przecież nikt z nas z własnej woli nie chce odejść ze służby. Wiedziałam, że po 6 czerwca wyślą mnie na urlop administracyjny bez względu na to, którą opcję wybiorę. To dla mnie duży cios.
Pułkownik wylicza, że w ostatnim dniu służby zdążyła odznaczyć medalem za osiągnięcia trzech współpracowników z sił kosmicznych. Dokończyła raporty ewaluacyjne na temat podwładnych, oddała służbowy sprzęt i zrobiła sobie ostatnie zdjęcia w mundurze. Jedno z łagodnym uśmiechem na twarzy, drugie poważne, tak jakby dopuszczała już do siebie myśl, że za kilka miesięcy odejdzie na emeryturę i zakończy formalnie służbę w Pentagonie.
Zwalniani nie protestują, boją się konsekwencji
Administracja Trumpa postawiła pod ścianą ok. 4,2 tys. transpłciowych wojskowych. Stanowią oni (stanowili) ok. 0,2 proc. członków amerykańskich sił zbrojnych. To konkretne historie konkretnych ludzi.
Serwis telewizji CNN opisuje historię marynarza floty wojennej Benjamina Kiblera. Dowiedział się, że wyleci z wojska, choć w tym roku dostał awans i miał przenieść się z żoną do Japonii. Para zaczęła się już do tego przygotowywać: żona Kiblera zrezygnowała z pracy, sprzedali swój samochód.
Gdy sytuacja zmieniła się o 180 stopni, Kibler zdecydował się dobrowolnie odejść z wojska, obawiając się, że w przeciwnym razie będzie musiał zwrócić 24 tys. dolarów, jakie dostał podczas 13-letniej służby w ramach bonusu (np. niektórzy dostają pieniądze na zachętę, gdy zaciągają się do wojska).
Podjęcie walki z systemem może oznaczać także utratę podwójnej odprawy i potencjalnie plamę w papierach. Transpłciowi żołnierze boją się, że np. dostaną adnotację „zwolniony z uwagi na interes bezpieczeństwa narodowego”, co może utrudnić im szukanie pracy.

Dla Jo Ellis służba w armii to kontynuacja rodzinnej tradycji
Jednak Jo Ellis mówi „Tygodnikowi”, że nie zamierza się poddać i nie zdecyduje się na dobrowolne odejście z Gwardii Narodowej. – Chcę patrzeć na to, jak przełożeni przeglądają moje papiery i oglądają przyznane mi medale, mając świadomość, że jestem w pełni zdolna do służby wojskowej i zwalnianie mnie jest bezpodstawne – tłumaczy.
Jo Ellis może pozwolić sobie na taką odwagę, bo służba w Gwardii Narodowej jest tylko dodatkiem do jej codziennego życia. Śmigłowcem lata szkoleniowo tylko raz w tygodniu, a od poniedziałku do piątku pracuje jako programistka w jednej z korporacji.
Tłumaczy mi, że to jej życiowy kompromis. Chciała dopełnić rodzinnej tradycji: w wojsku służyli jej brat, kuzyn (dziś emerytowany admirał), a także dziadek, który w trakcie II wojny światowej był w marynarce. Z drugiej strony, Jo wolała mieć bardziej ustabilizowane życie niż jej brat, którego rozkaz rzuca w różne miejsca w USA i na świecie.
Choć nie jest też tak, że Jo nie pracowała dla Gwardii Narodowej za granicą. Jeszcze jako mechanik helikopterów stacjonowała przez krótki czas w Iraku, Gwatemali i Kuwejcie. Brała udział jako strzelec pokładowy w misjach bojowych w Iraku, na pokładzie śmigłowca Black Hawk, za co została odznaczona medalem.
Rodzice Jo wierzyli, że Trump nie zrealizuje swych zapowiedzi
Przez większość swojej 16-letniej kariery wojskowej Jo Ellis służyła jako mężczyzna. Procedurę korekty płci zaczęła we wrześniu 2023 r., jeszcze za rządów Joego Bidena, który tak jak prezydent Obama zezwalał na „otwartą” służbę transpłciowych wojskowych. Operację feminizacji twarzy Jo przeszła 14 listopada 2024 r., dziewięć dni po zwycięstwie Trumpa w wyborach prezydenckich.
– Wiedziałam, że ponoszę duże ryzyko, bo Trump już podczas kampanijnych wieców powtarzał, że zakaże służby wojskowej osobom transpłciowym. Byłam już jednak od długich miesięcy po korekcie płci. Po cichu łudziłam się, że Trump nie zrealizuje swoich obietnic wyborczych. Tak samo sądzili moi rodzice, którzy głosowali na niego w wyborach – wspomina Jo Ellis.
Powrót Trumpa do Białego Domu to dla gwardzistki z Wirginii nie tylko koniec służby, ale też fala hejtu, jaka spotkała ją już w pierwszych dniach jego urzędowania. Jo stała się bohaterką teorii spiskowej, jakoby to ona spowodowała zderzenie śmigłowca wojskowego z samolotem pasażerskim, do którego doszło 29 stycznia w pobliżu Waszyngtonu.
Grunt pod hulającą w social mediach teorię przygotował niejako sam prezydent, sugerując, że winna katastrofie jest zbyt luźna polityka zatrudniania kontrolerów lotu, wynikająca z programu DEI wspierającego inkluzywność.

„Splunę na twój grób” – pisali internauci
Stając się z dnia na dzień ofiarą dezinformacji, Jo Ellis opublikowała w sieci wideo, w którym oznajmiła, że żyje, co miało uciąć spekulacje o jej rzekomej śmierci w katastrofie lotniczej. To jednak nie uspokoiło internautów wysyłających jej za pośrednictwem social mediów hejterskie wiadomości.
– Słyszałam: „Nie powinnaś być w wojsku. Nie mogę doczekać się, aż splunę na twój grób”, „Szkoda, że to nie ty byłaś pilotem tamtego helikoptera, bo powinnaś być teraz martwa”. To przykłady gróźb, jakie dostawałam – wspomina w rozmowie z „Tygodnikiem”.
Z obawy o bezpieczeństwo swej rodziny Jo tymczasowo zatrudniła firmę ochroniarską. Od styczniowych wydarzeń nie wychodzi też nigdy z domu bez broni. Mimo to twierdzi, że jest dziś o wiele bardziej szczęśliwa niż kiedyś.
– Dzięki korekcie płci przestałam doświadczać wewnętrznej pustki, niedopasowania, które wciąż pchało mnie do odhaczania kolejnych osiągnięć. Minęły już czasy, gdy modliłam się do Boga, by mnie uzdrowił, bo nie wiedziałam, co mi dolega. Dopiero po trzydziestce dowiedziałam się od terapeuty, że to dysforia płciowa – mówi Jo, wychowana w rodzinie protestantów, dla których transpłciowość była tematem tabu.
Bree Fram mówi, że nie porzuci służby dla Ameryki
Z tego, że wreszcie może żyć w zgodzie ze sobą, cieszy się także pułkownik Bree Fram. Gdy pytam ją jednak, czy żałuje coming outu w Pentagonie, wyraźnie walczy z emocjami i odpowiada po dłuższej chwili, że najważniejsza jest dla niej autentyczność i to, że nie musi już tracić energii na ukrywanie swojej tożsamości.
Jak przystało na amerykański patos, Bree zaznacza po chwili, że odchodzi z wojska, ale nie porzuci służby dla Ameryki. Zapowiada, że zanim oficjalnie przejdzie na emeryturę, co powinno nastąpić pod koniec roku, planuje napisać książkę. Regularnie udziela też wywiadów i bierze udział w wystąpieniach na temat służby osób transpłciowych.
– Zamieniłam buty wojskowe na trampki, bardziej odpowiednie do walki, jaką muszę teraz stoczyć – mówi Bree Fram, która jak wielu Amerykanów wstąpiła do wojska po atakach terrorystycznych 11 września 2001 r. Jej misja w Pentagonie właśnie dobiega końca.
MARTA ZDZIEBORSKA jest dziennikarką „Press” i byłą korespondentką w USA.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















