Ogień krzepnie, moc truchleje. Co to znaczy, że Bóg się rodzi?

Boże Narodzenie to czas, podczas którego w boskim Świetle ujawnia się przeraźliwie niepojęta tajemnica świata. Czy jesteśmy gotowi ją przyjąć?
Czyta się kilka minut
Zdjęcie ilustracyjne // Fot. Quan Yajun /VCG / Getty Images
Zdjęcie ilustracyjne // Fot. Quan Yajun /VCG / Getty Images

Stado wróbli obsiadło widoczny z mojego okna karmnik i otaczające go krzewy. Ptaki większe, zdecydowanie bardziej najedzone, dorwały się do najlepszych miejsc w samym karmniku. Mniejsze i chudsze, zapewne bardziej głodne, siadły na gałęziach, z dala od wysypanej karmy. Co jakiś czas próbowały dołączyć do uczty – niestety najczęściej nieskutecznie, gwałtownie odganiane przez silniejszych członków stada. Ot, życie…

Dlaczego ciekawi nas to, co wzbudza lęk?

Odwróciłem się od okna, a do głowy przyszły mi pytania (otoczone niejasną świadomością, że – wbrew pozorom – są one ściśle związane z zakończoną właśnie obserwacją świata przyrody): dlaczego tak trudno jest nakręcić wciągający film bez negatywnego bohatera albo bez dramatycznych przeciwności losu w postaci zagrażającego żywiołu lub choćby jakiejś niewielkiej katastrofy? 

Dlaczego najlepiej klikają się nagłówki straszące nas nadchodzącą tragedią? Z jakiej przyczyny nasz umysł wyczulony jest przede wszystkim na zagrożenia, dlaczego bolesne i trudne wydarzenia pamięta znacznie dłużej i wyraźniej niż fakty przyjemne i niosące wytchnienie?

Wyjaśnienie tej cechy umysłu jest proste. Powstał w toku ewolucji jako jedna z podstawowych zdolności służących przetrwaniu i przekazaniu genów. Wyobraźmy sobie zatem naszych przodków na sawannie. Słyszą głośniejszy niż zwykle szum traw. Dźwięk to dla ucha przyjemny – niektórzy zatem rozkoszują się nim jako elementem wspaniałej, otaczającej ich przyrody. Inni jednak reagują na nowy dźwięk lękiem: a co, jeśli to znak zbliżającego się zagrożenia, np. lamparta?

Jeśli to nie lampart powodował ów szmer – zyskiwali (nieco) ci pierwsi: chwilę relaksującej kontemplacji otoczenia, zamiast nieuzasadnionego w tej sytuacji stresu. Jednak jeśli to był lampart – korzyść tych drugich była o życie większa: pierwsi ginęli, a oni, za cenę chwili stresu, cali i zdrowi wracali do obozowiska i mogli przekazać dalej swoje geny. Jesteśmy więc ich potomkami, odziedziczyliśmy ich sposób reagowania na świat.

Opisana właśnie cecha naszego umysłu nie tylko wyjaśnia spory obszar naszego cierpienia, wynikającego ze skupienia na trudnej, bolesnej stronie świata, naszych relacji i naszych bliźnich. Mówi ona także sporo o naturze życia w świecie, jaki jest: że jest ono walką o przetrwanie, procesem, w którym współczucie i życzliwość pojawiły się dość późno i – nie powinno to dziwić – wcale nie są częste.

Czym człowiek różni się od zwierząt

Patrząc na stado wróbli przy karmniku, łatwo pomyśleć z wyższością: oto nierozumna przyroda, rządzona prawem ostrzejszych pazurów i silniejszego dzioba; nie to co człowiek – jedyny w tym świecie na obraz Boga, posiadający sumienie, wrażliwość i zdolność do empatii (gdy patrzyłem na ptaki pod oknem, zrobiło mi się żal tych bardziej głodnych, a niedopuszczanych do jedzenia, po chwili poczułem nawet lekki zalążek gniewu na niesprawiedliwość świata).

Pisał kiedyś poeta w obronie honoru kota oskarżanego o okrucieństwo (o którym miałaby świadczyć zabawa półżywą myszą): 

tylko świadomość 
Umie na chwilę przenieść się w to Inne, 
Współ-odczuć mękę i panikę myszy.

I tak jak kot, jest cała przyroda, 
Obojętna niestety na zło i na dobro

Ludzkość wydaje się jakimś wyjątkiem: 

Nasza świadomość i nasze sumienie
Samotne w bladym mrowisku galaktyk 
Nadzieje pokładają w ludzkim Bogu. 

Który nie może nie czuć i nie myśleć, 
Który jest nam pokrewny i ciepłem i ruchem,
Bo Jemu, jak oznajmił, jesteśmy podobni. 

Poza nami zaś: 

Natura pożerająca, natura pożerana, 
Dzień i noc czynna rzeźnia dymiąca od krwi. 
I kto ją stworzył? Czyżby dobry bozia? 

(Czesław Miłosz, „Do Pani Profesor w obronie honoru kota i nie tylko”).

Ludzie od wieków zauważali ów bezlitosny aspekt materialnego świata i biologicznego życia. Miewali poczucie wyobcowania i jakiejś wyjątkowości ludzkiej świadomości, obdarzonej możliwością rozpoznania dobra i zła oraz zdolnością współczucia cierpiącym istotom. Dlatego od wieków w religijnych i mądrościowych tradycjach ludzkości pojawiały się co rusz takie, które chciały oddzielić rzeczywistość absolutnego, boskiego Dobra od tego świata, w którym – tak się przynajmniej wydaje – rządzi bezwzględna siła.

W chrześcijaństwie takie nurty także istnieją – i to już od samego początku. Od samego też początku nurty te musiały mierzyć się z bożonarodzeniową opowieścią. Idea boskiego wcielenia stanowi bowiem nie lada wyzwanie dla wrażliwości rozpoznającej przemocową strukturę materialnej natury. 

Dlatego w historii myśli chrześcijańskiej nieustannie, od początku, przewijają się wątki uznające otaczającą nas, zmysłowo uchwytną rzeczywistość za dzieło złego lub nieudolnego demiurga – zajmującego w niebiańskiej hierarchii miejsce znacznie niższe niż Byt Absolutny. 

Dlatego od początku pojawia się i co jakiś czas wraca pomysł, że wcielenie Boga było jedynie pozorne, że tak naprawdę Boski Logos nie zmieszał się z mięsem materii. W konsekwencji – że także po naszej, ludzkiej stronie tym, co jedynie się liczy, jest istniejąca w nas umysłowa przestrzeń, którą najlepiej oddzielić od tego, co zmysłowe, cielesne, materialne.

Gdzie leży źródło cierpienia

Czyż nie czyha tu jednak na nas złudzenie? Czy nie łudzimy się uznając, że to, co nazywamy umysłem, duchowym wymiarem człowieka, może być oddzielone od sfery uznawanej za materialną? Przyjrzyjmy się uważnie, co dzieje się w „karmniku”, w którym jednostki Homo sapiens szukają zasobów stanowiących podstawę ich pomyślnej egzystencji.

Tak, są obszary społecznego życia, w których fizyczna siła stanowi podstawowe narzędzie walki o zasoby pozwalające egzystować bezpiecznie, dostatnio i przekazywać swoje geny. Nigdy jednak naga fizyczna siła nie była jedynym narzędziem, którego ludzie używali w tej walce. Z biegiem historii zaś traciła ona dominujące znaczenie, na plan pierwszy wysunął się raczej umysł.

Umysł, który – jak coraz wyraźniej odkrywa współczesna nauka – jest ściśle związany z naszą biologią. To przecież warunki biologicznego przetrwania wyczuliły go na niebezpieczną stronę życia, nie tylko kierując pracą uwagi, ale także skłaniając nas do interpretacji niejednoznacznych sygnałów raczej jako zagrożenia niż jedynie ciekawej zmiany środowiska.

Emocje, czyli w dużej mierze fizjologiczne pobudzenia organizmu nie pozostają bez wpływu na myślenie. Gdy pogrążamy się w smutku, trudno nam nie myśleć o świecie jako o miejscu ponurym. Gdy ogarnie nas gniew – łatwo uznajemy innych za przeciwników i wrogów. A gdy się zakochamy – zamiast wrogów w tych samych twarzach pokazują się nam bliźni warci uśmiechu, ponury zaś dotąd świat, bez żadnej zewnętrznej zmiany, staje się piękny.

Źródła ludzkiego cierpienia leżą w sferze umysłu. Od łańcuchów i krat pierwotniejsze jest manipulowanie umysłami – za pomocą umysłu. Przemoc mentalna może być bardziej dotkliwa niż fizyczna. Kłamstwo może bardziej boleć niż uderzenie. Nie jest złudzeniem krzywda spowodowana przez słowo.

Jak stworzył nas Bóg - czy na pewno na swoje podobieństwo?

W powyżej zarysowanym kontekście szokujące słowa z Prologu Czwartej Ewangelii: „Logos sarx egeneto” („Słowo stało się ciałem”) nabierają znaczenia innego niż ogłoszenie przełamania podziału rzeczywistości na tę lepszą sferę ducha i umysłu (Logos) oraz tę gorszą – materii (sarks). 

Jeśli bowiem to, czego doświadczamy jako życia umysłowego, jest już od początku nieoddzielnie powiązane z tym, co jawi się nam jako pozbawiona świadomości materia, nie ma tu czego przełamywać. Ewolucyjne uwarunkowania naszego umysłu stanowią silny argument, by i to, co lubiliśmy przez wieki określać jako ludzkiego ducha, umieścić wśród rzeczy i zjawisk należących do sfery sarks.

Jeśli jednak tak jest, i jeśli zarówno naszym ciałem, jak i naszym (bardzo cielesnym) umysłem rządzą ewolucyjne prawa, to wcale nie jest oczywiste, że warto – wbrew sugestii Poety – „nadzieję pokładać w ludzkim Bogu”, który „nam jest pokrewny i ciepłem i ruchem”. Ludzki Bóg nie tylko byłby zdolny myśleć i współczuć, ale także miałby w sobie wszelkie skłonności do bezwzględnej walki o przetrwanie.

Uważna lektura wielu religijnych tekstów, w tym również tekstów biblijnych, na których opiera się nasza tradycja, pozwala dostrzec, jak bardzo (i jak długo) ludzkość uczłowieczała Boga (lub bogów), i jak bardzo tak zbytnio uczłowieczony Bóg (bogowie) jest moralnie problematyczny. Jak często bywa zazdrosny, agresywny, emocjonalnie rozchwiany. Jak zabiega o uwagę, cześć, dominację nad ludźmi i innymi bogami, jak – po prostu – walczy o przetrwanie…

Gdzie szukać w świecie śladów Boga?

Warto zatem uważać, by nie zamienić Bożego Narodzenia w święto Boga na obraz człowieka. Warto pilnować, by zdaniu z Prologu Czwartej Ewangelii nie nadać znaczenia, które oznajmiałoby po prostu, że skoro Logos stał się ciałem, tylko ciało-sarks zostało. Nie byłoby wówczas co świętować. Z drugiej strony, jeśli jest naprawdę co świętować, Logos nie pozornie, lecz naprawdę musiał stać się ciałem – sprawiając tym samym, że ciało stało się Logosem.

Cóż to jednak znaczy? Warto nie ustawać w poszukiwaniu odpowiedzi – ale równie warto dopuścić możliwość, że każda odnaleziona będzie tylko nieudaną próbą, a na pierwszym planie pozostanie samo pytanie.

Aby bowiem zamienić pytanie w porządną odpowiedź, trzeba w sobie ogarnąć i ciało, i Logos. Z ciałem jest łatwiej – ciałem bowiem jesteśmy. Chociaż, właściwie, nawet ciała w pełni nie znamy. Wezwanie „poznaj samego siebie”, dwa i pół tysiąca lat temu wyryte nad drzwiami delfickiej świątyni, nadal pozostaje do zrealizowania.

Nadal potrzeba i empirycznych badań, i egzystencjalnego, mądrościowego, osobistego zgłębiania: jakie są mechanizmy cielesnego funkcjonowania, czy – a jeśli tak, to gdzie i jakie – istnieją w tych mechanizmach szczeliny, w które może wślizgnąć się to, co żadnym mechanizmem nie jest, co chcielibyśmy określić jako duchowe i wolne, świetliste, współczujące, wymykające się walce o przetrwanie.

Jeśli zaś w pełni nie poznaliśmy ciała i cielesnej strony samych siebie, to tym bardziej nie mamy pojęcia, co kryje się za słowem „Logos”. Przeczuwamy tylko, iż jest to jakaś zupełna Inność, Nieuchwytność, Bezimienność. 

A może właśnie samo to nasze przeczucie jest najbardziej wyraźnym świadectwem, że „tak naprawdę nie sposób wyrazić Co” stało się ciałem – i brzmi w naszych ciałach i cielesnych umysłach w postaci niemożności zadowolenia się przetrwaniem i przekazaniem genów, w formie wiecznej tęsknoty, pytania nieposiadającego nawet w zarysie właściwej odpowiedzi?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ogień krzepnie, moc truchleje