Śpiewanie to przedzieranie się przez wstyd. Jak znaleźć swój głos?

Aga Kiepuszewska, artystka: Śpiew to strumyczek, który w nas płynie. Niekiedy jest wąziutki, malutki. Aż pewnego dnia zamienia się w rwącą rzekę.
Czyta się kilka minut
Aga Kiepuszewska // Fot. Irmina Walczak / materiały prasowe
Aga Kiepuszewska // Fot. Irmina Walczak / materiały prasowe

Monika Ochędowska: Pierwsze występy?

Aga Kiepuszewska: To były pewnie jasełka, kolędy. Pamiętam, głównie za sprawą zdjęć, przypięte do ubranka skrzydełka z tektury. Oraz to, że tata mnie zachęcał, żebym śpiewała głośniej – szczególnie w kościele.

Jest muzykiem?

Nie, architektem, ale gra amatorsko na gitarze. I to zapewne przez jego niespełnione marzenie o byciu muzykiem zostaliśmy z bratem i siostrą posłani do szkoły muzycznej. 

Fajnie było?

Mnie zawsze pociągała improwizacja, a na szkolnych zajęciach z rytmiki mogłam rozwijać na przykład improwizację fortepianową. Jednocześnie jako nastolatka prowadziłam chór kościelny, animowałam śpiew na pielgrzymkach… 

…z myślą o karierze wokalistki?

Wiesz, akurat we własnym śpiewaniu nie widziałam niczego nadzwyczajnego. Fascynował mnie raczej śpiew wielogłosowy, chór, który ma naprawdę niesamowitą moc. 

Zresztą dyrygenturę chóralną wybrałam właśnie dlatego, że nie przepadałam za byciem solistką, nie lubiłam eksponować siebie. Nigdy nie zależało mi na tym, żeby ktoś mnie oglądał, oklaskiwał – nie dawało mi to radości ani satysfakcji. Większa frajda wynikała z przebywania na scenie w gronie przyjaciół. Tak jest do dziś, dlatego gram z zespołem.

Zatem zrobiłaś studia dyrygenckie

…choć tak naprawdę zawsze chciałam iść na jazz. Pochodzę ze Słupska, to jest naprawdę mała miejscowość, ale już w latach 90. było tam co najmniej kilka osób marzących o tym, by studiować na legendarnym Wydziale Jazzu w Katowicach. 

Nie mieliśmy mediów społecznościowych ani YouTube’a, żyliśmy muzyką z kaset i płyt, które odtwarzaliśmy na podwórku, w kościele. Słuchaliśmy Ewy Bem, Natalii Niemen, Mietka Szcześniaka, Trzeciej Godziny Dnia. I ja też marzyłam o tym, żeby zdawać do Katowic, ale jednocześnie myślałam sobie, że do śpiewania swoich rzeczy to jednak trzeba coś przeżyć.

Dlaczego?

Może dlatego, że wychowałam się na piosenkach, które o czymś opowiadały, niosły ze sobą historię.

Grzegorz Karnas, wokalista i mój pierwszy nauczyciel śpiewu, bardzo mnie pchał do samodzielnego pisania. „Wydaj płytę, wydaj płytę” – powtarzał. No i na tę pierwszą płytę rzeczywiście napisałam swoje teksty, ale jeszcze nie miałam odwagi pisać muzy. Za to wymyśliłam sobie, że zaproszę do współpracy młodych kompozytorów, którzy ją dla mnie skomponują. 

I nie pojechałaś do Katowic?

Nie, najpierw skończyłam tę dyrygenturę. Ale na ostatnim roku przyjaciele ze studiów mocno już nalegali, że muszę tam zdawać. 

Krzysztof Dys, pianista, nagrał specjalnie dla mnie na fortepianie podkład do piosenki Komedy. Oryginalnie wykonywała ją Kalina Jędrusik, kojarzysz? „Ja nie chcę spać, ja nie chcę umierać, chcę tylko wędrować po pastwiskach nieba, biało-zielone obłoki zbierać”. To właśnie zaśpiewałam na egzaminach wstępnych. 

Jak poszło?

Okazało się, że przyjmują jedną osobę na rok, a nas zjechało się tam z całej Polski osób dwieście pięćdziesiąt. Byłam szósta pod kreską, dostałam się na zaoczne. 

AGA KIEPUSZEWSKA: Na nowej płycie ważne są też zdjęcia. Zrobiła je Irmina Walczak, utytułowana fotografka, specjalizująca się w fotografii dokumentalnej i rodzinnej. Nie chciałam sesji modowej, zależało mi na zdjęciach współgrających z tekstami. Poszłyśmy więc nad rzekę w Sieradzu z bliskimi kobietami: moją teściową i kuzynką. Irmina zaplanowała, jak będą wyglądać ujęcia. To był projekt analogowy, wiedziałyśmy, że mamy pięć rolek, każda po dziesięć ujęć. Musiało się udać. // Fot. Irmina Walczak

Pracowałam już wtedy w Krakowie, w Nowej Hucie otwierałam pracownię muzyczną, miałam prowadzić zajęcia z dzieciakami w ośrodku socjoterapii. Ponieważ rodzice zdecydowali, że będą mnie wspierać w finansowaniu studiów, zmniejszyłam sobie etat, żeby w piątki wyjeżdżać już z Krakowa do Katowic na zajęcia. No i tak się zaczęła moja śląska przygoda.

Było dobrze?

Tak, to wspaniałe środowisko. Poznałam muzyków, z którymi do dziś się przyjaźnię, gram koncerty – to był taki bonus od życia. Pracowałam też na przykład z Anią Gadt, która była w tym roku nominowana do Fryderyka za piękną płytę „Coincidentia Oppositorum”. Dobry czas.

A Twoja pierwsza płyta?

Wysłałam ją do Grażyny Auguścik, wokalistki jazzowej, także pochodzącej ze Słupska. Poprosiłam o parę słów, które chciałam potem rozesłać do wydawców. Grażyna napisała notkę polecającą, dzięki której Agencja Muzyczna Polskiego Radia postanowiła wydać mój debiut. Jestem Grażynie za to dozgonnie wdzięczna i sama staram się podobnie wspierać początkujących twórców.

Uczyłaś śpiewu. Jak to się robi?

Wiesz, ja ze swoją nauką śpiewu trafiłam w takie okienko czasowe, kiedy modna była u nas amerykańska metoda Speech Level Singing opracowana przez Setha Riggsa. Ona zawiera taki zestaw ćwiczeń mających być czymś w stylu fitnessu dla krtani.

Po latach widzę, że ona się sprowadzała wyłącznie do ćwiczeń rejestru piersiowego i głowy, robiło się je w celu wytworzenia tzw. równobrzmiącego miksu. Problem polega na tym, że Speech Level Singing nie mówi niczego o ciele, emocjach, o tym, że głos, który z siebie wydobywamy, jest indywidualny. Ani o tym, jak w ogóle go z siebie wydobywać i pielęgnować. 

Nauka śpiewu tą metodą polega na ociosywaniu każdego głosu niemalże pod linijkę, co poskutkowało tym, że wielu wokalistów ćwiczących w tym nurcie zaczęło brzmieć podobnie, jeśli nie tak samo. 

Zdałam sobie sprawę, że SLS zupełnie nie pomaga mi w tym, co chcę osiągnąć. Oczywiście miałam jakieś swoje aspiracje, żeby zwiększyć skalę... A przecież to w ogóle nie o to chodzi w śpiewaniu.

A o co chodzi?

Zobacz, wierzymy, że funkcjonujemy lepiej, jeśli prowadzimy regularny tryb życia, prawda? Staramy się codziennie robić 10 tysięcy kroków, spacerować, wysypiać się, odpowiednio odżywiać. Rozwijamy i pielęgnujemy nawyki, które nas budują. Śpiewanie reguluje nasze ciało w podobny sposób. 

I nie trzeba się tego uczyć – wszyscy potrafimy. 

No nie wiem...

Tak jak wszyscy potrafimy się śmiać i płakać, tak samo potrafimy śpiewać. Mniej więcej w okolicach drugiego albo trzeciego roku życia dzieci samoczynnie improwizują, wymyślają sobie piosenki. Tyle że w tym czasie, albo trochę później, pojawia się ktoś, kto krytycznie do tych naszych improwizacji podchodzi i sobie odpuszczamy.

Ktoś po prostu błaga, żebyśmy się nie darli.

A ja nigdy nie robiłam castingów, nigdy też nikogo nie wywaliłam z próby. Kiedy prowadziłam chór, każdy miał do niego wstęp. A pracowałam naprawdę z różnymi grupami. Najpierw z chórem gospel w Krakowie, potem dwa lata z amatorskim chórem seniorów w Jaworznie. Średnia wieku wynosiła, powiedzmy, sześćdziesiąt lat, ale mieliśmy też pana w wieku lat 86. I wiem, że systematyczne śpiewanie – jak w ogóle wszystko, co robimy systematycznie – niesamowicie nas buduje, wzmacnia. 

Co więcej, myślę teraz o założeniu w naszej gminie w Prażmowie, gdzie mieszkamy, chóru wielopokoleniowego, żeby dziadkowie oraz rodzice z dziećmi mogli przyjść wspólnie pośpiewać, rodzinnie. Strasznie mnie kręcą takie „bezproduktywne” spotkania i śpiew w czasach, kiedy liczy się efekt, wynik. Kiedy wszystko, co robimy, musi być po coś, do czegoś się w życiu przydawać.

Podam ci przykład – brałam ostatnio udział w bezpłatnych, otwartych „Porankach w ruchu” organizowanych w warszawskim Zamku Ujazdowskim. Ludzie przychodzą tam o dziesiątej rano i przez półtorej godziny tańczą, ruszają się spontanicznie. I wiesz co? Walą na to drzwiami i oknami. Oczekiwano, że grupa będzie liczyła mniej więcej 30 osób, a przychodzi prawie 70. 

Jest w nas taka potrzeba, żeby śpiewać, ruszać się.

Ale też się trochę wstydzimy.

Wszystkie programy telewizyjne, w których szuka się nowych gwiazd, zamykają nas na śpiew. Patrzymy na kogoś, kto śpiewa jak Whitney Houston albo Michael Jackson, i się nam włącza wewnętrzny krytyk: „nie no, ja bym tak nie zaśpiewała, ale by mnie zjechała ta komisja, lepiej nie próbować”. 

Takie dokładnie efekty obserwowałam, kiedy prowadziłam zajęcia w szkole mojego syna, z licealistami. Po 45 minutach wydali z siebie pierwszy dźwięk. To było po prostu uparte przedzieranie się przez wstyd. Żeby ta młodzież odważyła się wydobyć z siebie cokolwiek, musiałam podzielić się z nimi osobistymi historiami życiowych porażek. 

Jakimi historiami?

Był taki moment, że przestałam śpiewać. Urodziłam syna, wróciły do mnie różne trudne przeżycia z dzieciństwa. Chciałam zaśpiewać piosenkę i rozpadałam się, zaczynałam płakać. 

Wyobraź sobie, że całe życie śpiewasz i raptem nie możesz wydobyć z siebie dźwięku… Wydaje mi się, że instrumentaliści też tak czasem mają, że pojawiają się jakieś spięcia ręki albo bóle kręgosłupa.

Trzy lata się zbierałam, żeby zadzwonić do Kasi Rościńskiej. To wokalistka, znana także ze sceny, śpiewa m.in. z Natalią Kukulską. Ale przede wszystkim jest świetną pedagożką. No i ona powoli, przez kolejne dwa lata, tydzień w tydzień, wydobywała ze mnie głos. Czasem na lekcji udało nam się zaśpiewać tylko jeden dźwięk. Ale powolutku mój głos zaczął wychodzić z wnętrza mnie, z miednicy, nie z gardła. To był przełom.

Czego się nauczyłaś?

Przestałam obsesyjnie pilnować tego, że każdy dźwięk ma być idealny. W szkole muzycznej uczysz się, że musisz bezbłędnie zagrać każdy utwór, musisz być perfekcyjna. 

Grałam już siedemnaście lat, gdy pani od fortepianu, na studiach, zapytała: „Agnieszko, a czy ty masz przyjemność z grania na fortepianie?”. A ja mówię: „No mam, jak już nauczę się utworu na pamięć, zrobię interpretację, jak umiem go zagrać dobrze, to wtedy ewentualnie tak, mam przyjemność”. A ona: „Nie lepiej byłoby mieć radość z grania każdego dźwięku?”.

Tak samo jest ze śpiewaniem?

Więcej: to jest opowieść o przyjmowaniu siebie. Umiejętności powiedzenia sobie: no dobra, dzisiaj mam tylko tyle siły i to jest w porządku. 

Kasia, u której się wciąż uczę, opowiada o śpiewaniu jak o strumyczku, który w nas płynie. Jednego dnia ten strumyczek jest taki wąziutki, malutki. A innego płynie rwąca rzeka.

Jak przyszłam na pierwszą lekcję, powiedziałam, że za miesiąc chcę nagrać płytę. Kasia na mnie spojrzała i mówi: możesz to zrobić teraz albo za półtora roku. Co? Półtora roku? No i po dwóch latach od tamtego spotkania rzeczywiście wydaję płytę. 

Warto dać sobie czas?

Inaczej: ten czas trzeba sobie wziąć, zagarnąć, wyszarpać. Mój znajomy powiedział kiedyś, że niczego by w życiu nie zrobił, gdyby sobie „nie brał czasu”. Szczególnie my, kobiety, mamy czasu o wiele mniej, bo angażujemy się częściej nawet w doraźną pomoc naszym przyjaciołom, rodzinie. To my pamiętamy o urodzinach, kupujemy prezenty, robimy zakupy. Kosztem tego nasz czas po prostu się uszczupla. 

Dobra, wyrwałam pół godziny. Jak mam znaleźć swój głos?

Usiądź sobie na krześle przed lustrem. Zaśpiewaj parę samogłosek. Nie spiesz się. Staraj się poczuć, jak dźwięk wypływa z miednicy, jak przepływa przez jamę brzuszną, jak wibruje. Jak masuje całe wnętrze ciała. Pomyśl, że ten dźwięk, który wydobywasz, działa jak masaż narządów wewnętrznych. Poczuj siebie w tym wnętrzu. Przyglądaj się, obserwuj, nie oceniaj. Nastaw się na wędrówkę, wysiłek.

Ciężkie to jest, bo my mamy sporo oczekiwań wobec siebie. A czasem słyszymy głosy z zewnątrz – naszych nauczycieli, pani od muzyki, a może rodziców. Kogoś, kto ma wobec nas oczekiwania. 

Są samogłoski, które bardziej sprzyjają otwarciu. Są takie, które bardziej zwężają gardło. Kaśka ma taki zmysł, że wie, w jakiej tonacji zacząć lekcję, żeby rozgrzać troszeczkę głos i dać sobie czas. Bo z głosem jest jak z instrumentem: ważne jest ciśnienie, powietrze, ale ten instrument ma też swój stan emocjonalny, który wpływa na jego brzmienie.

Kiedy wiadomo, że jest dobrze?

Ja po latach śpiewania „z głowy” nagle usłyszałam, jak ten prawdziwy dźwięk się przeze mnie przedziera. Kiedy czuję, że jestem poruszona, to znaczy, że on idzie właśnie z brzucha, z tego miejsca, gdzie gromadzimy doświadczenia, emocje. 

Ten dźwięk mi też przynosił coś w rodzaju… nie wiem… słowo „satysfakcja” nie będzie najlepsze… Może: poczucia autentyczności? Wiesz, ja mogę zaśpiewać ładne, poprawne „aaaa”, ale to w ogóle nie o to chodzi. Nie chcę śpiewać ładnego dźwięku, ja chcę śpiewać dźwięk prawdziwy. Chcę się dokopać do swojego głosu, który być może mnie zaskoczy, bo będzie dziki albo chropowaty.

O tym jest Twoja płyta?

Nagrałam płytę, na której jest sześć, a nie trzynaście piosenek, ale ja uznałam, że w tym akurat momencie, kiedy jestem matką, to będzie aż nadto. To, co śpiewam, jest rodzajem medytacji. O czym opowiadam? Że nie chcę szybciej żyć. I staram się zaśpiewać to tak, żeby to nie były puste słowa.


Nowy album Agi Kiepuszewskiej: „Cisza wszystkich łąk”

Trzeci solowy album Agi Kiepuszewskiej to opowieść o życiowej harmonii i odzyskiwaniu mocy. Nie tylko teksty, ale i świadomy dobór środków muzycznych pokazuje, co to znaczy artystyczna – i życiowa – dojrzałość. Artystka, która ma bardzo solidne wykształcenie muzyczne (studiowała dyrygenturę chóralną, kompozycję, muzykę dawną i wokalistykę jazzową), celowo odrzuca wiele z wyuczonych technik, wybierając naturalność. 

Na najnowszym albumie jej głos jest wolny, otwarty i swobodny. Nie ma tu perfekcyjnej intonacji, idealnej interpretacji. Prowadzenie frazy, sporo rejestru „głowowego” i charakterystyczne wibrato przywodzi na myśl styl śpiewania Joni Mitchell, której Kiepuszewska słuchała dużo, bo echa Joni wybrzmiewają nie tylko w jej głosie, ale także w kompozycjach i aranżacjach. 

Album Agi Kiepuszewskiej „Cisza wszystkich łąk” // materiały prasowe

Za tę warstwę na albumie u boku Agnieszki odpowiada Nikola Kołodziejczyk. Zespół tworzy dwóch gitarzystów, Adam Jędrysik i Andrzej Imierowicz, kontrabasista Maciej Szczyciński oraz perkusista Miłosz Berdzik

Mimo że cały album utrzymany jest w charakterze piosenki autorskiej, brzmienie zespołu jest na wskroś jazzowe, a forma utworów otwarta, zostawiająca sporo przestrzeni dla improwizacji. Charakterystyczny dla płyty jest brak tradycyjnego podziału na śpiew i akompaniament – tutaj każdy z instrumentów jest odrębnym głosem, a cała piątka ciekawie ze sobą dialoguje. Dużo na tym albumie łagodności, ale jest to także opowieść o odzyskiwaniu mocy i świetnie przypominają o tym gitary w rękach Imierowicza i Jędrysika.

Marta Kula


Najbliższe koncerty Agi Kiepuszewskiej:

  • 09.05. Oficyna Kultury, Młochów, Nadarzyński Ośrodek Kultury
  • 06.07. Premiera Winyla, Open Stage Ether Jazzu, Radio Łódź
  • 08.07. SPATiF, w ramach JazzState, Warszawa
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nad rzeką bez końca