Pułapki samorozwoju. Więcej zaufania do siebie to mniej szukania na zewnątrz

Branża samorozwoju często żeruje na braku zaufania do siebie. Gdy zaczynamy sobie ufać, kolejne produkty i usługi przestają być jedynym rozwiązaniem.
Czyta się kilka minut
// Fot. Andrey Bandurenko / Adobe Stock
// Fot. Andrey Bandurenko / Adobe Stock

Po czym poznać, że samorozwój przestaje mi służyć, a zaczyna szkodzić?” – pyta jedna z osób z widowni podczas spotkania autorskiego w Nowym Teatrze w Warszawie. Parę dni później, na spotkaniu w Łodzi, słyszę: „Skąd mam wiedzieć, że terapia nie działa?”. Ile sesji powinna trwać rzetelna psychoterapia? Jak rozpoznać, że dana technika czy zajęcia nie przynoszą korzyści? Jak nie wpadać w pułapki branży rozwojowej?

Takie i podobne pytania słyszę w trakcie wywiadów wokół mojej książki „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej”. 

Choć są różne, coś je wyraźnie scala. Jak to się stało, że przestaliśmy zawierzać własnym doświadczeniom i intuicjom? Czy to nie na braku zaufania do swoich przeżyć zbudowany został biznes usług i produktów samorozwojowych? Czy gdyby od małego uczono nas wsłuchiwania się we własne preferencje, potrzeby i intuicje, nie byłoby tak silnego zwrotu ku „Ja” w dorosłości? 

Może potrafilibyśmy w sposób zdroworozsądkowy zawierzać sobie, jak i orientować się ku innym, bez wpadania w sidła samorozwojowych obietnic bez pokrycia?

Czym naprawdę jest samorozwój

Ale od początku. Kiedy myślimy o branży samorozwojowej, mówimy o usługach, które mają na celu rozwiązać ludzkie problemy: poprawić jakość naszych relacji, wzmocnić poczucie własnej wartości, pomóc odnaleźć sens istnienia, uwydatnić kompetencje i mocne strony. 

Samorozwój to proces zdobywania wiedzy, nowych umiejętności, doskonalenia siebie, aby żyć pełniej. Zachodni rynek oferuje szereg usług, które odpowiadają na wspomniane kwestie – kursy online, e-booki, sesje 1:1 z mentorem czy mentorką.

Uruchamianie odtwarzacza...

Z pewnością są obszary życia, które nie wymagają leczenia czy interwencji terapeutycznej, a usługa rozwojowa jest wystarczająca. Przecież z brakiem pewności siebie nie trzeba natychmiast udawać się do psychoterapeuty czy psychiatry. 

Schody zaczynają się, kiedy usługi te opowiadane są językiem jednoznacznych korzyści, okraszonych myśleniem magicznym i nieznoszącą sprzeciwu dyrektywnością. Bo przedstawianie ofert samorozwojowych jako gwarantujących pełną poprawę czy wyleczenie objawów zaburzeń zdrowia psychicznego zakrawa na magię.

Jak przestać podążać za internetowymi guru

W rozmowie z socjologiem prof. Tomaszem Sobierajskim, którą przeprowadziłam do książki, pada rozróżnienie między zdziecinnieniem a dojrzałością. 

„Zamiast zastanowić się, czego [człowiek] naprawdę potrzebuje, kupuje [on] w sklepie suplement, bo reklama obiecała mu zdrowie w kapsułce. Dojrzałość mówi wtedy: »Przemyśl, sprawdź, to twoja decyzja«, a zdziecinnienie podsuwa: »Kliknij, kup, ktoś już wie lepiej od ciebie«. I jest to trudna walka, bo osoby, które utrzymują nas w zdziecinnieniu, zarabiają na tym zbyt duże pieniądze (...), by zrezygnować” – wyjaśnia socjolog. 

Przyglądając się branży samorozwojowej, można odnieść wrażenie, że specjaliści od dobrego, świadomego życia zrozumieli prawdę, do której nikt inny nie ma dostępu. No chyba że wykupi u nich kurs. A przecież ślepe podążanie za czyjąś wizją rzeczywistości ograbia nas z możliwości wydeptywania własnych ścieżek, zabiera wolność eksploracji. I wzmacnia poczucie zależności od czyjegoś sposobu widzenia rzeczywistości, czyichś doświadczeń i przekonań.

Dlaczego więc tak łatwo oddajemy decyzyjność internetowym guru, a tak trudno nam zawierzyć sobie?

Krytyczne myślenie odpowiedzią na pułapki samorozwoju

Odpowiedzi można szukać m.in. w systemie edukacji, który nie uczy nas krytycznego myślenia. Polska szkoła premiuje podążanie za kluczem i wpasowywanie się w szablony odpowiedzi. Odstępstwa od normy traktuje się jako przejaw buntu czy niewiedzy ucznia, nie dostrzegając w nich otwartości w myśleniu i odwagi do proponowania własnych interpretacji.

Pamiętam moje zdziwienie, kiedy podczas studiów prawniczych na brytyjskim King’s College London dowiedziałam się, że aby dostać najwyższą ocenę (tzw. First Class Honours), należy nie zgodzić się z głosem autorytetu, zaproponować własny nurt myślenia o danym zagadnieniu. Jeśli student wyłącznie powieli to, czego został nauczony na zajęciach, nie może liczyć na najwyższe noty.

Być może właśnie poprzez rozwijanie krytycznego myślenia moglibyśmy uczyć się, jak nie wpadać w pułapki samorozwoju i nie wierzyć prostym rozwiązaniom na złożone problemy. „Bez krytycznego myślenia stajemy się jedynie odbiorcami cudzych narracji, a z nim możemy stać się współtwórcami rzeczywistości” – dodaje prof. Sobierajski.

Krytyczne myślenie to kompetencja wyrastająca nie tylko z odwagi, ale i przekonania o tym, że własne intuicje i argumenty są godne namysłu. Że warto pozostać przy tym, co intuicyjnie się przeczuwa, nawet jeśli jest to wbrew głosowi autorytetu czy grupy rówieśniczej. 

W terapii schematów Jeffreya E. Younga, wyrastającej z trzeciej fali nurtu poznawczo-behawioralnego, mówi się o tzw. Zdrowym Dorosłym lub Zdrowej Dorosłej. 

To tryb funkcjonowania, choć lubię o nim myśleć jako o wewnętrznej instancji obdarzonej zdolnością do godzenia w sobie głosów i potrzeb wszystkich części naszej osobowości. To dojrzała, odpowiedzialna i radząca sobie z trudami część nas, która łączy myślenie z czuciem. Rozpoznaje własne ograniczenia i podejmuje dorosłe decyzje, przy jednoczesnym uznaniu naszych marzeń i dążeń, pozwalaniu na spontaniczność ekspresji emocjonalnej.

Wielu z nas wchodzi w dorosłość bez kontaktu z tą częścią siebie. Kieruje nami poczucie wstydu i samokrytycyzm, napędzane przez wyśrubowane standardy i poczucie bycia wiecznie niewystarczającymi. Pozbawieni dorosłej części w sobie, zwracamy się ku „rodzicom” na zewnątrz – guru, przewodnikom duchowym, ale i psychoterapeutom, od których oczekujemy życiowego przewodnictwa i odpowiedzi na nasze cierpienie. 

Optymalizacja zdrowia i samokontrola a intuicja

Żeruje na tym również branża wellness, która wprowadziła ruch optymalizacji zdrowia i biohackingu, oparty na przekonaniu, że należy siebie nieustannie kontrolować. Powstają kawiarnie usprawniające czas spędzany z przyjaciółmi, gdzie w trakcie wspólnego picia bulionu kolagenowego możemy jednocześnie naświetlać twarz czerwoną lampą LED, aby łączyć zabiegi pielegnacyjne z codziennymi aktywnościami. 

Coraz częściej kupujemy gadżety do monitorowania poziomu glukozy czy jakości snu, które bombardują nas powiadomieniami, kiedy nasze parametry życiowe nie są odpowiednio zoptymalizowane. Zaczynamy frenetycznie sprawdzać, na ile procent udało nam się zregenerować i po jakim posiłku nasz poziom glukozy zanadto skoczył (choć z medycznego punktu widzenia wcale tego nie potrzebujemy).

Rezygnujemy z podpowiedzi płynących z ciała czy potrzeb społecznych na rzecz doskonałej optymalizacji. Stajemy się więźniami produktów, które u podstaw miały polepszać jakość naszego życia. W praktyce jednak pozbawiają nas możliwości oparcia się na własnych przeczuciach i potrzebach, szczególnie jeśli idą one wbrew idealnym parametrom zdrowia.

I tym samym, zabierają nam możliwość doświadczania momentów błogości, spontaniczności, braku kontroli, a więc momentów, w których dzieje się życie.

Kto mi powie, czy jestem wyspana

Jednym z niewielu stanów, w których nie da się nas bombardować komunikatami marketingowymi, jest sen

Jak pisze Jonathan Crary w książce „24/7. Późny kapitalizm i celowość snu”, to jedyny moment naszego życia, w którym jesteśmy „wyzwoleni z pułapki sztucznie pobudzanych potrzeb”, dlatego „staje się [on] jedną z wielkich zniewag ze strony człowieka wobec zachłannego współczesnego kapitalizmu. (...) Sen nie daje się skolonializować ani zaprząc do wielkiej maszynerii opłacalności, pozostaje więc zaburzającą ciągłość anomalią i kryzysowym punktem globalnej teraźniejszości”.

I choć w stanie snu jesteśmy całkowicie zdani na własną wyobraźnię i swobodne skojarzenia, monitorowanie jego jakości, tego, co dzieje się przed i zaraz po obudzeniu, zostało już sprawnie wprzęgnięte w prozdrowotne oferty produktów i usług. 

Zamiast zastanawiać się nad tym, czy czuję się dziś wyspana, oddelegowuję to zegarkowi czy opasce, która dostarcza mi wykres i liczbę procentów, informujących mnie o tym, czy wystarczająco się zregenerowałam. Wystarczająco względem wyznaczonych przez gadżet standardów, pozbawionych kontekstu, sytuacji życiowej czy ludzkich parametrów nie do zmierzenia.

Jak uwolnić traumę w weekend, czyli obietnice bez pokrycia

Podobnie ma się sprawa z weekendowymi warsztatami „uwalniania traumy”, które poprzez intensywność obiecują skuteczność. Co na gruncie neuronauki nie do końca jest prawdą. Jak mówi dr Asia Kubiakowska w „Sobą zajętych”: „pod względem biochemicznym silne uwolnienie to zalanie ciała hormonami, przede wszystkim kortyzolem, adrenaliną, prolaktyną i oksytocyną”.

Jeśli trudno nam odnieść się do własnych wewnętrznych doświadczeń i wrażeń, objąć je troską, propozycje szybkiego pozbycia się napięcia, lęku czy poczucia zamrożenia mogą nas skusić. Szczególnie gdy oferty te kierowane są do osób, które od lat nie odczuły żadnej ulgi, zawiodły się na konwencjonalnych metodach leczenia i szukają kogoś, kto zabierze im nieznośny ból. Obietnica emocjonalnego katharsis wydaje się być ostatnią deską ratunku. 

W praktyce okazuje się jednak, że żaden autorytet, jedna technika czy seria ćwiczeń nie ma mocy, by uśmierzyć raz na zawsze ból niesiony latami. I choć jest to rozczarowujące, jednocześnie może się okazać, że doświadczenie to pomoże przywrócić zagubione proporcje. Ustawić możliwości i ograniczenia praktyk rozwojowych we względnie rozsądnym porządku.

Przymierze ze sobą a odporność na terapie szokowe

Kiedy w gabinecie psychologicznym rozmawiam z osobami rozczarowanymi tego typu praktykami, staram się przekierować ich uwagę na to, co mogą usłyszeć od ich Zdrowej Dorosłej części, często stłumionej przez autonienawistne myśli. Być może jest to pierwszy raz, kiedy zwracają się po odpowiedzi do samych siebie, zamiast szukać ich na zewnątrz.

Istnieje szansa, że z początku odpowiedzi nie przyjdą natychmiastowo. Pojawi się „nie wiem” i zwątpienie. Ale z czasem, przy powtarzalności i cierpliwości, może okazać się, że osoby te zaobserwują w sobie dryg, jakiś rodzaj wrażenia, przeczucia, które podpowiada im, że dana sytuacja, osoba lub relacja budzi w nich podejrzliwość. Nie jest spójna z ich systemem wartości. Albo że w określonej sytuacji czują się zmęczone, a w innej – podniesione na duchu. 

Można wtedy zacząć zauważać, że przy niektórych osobach rozluźnia się nam ciało, opuszczamy gardę, nie myślimy o tym, co mówimy. 

Pojawia się lekkość, odczucie głęboko ucieleśnione. A przy innych – poirytowanie, poczucie niezrozumienia. I tym będzie właśnie wewnętrzne przewodnictwo – zaufaniem do wrażeń, doświadczeń i intuicji, wzmacnianym przez krytyczne myślenie, odwagę do samodzielnego formułowania interpretacji i szukania zniuansowanych odpowiedzi na swój sposób, a nie bezrefleksyjnie u innych.

Będzie też zawiązaniem sojuszu między tą częścią nas, która szuka zadośćuczynienia za wyrządzone jej krzywdy, a tą, która cierpi. Nie hiperniezależnością i braniem za wszystko odpowiedzialności, a poczuciem przymierza ze sobą, które pozwala zachować równowagę w opieraniu się na sobie, jak i szukaniu pomocy.

W tym rozpoznaniu dopatruję się większej odporności na pułapki samorozwoju, na terapie szokowe, drogie gadżety optymalizujące zdrowie i doświadczenia ekstremalnego uwolnienia emocjonalnego.

Jak wewnętrzne przewodnictwo przybliża nas do innych

Paradoksalnie, wzmacniając zaufanie do siebie, można zacząć otwierać się na innych. Przestać nadmiarowo zwracać się po odpowiedzi na zewnątrz, a zacząć pielęgnować więzi z miejsca osadzenia w sobie i chęci bycia blisko.

Dlatego wewnętrzne przewodnictwo nie będzie skrajnym zaabsorbowaniem sobą, egoizmem czy kierowaniem wyłącznie własnym komfortem. Będzie natomiast zawierzaniem własnym wrażeniom, które pozwoli na samodzielne podejmowanie decyzji i podążanie w kierunku spójnym z naszymi wartościami i celami. A wtedy zrobi się miejsce na zaangażowane działanie, które przybliża nas do innych ludzi i otaczającego świata, zamiast zamykać w ślepym posłuszeństwie wobec autorytetów i obietnic wiecznego dobrostanu.

Kama Wojtkiewicz, „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej”, wydawnictwo Agora // materiały prasowe

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Sidła samorozwoju