Przeżyć święta, choć wszystko wydaje się działać przeciw nim

Bóg, który stał się ciałem, ukryty jest w każdym cielesnym doznaniu – smaku piernika, świetle lampek, harmonii dźwięków, w dotyku, nawet jeśli wielki świat jest pełen napięć i bólu.
Czyta się kilka minut
Paryż. Luty 2018 r. // Fot. Thierry Orban / Getty Images
Paryż. Luty 2018 r. // Fot. Thierry Orban / Getty Images

Dobrze znamy – tak się nam wydaje – tę historię. Wierzący czy niewierzący, w naszym kręgu kulturowym karmieni nią jesteśmy od dziecka. Bo chwyta za serce. Młoda dziewczyna. Anioł. Niesamowita wiadomość. Zgoda na boski plan. Kochający narzeczony, zaraz potem już mąż. Trudna, ale konieczna podróż. Troska, stajnia, poród. Pasterze, anielskie chóry i światło. Mędrcy ze wschodu i królewskie dary. 

Posłuchać o Bożym Narodzeniu jakby pierwszy raz

Może jednak warto posłuchać rady Mistrza: „Kto się nie stanie jak dziecko, nie wejdzie do królestwa” (por. Mt 18, 3)? Stać się zaś jak dziecko znaczy, między innymi, zobaczyć świat na nowo, posłuchać opowieści jakby pierwszy raz. A wtedy może dostrzeżemy, że nie jest oczywiste, czy jest to jedna historia, czy też kilka różnych. 

Zacznijmy od Mateusza. Oto dramat rodzinny, przeciwieństwo sielanki miodowego miesiąca. Ciąża nie z małżeńskiego pożycia. Związek na krawędzi rozpadu, zanim jeszcze zawiązany na dobre – uratowany przez sny. Lecz czy Józef zawsze był pewien, zawsze wierzył nocnym widzeniom, ufał Marii do końca? Nie wiemy. Aż do porodu trzymał się od niej z dala. Po jakimś czasie przyszli dziwni ludzie ze wschodu. Ofiarowali bogate dary, wydawało się, że będzie lepiej, i nagle trzeba było uciekać. 

Tyle Mateusz, zobaczmy wersję Łukasza. Tu historia toczy się całkiem inaczej. Maria przyjmuje anioła. A potem młode małżeństwo, z dzieckiem pod sercem matki, musi udać się w drogę, bo wielcy tego świata tak każą. I w najtrudniejszym – jakże ważnym! – momencie nie ma dla nich miejsca wśród normalnych ludzi. Jest żłób, brudni pasterze i światło aniołów.

Uważna lektura ewangelicznych tekstów może wprowadzić w konfuzję. Znajdujemy w nich bowiem dwie różne historie. Więc jeśli chcemy opowiedzieć naszym dzieciom i sobie (dziecku w nas?), co zamierzamy świętować począwszy od wigilijnego wieczoru, gdy gromadzimy się wokół stołu z dodatkowym nakryciem, nasz umysł usiłuje te dwa ciągi faktów, opisane w świętych tekstach, skleić w jedną opowieść. Pomija różnice ewangelicznych narracji, tworzy własną. Nie miejmy do niego pretensji. Działa tak zawsze – spójna wizja świata bardzo ułatwia życie, a umysł ewoluował przez wieki, aby służyć naszemu przetrwaniu (co, jak się okaże za chwilę, nie pozostaje bez wpływu na sposób, w który warto świętować).

Świąteczne napięcie

Na początek jednak warto sobie uzmysłowić, że umysł, gdy próbuje stworzyć jakąś spójną wersję tego, co świętujemy w Boże Narodzenie, w gruncie rzeczy i wbrew pozorom nie ulega wcale złudzeniu. Obie historie, w sferze „faktów” tak różne, są bowiem w swojej istocie wyrazem tego samego odkrycia. Oto boskość okazuje się piękna, lecz delikatna i krucha, i taka właśnie ucieleśnia się i ujawnia swoją obecność w świecie, który nas z wszystkich stron otacza. A jest to świat wcale nie idealny, wręcz przeciwnie – pełen dramatów, zagrożeń, cierpienia. Co ciekawe, cierpienie, które ujawnia się w obu historiach, swoje źródła ma w tych samych miejscach, które mają dla nas istotną wartość: miłość, małżeństwo, rodzina, struktura społeczna, która miała zapewnić bezpieczeństwo i spokój.

Co nie mniej znamienne, w ewangelicznych historiach możemy odnaleźć podobne napięcie, jak w naszych współczesnych okolicznościach świętowania Bożego Narodzenia. W dominującej „oficjalnej” narracji to święta rodzinne, czas głębszego spotkania, moment pojednania, przestrzeń odbudowywania więzi nadwątlonych w pośpiechu zwykłego życia. I bywa, że rzeczywistość jest właśnie taka. Z drugiej strony – jakże często za zasłoną świątecznej atmosfery kryje się zwiększone cierpienie: bardziej dotkliwe niż zwykle doświadczenie samotności, stres przyjmowania życzeń będących w istocie wyrzutem lub wymaganiem, bolesny wysiłek utrzymywania przyjaznego wyrazu twarzy w obecności ludzi, od których w te świąteczne dni nie możemy uciec, albo po prostu: zmęczenie robieniem dodatkowych rzeczy, na których robienie brak nam sił, i wydawanie większych pieniędzy, których nie mamy na koncie.

I w to wszystko – brzmi przesłanie – wciela się Bóg. W każdym doświadczeniu można spotkać absolutne dobro. Jeżeli trudno to nam dostrzec, może warto spojrzeć na świętowanie Bożego Narodzenia jak na ćwiczenie się w rozpoznawaniu boskiego wcielenia?

Jak odzyskać równowagę

Warto zacząć od uświadomienia sobie, jak działa nasz umysł. Jeśli bowiem rozpoznamy, że ma tendencję do tworzenia spójnego obrazu świata nawet za cenę pominięcia niepasujących do tego obrazu szczegółów (przypomnijmy sobie, jak z dwóch niezgodnych ewangelicznych wersji narodzin Jezusa tworzymy jedną bożonarodzeniową narrację), możemy świadomie kierować uwagę właśnie na szczegóły – by nasze poznanie było bardziej adekwatne, nawet jeśli utrudni to nam proste, spójne uogólnienia.

W kontekście świętowania Bożego Narodzenia warto szczególną uwagę zwrócić na to, jak nasz umysł postrzega te detale otoczenia, które odbiera jako trudne lub niebezpieczne, i te, których doświadczenie przynosi przyjemność lub radość: te pierwsze zauważa znacznie łatwiej i odciskają one na nim większe wrażenie; te drugie często pomija i trudniej zapamiętuje. Łatwo zrozumieć, skąd wzięła się taka tendencja: w naszej długiej ewolucyjnej przeszłości, gdy tworzyły się mechanizmy działania umysłu, przeoczenie przyjemności obniżało jedynie jakość życia; przeoczenie zagrożenia miało bardzo często skutki śmiertelne. Jesteśmy potomkami tych, którzy zagrożenia zauważali i pamiętali o nich. Odziedziczyliśmy po nich tę skłonność.

Bożonarodzeniowa opowieść mówi jednak: pośród dramatów, cierpień, zagrożeń kryje się dobro. Logos sarks egeneto – boski Sens stał się mięsem, wcielił do końca, jest wewnątrz wszystkiego, w każdym doświadczeniu można go dostrzec. Potrzeba tylko nauczyć umysł równowagi spojrzenia – czyli, biorąc pod uwagę ewolucyjnie odziedziczone skłonności, świadomie uwrażliwiać na dobro.

Ćwiczenie to możesz zacząć od razu, w miejscu, gdzie teraz jesteś czytając ten tekst. Na chwilę przerwij lekturę i powoli przeskanuj uwagą przestrzeń doznań, które w tej chwili docierają do twojej świadomości: odczucia cielesne, dźwięki, zapachy, kolory, uczucia, myśli... Spróbuj dostrzec cokolwiek, czego obecność odbierasz jako dobre, przyjemne albo chociaż w porządku. Może to być odczucie miękkiego ubrania na skórze, może w ustach smak herbaty z cytryną, może zieleń paprotki na półce, może świadomość: jestem w ciepłym mieszkaniu, gdy mżawka (albo śnieżyca) za oknem. 

Zatrzymaj się na tym doznaniu, przybliż do niego uwagę (nie próbując odpychać czy tłumić innych, być może mniej przyjemnych elementów doświadczenia, pozwól, niech one też będą; ty jedynie trwaj w skupieniu na tym, co dobre). Daj umysłowi kilkanaście sekund, by mógł rozpoznać szczegóły, nasycić się wrażeniami, zapamiętać je. Możesz nawet uruchomić wyobraźnię: utrzymując w centrum świadomości ów wybrany element doświadczenia, wyobraź sobie, jakbyś wchłaniał/a go w siebie, nasiąkał/a nim do szpiku kości.

Być może przy tym ćwiczeniu pojawi ci się myśl: „to dziwaczne” albo wątpliwość, czy nie jest to droga udawania, że świat jest lepszy, niż jest, hodowanie złudzeń, ucieczka od trudnej prawdy? Lecz przecież ćwiczenie nie polegało na wymyśleniu czegoś, czego nie ma, tylko na zauważeniu tego, co – będąc – umykało świadomości. I nie było jego częścią odpychanie albo tłumienie tego, co trudne, lecz tylko rozluźnianie ściśniętej wcześniej na tym uwagi. Było to zatem ćwiczenie takiej wrażliwości umysłu, która pozwoli mu nie przeoczyć tego, co dobre i piękne, choć ukryte w plątaninie zjawisk bolesnych i zagrażających.

Cielesna celebracja

Czyż zatem nie jest to najlepszy sposób świętowania tego, co głoszą ewangeliczne opowieści? Takim ćwiczeniem będzie poszukiwanie uwagą choćby ziarna dobrych intencji w niezręcznych i raniących życzeniach. Albo odnajdywanie w nagle zwielokrotnionych rodzinnych relacjach tych sygnałów, które wyrażają szczerą życzliwość – i łagodne skupianie uwagi właśnie na nich, z pozwoleniem, by cała reszta była jakby szumiącym tłem – ani nie wikłającym umysłu, ani przezeń nie odpychanym. A jeśli wszystko w danej chwili jest piękne – proste czerpanie radości z tej właśnie chwili.

A skoro to święta wcielenia, świętowanie w ten właśnie sposób może mieć bardzo cielesny wymiar. Można to robić na przykład tak: usiąść w wygodnym fotelu, będąc skupioną/ym na tej wygodzie; sięgnąć po kawałek piernika, przybliżyć do nosa, pozwolić sobie poczuć przez chwilę jego korzenny zapach; bez pośpiechu włożyć kawałek do ust, z pełnym skupieniem na miękkości ciasta pokrytego kruchym lukrem; poczuć, jak lukier pęka pod zębami, a ciasto uwalnia smak, słodki i cierpki zarazem, smak, którego doznanie powoli narasta na języku... Dać tym doznaniom czas, by wsiąknęły w pamięć, a potem rozejrzeć się wokół, nasycić także wzrok – widokiem ozdób świątecznych; a może i słuch – dźwiękami ulubionej muzyki. 

Logos stał się ciałem, ukryty jest zatem i w cielesnym doznaniu – piernika, światła lampek, harmonii dźwięków i harmonii dotyku, nawet jeśli wielki świat jest pełen napięć i bólu. Logos rozsypał się wszędzie – kto go dostrzeże, będzie mógł zebrać, schować w pamięci, podać potrzebującym w uśmiechu, na otwartej dłoni, w uważnym, przyjaznym spojrzeniu. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Boskość na lodzie