Godz. 5.00. Magda Pawłowicz zrywa się z łóżka. Mąż ponagla. O szóstej nie będzie gdzie usiąść. Ciemno, zimno, głucho. Jeśli uda się pojechać samochodem – to będzie luksus. Wahanie. Może nie być gdzie zaparkować.
W drodze na roraty
– Śmiejemy się z mężem, że na krakowskich Plantach łatwo odróżnić wtedy ludzi idących „marszem roratnim”. Cały strumień ludzi. Idą jakoś tak żwawiej niż ci do roboty – uśmiecha się Magda.
– Wlokę się przez śnieg w zgnuśniałym stanie. Kościół jeszcze w budowie. Gołe cegły. Minimalistyczny wystrój. Rozdrażnienie mija dopiero, gdy staję w ławce czekając na światło – to Jarema Piekutowski, socjolog, publicysta, analityk społeczny.
– Mniej ludzi w tramwaju, inny nastrój, panuje spokój. Miasto jeszcze nieprzebudzone. Na placu Wszystkich Świętych w Krakowie widać grupki idące w kierunku bazyliki dominikańskiej – mówi Weronika Pelczyk, studentka szóstego roku architektury. – W środku ciemność i zapach starego kościoła. Oczekiwanie.
6.00. Półmrok. Trzeba wytężać wzrok, żeby znaleźć wolne miejsce. Słychać jedynie dziecięce chichranie. Czasami ktoś zaszura krzesłem.
– Mamy swoje ulubione miejsce w kaplicy świętego Dominika, która jest bardzo piękna. Co roku spotykamy tych samych ludzi. Najpierw zaręczonych, potem ożenionych, teraz z dziećmi – mówi Pawłowicz.
Rzędy ławek powoli zalewa milczący tłum.
– Zaczyna się od pieśni. Serce bije szybciej. Dźwięk niesie pośród naw. Śpiewa jedna osoba – mówi Pelczyk – a potem wszyscy dołączają. Cały kościół połączony...
– Pieśń „Rorate caeli” albo ta, którą u nas śpiewała schola: „Otwórz się niebo pokryte chmurami i Sprawiedliwy niech zejdzie z obłoków”… – to Piekutowski. – Specyficzne nastrojenie organizmu, myśli, serca. Po nocy to nowy początek, inny stan umysłu, przestrzeń w duszy.
– Z mroku wyłania się ciepłe światło. Chorał gregoriański niesie przez Kościół. Wszystko z pietyzmem i miłością do liturgii – opisuje Magda Pawłowicz.
Środkiem bazyliki dominikańskiej w Krakowie idzie procesja zakonników. Wokół nich ministranci. Świeca rozpala świecę. A ta kolejną. Symbol przekazania wiary. Na ołtarzu menora. Żydowski świecznik przypomina o naszych korzeniach. Woń kadzideł.
– Zapach tego kościoła to dla mnie zapach domu. To jest tu, gdzie przynależę – kończy cicho Pawłowicz.
– Światło jest symbolem nadchodzącego narodzenia Boga – mówi Piekutowski. – To kontemplacja. Prowadzi do tego, co w tradycji wschodniej nazywa się bogoczłowieczeństwem, Theosis. Mówimy o przebóstwieniu, o życiu z poziomu głębi.
– Uwielbiam muzykę i śpiewanie w scholi. I słowa kapłanów, które wtedy lepiej do mnie trafiają. Podczas jednej z mszy poczułam bliskość Matki Bożej, że Ona jest żywą Matką Chrystusa i oczekuje na swojego Syna. A my oczekujemy z nią – mówi Weronika Pelczyk.
Roraty w dzieciństwie
Wspomnienie. Bielany Wrocławskie. Weronika Pelczyk ma siedem lat i stoi w ciemności z lampionem. Czeka na czekoladki, które obiecał ksiądz. Po każdej mszy roratniej duchowny rozdaje dzieciom naklejkę za wytrwałość. Jedna po drugiej, gromadzą całość: wizerunek świętego. Za komplet czeka nagroda. Słodycz.
– Bez tego nie chciałoby nam się wstawać przed szkołą – mówi Weronika. – Po mszy czekało jeszcze śniadanie przygotowane przez moją i inne mamy z parafii. Drożdżówki, pączki, kakao – to miłe wspomnienie.
Jarema Piekutowski pierwszy raz trafił na roraty w Szczecinie już jako dorosły. Po konwersji z luteranizmu odkrywał bogactwo rytuałów katolickich.
– Wszystko było zatopione w kontemplacji. Miałem poczucie kontaktu z Bogiem i, jak to mówił Martin Heidegger, nastrojenia. To nabożeństwo dawało możliwość nastrojenia – wspomina. – Od ładnych paru lat nie mogę się wyrwać na roraty i mam poczucie, że moje życie duchowe jest przez to słabsze. Gdy zaczynałem dzień od modlitwy i głębokiej medytacji, cały był nastrojony na dobro i spokój.
Magda Pawłowicz jest świecką dominikanką. Pierwsze roraty pamięta z dzieciństwa. Rytuał naturalnie wpisał się w jej kalendarz. Reguła świeckich zakonu kaznodziejskiego zobowiązuje ją do codziennej modlitwy brewiarzowej, różańca i mszy świętej.
– Dlatego poranne roraty mi nie straszne – śmieje się.
Wspólnoty roratnie
– Roraty to msza na cześć Matki Bożej. Wszystkie modlitwy są jej poświęcone. Rytuał przypomina, że Maryja przyniesie Chrystusa, jako Theotokos. To symbol przebudzenia duchowego, na jakie czekamy. Wszystko zaczyna się prośbą: niebiosa, spuśćcie rosę z góry. Jesteśmy jałową ziemią, na którą ten deszcz ma spaść – tłumaczy Jarema Piekutowski.
Ogień świec odpalanych w roraty przekazywany jest w Polsce z rąk do rąk już od XIII w. Ks. Dariusz Zbigniew Skrok pisał, że zwyczaj przywędrował nad Wisłę z Węgier, za sprawą żony Bolesława Wstydliwego – św. Kingi. Pierwsi wspominali o nim w swych zapiskach śląscy cystersi. Jego nazwa pochodzi od słów łacińskiej antyfony rozpoczynającej mszę: „Rorate caeli desuper, et nubes pluant iustum...”.
W XIV w. ceremonia zaczęła się rozprzestrzeniać na polskich ziemiach. Powstawały pierwsze „kapele rorantystów” i „bractwa roratnie”, popularne zwłaszcza na Warmii i w północno-wschodnich diecezjach kraju.
Ludzie jednoczyli się wokół rorat, pisali śpiewniki roratnie, statuty bractw, tworzyli ceremonie, wspierali się nawzajem. I tak przez wieki. Jeziorany, Olsztyn, Elbląg, Pięniężno, Kraków, Warszawa, Szczecin... Ten sam płomień przekazywany z rąk do rąk aż do dziś. Ktoś mógłby zapytać: po co?
Dlaczego roraty przeżywają odrodzenie?
– Kazimierz Dąbrowski, znany polski psycholog, mówił, że ludzie mają naturalną potrzebę, by w grupie innych ludzi oddawać cześć czemuś czy Komuś większemu niż oni sami – mówi Jarema Piekutowski.
Tylko czy dziś rytuały religijne nadal służą pojmowaniu zawiłości życia i odkrywaniu Tajemnicy? Czy może już tylko wyznaczają rytm zakupów? Czy czcimy w nich „właściwego boga”?
– W dużych, zatomizowanych ośrodkach miejskich znaczenie rytuału wytarło się szybciej, choć tradycja w jakiś sposób odtwarza się na nowo – przekonuje Piekutowski. Roraty są tego dobrym przykładem. Co roku na długo przed świtem, szkołą, pracą, obowiązkami do kościołów ciągną tłumy. Tylko dlaczego właśnie wtedy?
– Stawiam taką tezę, że msza i nabożeństwa w polskich kościołach często nie dają ludziom elementu kontemplacyjnego. Mam wrażenie bylejakości w liturgii. Ona jest często barokowa w sposób, który rozprasza. Brakuje w niej piękna, ciszy, dbałości. Myślę, że te wszystkie elementy podczas rorat są dopracowane i przyciągają ludzi, którzy rytuału potrzebują. Bo taki jest porządek wnętrza ludzkiego – mówi Piekutowski.
– Jesteśmy w ciele i nasze ciało odbiera zmysłami świat. Jeśli liturgia pomaga odkrywać przez zapach, dźwięk, muzykę to piękno, które jest spoza nas, to to jest dobre. Odpowiada na potrzebę, by dotknąć, poczuć, posmakować – dodaje Magda Pawłowicz.
– Podczas pandemii był taki moment w parafii Chrystusa Króla w Poznaniu, że poranne godziny rorat przywrócono na prośbę samych parafian. Ludzie zmęczeni lockdownem chcieli do kościoła przychodzić już rano. To był ich rytuał wspólnotowy po czasie totalnej izolacji – mówi Piekutowski. – Coraz częściej z roratami połączone jest śniadanie i wspólne przebywanie ludzi w parafii. To ich społeczny wymiar – kończy.
Rodzice rozmawiają przy kawie. Dzieci nagradzane są za wysiłek pączkami i czekoladą, jak kiedyś Weronika. Dziś dla niej najbardziej pociągające w roratach jest wspólne oczekiwanie na narodziny Chrystusa.
– Codziennie jesteśmy bliżej tego święta i codziennie witamy dzień zadumą. Nasze myślenie sprowadza się do tajemnicy Bożego Narodzenia. To się nie zdarza w innych okresach roku – mówi.
Roraty – oczekiwanie na wschodzące słońce, którym jest Chrystus
– Jedynym źródłem światła jest ogień lampionów. Słowo liturgii i kapłanów słyszane rano, pozostaje ze mną przez cały dzień, wpływa na jego przeżywanie – to wciąż Pelczyk.
– Jest taki moment podczas mszy świętej, kiedy kapłan mówi: „abyśmy wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu oczekiwali przyjścia...”. Dla mnie roraty to wolność od zamętu – mówi Piekutowski. – W pracy mam różne stresy, obawy przed kontrolą, reakcją przełożonych czy zadrażnione relacje z kolegą z zespołu. Poprzez obcowanie z tym, co nadprzyrodzone, wielkie, największe, te lęki robią się malutkie i znajdują swoje miejsce w porządku świata. A zamęt wewnętrzny cichnie. Wychodzę spokojniejszy.
– To oczekiwanie na paruzję, powtórne przyjście Pana. Odpowiedź na nasze wewnętrzne pragnienie, żeby przyszło dobro, pokój, żeby zapanował Boży ład – mówi Magda Pawłowicz. – Podczas jutrzni śpiewamy hymn o oczekiwaniu na wschodzące słońce. My na to bardzo czekamy. Pragniemy tego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















