Wojciech Brzeziński: Z wykształcenia jest Pan biologiem, pracuje jako paleoantropolog, ale w swojej najnowszej książce, poświęconej ludzkiemu ciału, wiele miejsca przeznacza Pan nie na wykopaliska i skamieniałości, tylko na muzeum Prado i sztukę. Dlaczego?
Juan Luis Arsuaga: Bo jestem zwyczajnym człowiekiem i kocham sztukę. Moja mama zabierała mnie do Prado od dziecka. I w przeciwieństwie do większości zwiedzających, zaczynaliśmy nie od obrazów, tylko od rzeźb greckich i rzymskich.
Niedługo wybieram się do Grecji i zamierzam spędzać czas, zwiedzając muzea i szukając inspiracji. Jeśli interesuje cię ludzkie ciało, musisz jechać do Grecji i musisz iść do muzeów. Reszta świata była długo barbarzyńska. To Grecy odkryli, że mamy ciało, że można je przedstawiać i że ciało wyraża umysł. Wiele pojęć, które dziś uważamy za uniwersalne – piękno, proporcje, harmonia – tam zostało wymyślonych.
Dziś często bywam w Prado, myślę nawet o napisaniu kiedyś książki o tym muzeum. Historia sztuki to przecież w ogromnej mierze historia przedstawiania ludzkiego ciała.
A jednocześnie, i o tym Pan pisze, większość z nas swoje własne ciało ignoruje.
Moi studenci świetnie znają ciało z ilustracji, ale prawie nic nie wiedzą o własnym. Mówię im: nie patrzcie tylko na rycinę. Macie własne ciało. Badajcie je. Dotykajcie. Sprawdzajcie, gdzie są kości, ścięgna, mięśnie. Pewnego dnia ktoś mnie za to pewnie pozwie, bo dziś to tabu.

Problem polega na tym, że żyjemy w kartezjańskim świecie: jest „ja” – umysł, duch, osobowość – i jest ciało jako „pojazd”, który ma nas tylko wozić. A ja próbuję ten obraz odwrócić: nie jest tak, że umysł ma ciało. To ciało ma umysł. Właściciel „ja” jest cielesny.
Mamy z ciałem relację podobną do tej, którą ja mam ze swoim samochodem: wiem, że ma gdzieś silnik i jak wleję benzynę, to pojedzie. Ale nie mam pojęcia, jak to działa. Różnica jest taka, że ciało posiada wrażliwość – czujemy świat przez nie. A jednak myślimy o nim dopiero, gdy nas boli.
Skąd ta dziwna niechęć do własnego ciała? Religie? Kultura? Wstyd?
Wszystko naraz. Religie – chrześcijaństwo, islam, judaizm – są bardzo nieufne wobec ciała. Ciało jest słabe, grzeszne, podejrzane. W sztuce islamskiej przez wieki prawie nie przedstawiano ludzi.
W chrześcijaństwie przez stulecia jedną z nielicznych nagich postaci był… Jezus na krzyżu. To paradoks, prawda? Reszta ludzkości była ubrana, jedyny nagi człowiek to Jezus.
Albo historia Adama i Ewy: w raju chodzą nago i nawet nie są tego świadomi. Dopiero po wygnaniu odkrywają, że są nadzy, i się wstydzą. W raju byli nudystami, poza nim już nie. To opowieści, ale dobrze pokazują, jak bardzo ciało wiązano z winą i wstydem.
W końcu przychodzi Kartezjusz i jego cogito ergo sum. Wielki filozof, mam do niego ogromny szacunek, ale jego radykalny dualizm – dusza tu, ciało tam – bardzo się zakorzenił. Przez długi czas uważało się, że prawdziwy intelektualista nie uprawia sportu, nie ogląda tenisa w telewizji, tylko czyta. Ciału nie wypadało poświęcać uwagi.
Ja jestem raczej epikurejczykiem: materialistą, który uważa, że powinniśmy poznać ciało i czerpać z niego przyjemność – także intelektualną.
Przejdźmy do ewolucji. W podręcznikach często czytamy, że tym, co nas naprawdę definiuje, jest mózg. W Pana książce równie ważne stają się jednak ręce, stopy, sposób poruszania się. Co właściwie „czyni nas ludźmi”? Mózg, ręce, stopy, coś innego?
Z punktu widzenia ewolucji najpierw pojawiła się dwunożność, dopiero potem duży mózg. Te dwa kluczowe dla człowieka elementy są „rozsynchronizowane”. Postawa wyprostowana pojawia się około 4 mln lat temu, wraz z australopitekami.
Wcześniej mamy prawie czarną dziurę: wiemy z genetyki, że linia ludzka rozeszła się z szympansią 5-7 mln lat temu, ale skamieniałości z tego okresu są bardzo fragmentaryczne. Czy ówcześni przodkowie człowieka byli dwunożni? Spieramy się o to. Moim zdaniem najwcześniejsze homininy, czyli gatunki obejmujące przodków ludzi i szympansów oraz ich najbliższych krewnych, prawdopodobnie nie były jeszcze w pełni dwunożne.
Australopiteki znamy dobrze. Wiemy, że były dwunożne, chodziły krokiem zbliżonym do naszego. I – co fascynujące – miały ręce i ramiona bardzo podobne do naszych. Nie tylko stopy! W zapisie kopalnym nowoczesne dłonie i nowoczesne stopy pojawiają się równocześnie. Dlaczego? Czy istnieje genetyczny związek między rozwojem stóp i rąk? Nie wiemy. Stopy rozumiemy: służą do dwunożnego chodu. Ale zręczne dłonie? Przecież można manipulować przedmiotami, nie będąc w pełni dwunożnym. A jednak u kandydatów na najwcześniejszych homininów ani dłonie, ani stopy nie są „nasze”. Dopiero u australopiteków pojawiają się w pakiecie.
Czyli: najpierw stajemy na dwóch nogach, dłonie się uwalniają, dopiero potem rośnie mózg?
Tak. Zanim nasz mózg się powiększa, pojawiają się zdolności manualne, manipulacja przedmiotami, proste narzędzia. To prawdopodobnie warunek konieczny, choć niewystarczający, dla późniejszej ekspansji mózgu.
Ale w tej historii jest jeszcze jedna „anomalia”. Patrząc na ewolucję innych naczelnych, można by się spodziewać, że pójdziemy w stronę parantropów, kuzynów australopiteków: wielkie szczęki, ogromne zęby, aparat do miażdżenia twardego, roślinnego pokarmu w coraz bardziej suchym, otwartym środowisku. To byłoby logiczne.
Tymczasem w pewnym momencie pojawia się nasz przodek, który robi coś dokładnie odwrotnego: zmniejsza zęby i szczęki, a inwestuje w technologię i mózg. Zastępuje biologię kulturą. Gdybym był pozaziemskim zoologiem obserwującym Ziemię, nigdy bym się tego nie spodziewał. To kompletnie inna trajektoria ewolucyjna.
Kolejny spór dotyczy tego, jak bardzo wyjątkowe jest nasze ciało. W książce stawia Pan mocną tezę: Homo sapiens to nie jest tylko kolejny wariant, ale „projekt rewolucyjny”.
Jedna szkoła mówi: od pasa w dół jesteśmy mniej więcej tacy jak Homo erectus. Inna – i do niej należę – twierdzi, że nasza sylwetka to nowość właściwa Homo sapiens, pojawiająca się ok. 200 tys. lat temu. To tak jak z Kopernikiem: albo Słońce krąży wokół Ziemi, albo Ziemia wokół Słońca. Nie ma opcji pośredniej. Tu też mamy dwie niekompatybilne hipotezy. Ja uważam, że to my mamy rację – i że potwierdzą to skamieniałości.
Homo erectus czy neandertalczycy to moim zdaniem „doskonalenie starego modelu”. Trochę jakbyś dodawał coraz większe żagle do statku żaglowego. My z kolei jesteśmy jak przejście na napęd parowy. To inny typ projektu biologicznego. Nasze ciało jest wąskie, lekkie, wyjątkowo dobrze przystosowane do długodystansowego marszu i biegu. Jesteśmy gatunkiem pielgrzymów, maratończyków.
Jesteśmy w pełni produktem ewolucji, ale nasz projekt jest inny. Nie jesteśmy tylko wariantem Homo erectus. Zrezygnowaliśmy z maksymalnej siły osobniczej na rzecz siły grupy. Neandertalczycy mieli zapewne o 10-15 kg więcej mięśni niż my. Ich ciała były stworzone do krótkich, intensywnych wysiłków – zasadzki, bezpośrednie starcia. My poszliśmy w wytrzymałość i w sieć społeczną: polowanie przez zmęczenie, współpraca, podział ról, sojusze, kontrola terytorium.
Jeśli musisz zabić zwierzę w bezpośredniej walce, musisz być niezwykle silny. Jeśli polujesz z dystansu, przy pomocy oszczepów, pułapek, długiego pościgu grupowego – wystarczy, że jesteś sprytny, dobrze zorganizowany i masz ciało odpowiednie do długiego marszu.
Zwykle słyszymy raczej odwrotną opowieść: że ciało człowieka jest kiepsko zaprojektowane, źle znosi pionową postawę, a bóle kręgosłupa czy stawów to „cena za bycie człowiekiem”.
Tak nas uczono: że jesteśmy jedynym gatunkiem źle zaprojektowanym, brzydkim, mechanicznym potworkiem natury. Że najlepiej nas zakryć ubraniem, bo ciało jest wstydliwe. A reszta zwierząt – konie, wilki, gepardy – są piękne i doskonałe. To nieprawda. Jesteśmy bardzo dobrze zaprojektowani – do tego, do czego zostaliśmy zaprojektowani. Ptaka nie należy oceniać po tym, jak pływa.
Lekarze przez lata powtarzali: boli cię kręgosłup? „To cena dwunożności”. Wypadają ci zęby? „To cena bycia człowiekiem”. Jakbyśmy płacili jakąś biblijną karę za ewolucję. Tymczasem większość naszych problemów ma więcej wspólnego z cywilizacją niż z naturą. Z siedzącym trybem życia, dietą, brakiem ruchu. Nasze ciało nie było projektowane do siedzenia przy komputerze. Jest tak wydajne, jeśli chodzi o zużycie energii, że niezwykle trudno schudnąć tylko dzięki ćwiczeniom.
W ostatnich dekadach w paleoantropologii mamy prawdziwą rewolucję: pojawili się denisowianie, Homo floresiensis, Homo naledi… Jak na Pana, weterana wykopalisk, zadziałały te odkrycia?
Większość skamieniałości jest ważna, ale niekoniecznie sensacyjna. Wypełniają luki, poprawiają datowania, pozwalają precyzyjniej narysować drzewo rodowe.
Ale są odkrycia, które naprawdę wywracają nam wyobraźnię. Dla mnie takim szokiem był Homo floresiensis. Kiedy w 2004 r. dziennikarz zadzwonił z prośbą o komentarz, byłem przekonany, że to żart. Wysłał mi PDF-a z objętą jeszcze embargiem wersją artykułu, w formacie „Nature”. Pomyślałem: ktoś podrobił czasopismo, żeby się ze mnie pośmiać.
Zadzwoniłem do kolegów za granicą – oni potwierdzili, że to prawda. Wtedy uznałem, że oni też są w zmowie. Mały, metrowy hominin, na wyspie o hiszpańskiej nazwie Flores, w Indonezji, żyjący obok waranów z Komodo i karłowatych słoni… Brzmiało jak żart primaaprilisowy.
Drugim wielkim szokiem był dla mnie Homo naledi. Byłem w tej komorze, gdzie znaleziono szczątki – zejście jest trudne, wręcz klaustrofobiczne. Spędziłem życie, pracując na dnie szybu w Atapuerca, więc jestem przyzwyczajony do jaskiń. W dół jeszcze jakoś człowiek się wciska, pomaga grawitacja. Ale powrót do góry był koszmarem.
Sam gatunek jest zdumiewający: anatomicznie przypomina Homo habilis żyjącego 2 mln lat temu, a datowanie daje wynik ok. 300 tys. lat. Czyli gatunek z pozoru „archaiczny”, ale żyjący równolegle z pierwszymi Homo sapiens. Tu szokuje nie geografia, lecz chronologia.
Do tego dochodzą znaleziska takie jak Mała Stopa – prawie kompletny szkielet australopiteka, czy świetnie zachowane szkielety z jaskini Malapa w RPA (reprezentujące Australopithecus sediba). A jednak wciąż brakuje nam tego, co najcenniejsze: powiązanych, kompletnych szkieletów. Często mamy kość udową, ale nie wiemy, jak wyglądała reszta ciała, do którego należała. Czasem żartuję, że do pełni szczęścia brakuje już tylko jakiegoś hominina z Grenlandii.
Wróćmy do książki. W jednej z rozmów powiedział Pan, że to pierwszy w historii „podręcznik anatomii do czytania”. Co to znaczy?
Spójrzmy na klasyczne atlasy anatomii: piękne rysunki „ogołoconych” ludzi, wiele łacińskich terminów. Tego się nie czyta, tylko konsultuje. Nikt nigdy nie wziął podręcznika anatomii i nie przeczytał go od deski do deski jak powieści.
A ja chciałem napisać coś, co czytelnik przeczyta. Tekst, który prowadzi przez ciało jak przez narrację, przez opowieść, a nie zestaw tablic. Książka nie ma ilustracji, bo ilustracją jest twoje własne ciało. To książka do czytania i do dotykania.

JUAN LUIS ARSUAGA jest hiszpańskim ewolucjonistą, paleoantropologiem i wpływowym intelektualistą. Syn piłkarza Realu Madryt i historyczki sztuki. Dorastał między stadionem a muzeum, co miało realny wpływ na jego sposób myślenia o ludzkim ciele – jednocześnie jako o sprawnym mechanizmie i jako o obiekcie kultury.
Naukowym centrum jego życia jest Atapuerca – niewielkie pasmo wzgórz nieopodal Burgos, gdzie Arsuaga i inni hiszpańscy badacze opisali liczne skamieniałości z okresu rozciągniętego na przeszło milion lat, m.in. wczesnych neandertalczyków (ze stanowiska Sima de los Huesos) czy żyjącego ok. 800 tys. lat temu Homo antecessor (z Gran Dolina) – hominina o zaskakująco płaskiej twarzy, niespotykanej u innych gatunków człowieka przez kolejne setki tysięcy lat. Arsuaga od dawna wykorzystuje to odkrycie jako argument, że ewolucja człowieka nigdy nie była linearna ani geograficznie jednokierunkowa.
Jego najnowsza książka – „Ciało” (przeł. Ewa Ratajczyk, Znak 2025) – to opowieść o człowieku i jego ewolucji z perspektywy kości, mięśni czy cielesnych proporcji. Arsuaga przekonuje, że nasze ciało jest ewolucyjnym dokumentem, z którym się nie rozstajemy, choć go nie „czytamy”. I pokazuje, jak wiele można z niego zrozumieć, jeśli połączy się wiedzę biologiczną z wrażliwością wyniesioną z muzeów sztuki.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















