Dziesiątego września 2025 r. obudziliśmy się – podobno – w nowej rzeczywistości. Jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej, nie jest ona aż tak nowa.
Komentarze w polskiej infosferze, zarówno te pochodzące od ludzi, jak wytworzone przez farmy botów i trolli, w ciągu pierwszej doby po ataku bojowymi środkami napadu powietrznego (tak się fachowo te urządzenia nazywają, dronem to się kręci film z wesela), przypisywały odpowiedzialność za niego: Ukrainie – w 38 proc.; Rosji – w 34 proc.; polskiemu rządowi – w 15 proc.; NATO i Zachodowi – w 5 proc.
Na te dane, opublikowane przez Fundację Res Futura, nie miał wpływu komunikat Sztabu Generalnego, w którym wskazano, że „drony” były rosyjskie, jednoznaczne wystąpienia premiera i prezydenta oraz zaprezentowany przez klasę polityczną pokaz chwilowej jedności. A można się spodziewać, że fakt, iż na dom w Wyrykach spadła rakieta wystrzelona z polskiego samolotu, sytuację jeszcze pogorszy.
Influencerzy prorosyjskich narracji – od Dzikiego Trenera po Korwina
Sugestie bądź jednoznaczne twierdzenia, że za atakiem stać może Ukraina, publikowali w mediach społecznościowych m.in. Łukasz Warzecha, Janusz Korwin-Mikke, Marek Jakubiak, Marcin Rola (sugerował nawet, że może to być prowokacja... polska), Rafał Otoka-Frąckiewicz, X-owy profil tygodnika „Do Rzeczy”, liczni politycy Konfederacji, no i oczywiście Grzegorz Braun. To z figur bardziej znanych, występujących pod nazwiskiem czy marką medialną.
Bo w narrację korzystną dla Rosji (straszenie, że Ukraina chce nas „wciągnąć w wojnę”, wyśmiewanie polskiej armii i sugerowanie, że nie jest zdolna nas obronić, negowanie potrzeby wysłania polskich żołnierzy na Ukrainę w celach szkoleniowych, podsycanie nastrojów antyukraińskich) wpisywało się wiele postaci rozpoznawalnych w polskim internecie.
Ich nazwiska lub nicki mogą czytelnikom prasy mówić niewiele: Cezary Graf – „specjalista od inwestycji”, znany z licznych kompromitacji, nie zmniejszających jednak jego popularności (54 tys. obserwujących na X); Dawid Mysior – youtuber i „konserwatywny influencer”; X-owe konto @coolfonpl – znane z rozpowszechniania prorosyjskich fejków (74 tys. obserwujących)... Tak naprawdę imię ich legion, a nie wymieniłem kont uprawiających prorosyjską propagandę bez żenady, takich jak @MartinDemirov czy @Piotr_Panasiuk.
Najbardziej charakterystycznym przykładem jest Dziki Trener, mający 2 mln obserwujących na Facebooku, 800 tys. subskrybentów na YouTube, blisko 700 tys. obserwujących na Instagramie. Zajmuje się, jak nick wskazuje, fitnessem. Ale nie tylko: w opublikowanym przez Res Futura zestawieniu najaktywniejszych kont kwestionujących rosyjski atak był na pierwszym miejscu.
Jak to ujął Piotr Wilkin: „Jeśli zastanawiacie się, dlaczego wasza znajoma, którą do tej pory utożsamialiście raczej z hippisowską beztroską lewicą obyczajową, nagle zaczyna wrzucać spoty Brauna na swój timeline – to właśnie dzięki nim.
Mrowie rozmaitych »trenerów«, którzy wszyscy dziwnym trafem dochodzą do takich samych wniosków – że warunkiem twojego dobrostanu jest sprawne zarządzanie swoimi finansami, dużo jogi, mindfulness i relaks oraz walka ze światowym żydostwem, które podrzuciło nam covid i wszczęło wojnę na Ukrainie, żeby nas podzielić”. It’s funny ’cause it’s true, jak by powiedział Homer Simpson.
Tylko skąd oni wszyscy się wzięli? Jak to się stało, że mówienie o Ukraińcach per „Ukry” zostało znormalizowane? Albo że hasztag #ukropolin nie robi już na nikim wrażenia?
Wołyń na Facebooku – jak zaczęła się kampania dezinformacyjna
Na początku były niszowe grupki na Facebooku. Zajmowały się głównie instrumentalizacją zbrodni wołyńskiej, wykorzystywanej do agresywnego atakowania i zohydzania Ukraińców oraz – tak się dziwnie składało – ukraińskich dążeń do niezależności od Rosji.
Było to w pierwszych latach po aneksji Krymu, a grupki te – jak się zdaje – animowane były głównie przez ludzi powiązanych z Partią Zmiana, założoną przez Mateusza Piskorskiego, zatrzymanego w 2016 r. przez funkcjonariuszy ABW pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji. Piszę „jak się zdaje”, ponieważ nikt tego nie badał.
Nikt, poza Marcinem Ludwikiem Reyem, samotnym pasjonatem, toczącym latami upartą wojnę z ludźmi z tego środowiska i cierpliwie odsłaniającym ich powiązania. Wojna ta zakończyła się w ubiegłym roku skazaniem... Reya (nieprawomocnym jeszcze wyrokiem) za zniesławienie jednej z osób prowadzących fejsbukowy profil „Ukrainiec nie jest moim bratem”.
W czasie, kiedy polski wymiar sprawiedliwości trudził się nad rozwiązaniem zagadki, czy człowiek, który w ponad stu mailach ustalał podejmowane działania z rosyjskim politykiem Sargisem Mirzakhanianem, jest szpiegiem, czy też nie (wyrok w sprawie Piskorskiego wciąż nie zapadł), niszowe niegdyś grupki zaczęły rosnąć w siłę.
Popularność zaczął zdobywać niejaki Marcin Rola i jego założony w 2016 r. youtubowy kanał „wRealu24” (internetowa strona kanału została zablokowana w maju 2022 r. przez ABW za rozpowszechnianie dezinformacji i rosyjskiej propagandy, ale rok później sąd przywrócił jej funkcjonowanie).
Dodajmy, że przez długi czas był to człowiek, na którego przychylnie spoglądała część środowisk medialnych związanych z PiS. Bywał częstym gościem w TVP Jacka Kurskiego i TV Republika; niewiele zabrakło, a otrzymałby wsparcie z Funduszu Patriotycznego.
Politycy w social mediach – prawicowy nonkonformizm czy propaganda?
Przekonanie o kluczowej roli mediów społecznościowych jako areny, na której wygrywa się wybory, stało się wśród polityków powszechne po 2015 r. Zarazem media społecznościowe były dla większości z nich terenem obcym. Obcym, ale obiecującym – jak Dzikie Pola, które można zagospodarować, wyłamując się przy okazji spod partyjnej kontroli spójności przekazu medialnego. Wielu zapragnęło wyrwać z nich poletko, na którym można hodować prywatny elektorat.
Wśród części prawicowego elektoratu rosło przy tym zapotrzebowanie na nonkonformizm wobec mainstreamu, postrzeganego przez pryzmat polityki tandemu Morawiecki–Kaczyński. Nonkonformizm musiał więc być prawicowy i patriotyczny, ale musiał też być niepisowski. O obsłużenie tego zapotrzebowania rywalizowali politycy zrastającej się z trudem Konfederacji z jednej, a środowisk Solidarnej Polski i różnego rodzaju wewnątrzpisowskich radykałów z drugiej strony.
Zapleczem merytorycznym tych polittechnologicznych operacji były pozostające w cieniu agencje PR i samozwańczy spin-doktorzy, pasem transmisyjnym na masy zaś – pojawiający się jak grzyby po deszczu różnej maści influencerzy medialni. Efektem była nieznana przedtem obfitość „prawicowego nonkonformizmu” w mediach społecznościowych.
Covid i szczepionki – przyspieszony kurs podważania zaufania do państwa
Nonkonformizm ten polegał głównie na zadawaniu różnych wariantów pytania: „kto za tym stoi?”, z niedbale zawoalowaną sugestią, że są to Żydzi, złowroga Unia lub Niemcy oraz służący im politycy. Cichy polityczny sponsor danego konta czy kanału doraźnie zyskiwał na tym, że jego nazwisko w tych kontekstach nie padało; długoterminowo jednak traciła cała klasa polityczna, a szerzej – państwo. Owszem, zaufanie do niego nigdy nie było wysokie, jednak wspólnym mianownikiem przekazu generowanego przez prawicowo-nonkonformistyczne „sosziale” była dalsza jego erozja.
I wtedy przyszła pandemia. Trzeba przyznać, że podejmowane przez rząd Morawieckiego działania uwiarygadniały narrację, że państwo prawie do niczego się nie nadaje (pamiętacie zakaz wchodzenia do lasów?). Jednak rozpętana przez prawicowo-nonkonformistyczny internet histeria dotycząca maseczek i szczepionek była czymś niebywałym – robiącym wrażenie zadziwiająco dobrze zorkiestrowanego.
No i tak się jakoś złożyło, że niektórzy z tych, którzy zaczynali od pisania o Wołyniu w latach 2016-2018, w 2020 r. płynnie przechodzili do zrównywania obowiązku noszenia maseczek z obozami koncentracyjnymi, a następnie zaczynali pisać nader dziwne rzeczy w lutym 2022 r.
Hejt i pogarda w sieci – nie trzeba agentów, by niszczyć debatę
Nie uważam oczywiście, by którakolwiek z wymienionych przeze mnie na początku osób była rosyjskim agentem w sensie dosłownym. Proces formowania się antyukraińskiej, antyszczepionkowej i w ostatecznym kształcie działającej na rzecz realizacji rosyjskich interesów w Polsce patriotycznej internetowej „sceny” był co do zasady procesem spontanicznym. Ale umiejętnie inspirowanym.
Inspiracja ta przebiegała, jak sądzę, dwutorowo: poprzez nasycanie infosfery treściami i określeniami radykalnymi i hejterskimi, tak aby w jak największym stopniu znormalizować agresję i pogardę w dyskursie publicznym – oraz poprzez suflowanie wybranym liderom opinii określonych narracji i punktów widzenia.
Realizacja pierwszego z tych działań wymaga raptem kilkunastu ludzi zakładających setki kont, które powielają agresywny przekaz. Nie muszą mieszkać w Polsce ani nawet – w dobie translatorów – mówić po polsku. Nota bene za datę skokowego rozwoju farmy trolli Prigożyna badacze dezinformacji przyjmują rok 2018, kiedy przeprowadziła się ona w Petersburgu z niewielkiej kamienicy w Olgino do centrum biznesowego na ul. Optyka.
Miało to prawdopodobnie związek z masową ingerencją Rosjan w wybory prezydenckie w USA, tak się jednak składa, że jest to również czas intensywnego rozwoju patriotyczno-radykalnej infosfery w Polsce. I wzrostu mody na konta lifestyle’owe, ale nie stroniące od polityki.
Do realizacji punktu drugiego agenci są już potrzebni, ale wystarczy ich kilku – byle dobrze zsieciowanych. W tym kontekście przychodzą mi na myśl dwie postaci. Tomasz Szmydt np. należał do zaufanej grupy sędziów lojalnych wobec Zbigniewa Ziobry. Czy mógł mieć udział w tym, że polityka tego ostatniego przybrała postać skrajnie radykalną, ostatecznie doprowadzając do szkodzącego Polsce konfliktu z Unią Europejską, destabilizacji sądownictwa i wytworzenia nierozwiązywalnego konfliktu wokół statusu neosędziów?
Granica białoruska i kryzys migracyjny – generalna próba destabilizacji
A Pablo Gonzales vel Paweł Rubcow? W Polsce był to człowiek szczególnie aktywny w środowisku dziennikarzy relacjonujących kryzys migracyjny na granicy polsko-białoruskiej. Kryzys, który dziś jest postrzegany przez obie strony politycznego spektrum jako element wojny hybrydowej, polegającej na wykorzystaniu specjalnie w tym celu ściągniętych ludzi z Bliskiego Wschodu, których białoruskie służby używały jako „żywej broni”, służącej do destabilizacji sytuacji na granicy.
W 2021 r. media nazywane „liberalnymi” (czyli, tak naprawdę, wspierające PO) przedstawiały go jednak jako masowe łamanie praw człowieka przez „nieludzki reżim PiS”. Wyprodukowano wówczas wiele fałszywych informacji, np. zarzucano Straży Granicznej morderstwa i nadużycia, które nigdy nie miały miejsca.
Przyczyniało się to do dalszego podrywania zaufania do państwa i wywierało na rząd gigantyczną presję, aby wpuścił wszystkich, a „kim są ci ludzie – ustali się później” (jak stwierdziła Iwona Hartwich). Istnieje bowiem, dodajmy na marginesie, także „lewicowy nonkonformizm” z licznymi politykami, którzy kolonizowali Dzikie Pola mediów społecznościowych po drugiej stronie ideowej barykady.
Co byłoby efektem niekontrolowanego otwarcia granicy w 2021 r.? Radykalny wzrost nastrojów antyimigracyjnych i dalsza erozja autorytetu władz, nakładająca się na wzburzenie społeczne wywołane obostrzeniami pandemicznymi (tak się składa, że kryzys na granicy rozpoczął się akurat po wygaśnięciu największej fali protestów covidowych).
Destabilizacja kraju miałaby więc szansę osiągnąć apogeum akurat w przededniu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. I nasza reakcja na wybuch otwartej wojny za wschodnią granicą mogłaby być inna. Zarówno w wymiarze politycznym, jak i społecznym: czy otwarlibyśmy „nasze domy i serca” dla dwóch milionów uchodźców z Ukrainy, mając już u siebie co najmniej kilkadziesiąt (może kilkaset) tysięcy migrantów z Bliskiego Wschodu?
Przemyśl 2022 – nieudana prowokacja
Poszlakę, że chronologia tych kryzysów – i intensyfikacja internetowych narracji – nie była przypadkowa, może stanowić zapomniana dziś sekwencja wydarzeń: 26 lutego 2022 r., kiedy okazało się już, że cała Polska mobilizuje się do pomocy Ukrainie, internet zalały informacje o przybywających do Przemyśla „czarnoskórych uchodźcach”, mających jakoby atakować kobiety i dzieci.
1 marca Konfederacja zorganizowała w Sejmie konferencję, wzywając do „filtracji” i „selekcji” uchodźców, który to apel na Twitterze natychmiast nagłaśniać zaczęli Grzegorz Braun i Konrad Berkowicz. Na Facebooku organizować się zaczęły grupy „samopomocy”, kolportujące kolejne zmyślone – ale alarmujące – informacje, dbając o to, by dotarły przede wszystkim do mieszkańców Przemyśla i okolic. Na ulicach pojawiły się grupy kibiców, zaczepiające (niekiedy atakujące) ludzi o „podejrzanym” wyglądzie. Sprawę zakończyła zdecydowana reakcja policji.
Kryzys na granicy białoruskiej pokazuje jednak poważniejszy problem. Partie ówczesnej opozycji (i sprzyjające im media) zlekceważyły interes bezpieczeństwa państwa. To prawda: nie wiedziały tyle, ile wiemy teraz – ale też nie próbowały się dowiedzieć.
Migrantów przez granicę Białoruś przerzucała już od czerwca – najpierw na Litwę, potem na Łotwę. Łotewskie MSZ wprost mówiło o wojnie hybrydowej, a UE wsparła oba kraje bałtyckie w ochronie granicy, wysyłając do pomocy personel Frontexu.
Organy unijne, mimo że pozostające w ostrym sporze z rządem PiS, unikały użycia argumentu o naruszeniach praw człowieka na granicy białoruskiej. Szermowali nim przede wszystkim polscy dziennikarze i reprezentanci ówczesnej opozycji. Ci ostatni, jak się okazało po wyborach 2023 r. – całkowicie instrumentalnie; po objęciu władzy kontynuowali bowiem politykę poprzedników.
PiS kontra PO – kiedy polska polaryzacja ułatwia grę Rosji
Bezpośrednio po ataku „dronów” Grzegorz Sroczyński przekonywał na portalu Gazeta.pl, że problemem nie są Warzecha i Rola ze swoimi prorosyjskimi narracjami, ale PiS i PO, zachowujące się czasem „jak z podręcznika FSB”. Miał wiele racji.
Historia destrukcji zaufania do instytucji, rosnącej polaryzacji i szermowania zarzutami o agenturalność, rzucanymi bez opamiętania pod adresem przeciwników, to historia przede wszystkim rywalizacji Tusk–Kaczyński (oraz gotowych na każde ich skinienie aparatów partyjnych i medialnych).
Krytyków budowy muru na granicy napędzała przede wszystkim nienawiść do PiS, a politykę Ziobry wobec sędziów napędzał jego własny radykalizm; ani Rubcow-Gonzales, ani Szmydt nie musieli się zbytnio trudzić. Nikt też chyba nie podsuwał PiS-owi pomysłu powołania komisji, oficjalnie do zbadania wpływów rosyjskich, nieoficjalnie do zablokowania Tuskowi powrotu na fotel premiera.
Dość wątpliwa pociecha, że ostatecznie zabrakło odwagi, by tego narzędzia użyć, i jedynym efektem pracy prof. Cenckiewicza okazał się pełen półprawd i insynuacji serial „Reset”.
Powołana przez Tuska komisja o niemal identycznie brzmiącej nazwie opublikowała ostatnio raport, w którym stwierdziła, że działania dezinformacyjne przeciw Polsce przybrały już postać „wojny kognitywnej”. Zgadzam się z tą tezą; nawet starałem się tu opisać fragmenty rzeczywistości, które ją potwierdzają. Ale jaki autorytet ma ta komisja w kraju, w którym od czasu katastrofy smoleńskiej każdy już zdążył nazwać każdego rosyjskim agentem, a jedyną osobą skazaną w związku z takim działaniem pozostaje Marcin L. Rey?
Inna sprawa, że powołana przez premiera „komisja Stróżyka” powstała jako narzędzie doraźnego crisis management po wybuchu skandalu związanego z ucieczką Szmydta na Białoruś. I że powołanie na szefa tej komisji gen. Jarosława Stróżyka z aprobatą przyjął jego kolega, gen. Piotr Pytel. Ten sam, który latami propagował tezę, że „PiS z efektem mimikry realizuje cele Rosji”.
Problemu zagrożenia bezpieczeństwa przez kryzys migracyjny i stojących za nim służb białoruskich jakoś nie eksponował – przynajmniej dopóki rządził PiS.
O Giertychu i wykreowanej przez niego fali histerii wokół rzekomo sfałszowanych wyborów prezydenckich – która wcale a wcale nie przyczyniała się do destabilizacji państwa – już nie wspominam. Podobnie jak o tym, że polityczne korzenie tego polityka tkwią w środowiskach, z których dziś rekrutuje się najwięcej zwolenników poglądów Marcina Roli.
Suwerenność cyfrowa – Rosjanie tu są, ale czy można coś z tym zrobić?
Stop, bo za chwilę dojdziemy do wniosku, że albo w wojnie kognitywnej żołnierzami Rosji są wszyscy, albo odwrotnie: że Rosjanie nie muszą nic robić, bo Polacy zdestabilizują się sami.
Jednak, mimo unoszących się nad kwestią rosyjskiej dezinformacji oparów absurdu, istnieje jakaś prawda. I ona, obawiam się – mimo że nie cierpię tego powiedzenia – leży pośrodku. Tu przestaję zgadzać się ze Sroczyńskim.
Interes, jaki główne partie widzą w napędzaniu polaryzacji, popycha je do działań zagrażających bezpieczeństwu i osłabiających państwo. Ale to nie znaczy, że Rosja nie dąży do zaostrzenia tych działań i nie buduje tu sieci częściowo wirtualnych, a częściowo realnych powiązań, pomagających popchnąć nasze wojny w korzystną dla siebie stronę.
Być może te wojny wyglądałyby inaczej, gdyby nie konieczność rywalizowania przez PiS z Konfederacją o młodego prawicowego wyborcę, zafascynowanego amerykańskim alt-rightem. Którego w stronę radykalizmu i teorii spiskowych (dziwnym trafem, Rosja nigdy się w nich nie pojawia) popychają różni „dzicy trenerzy”.
Albo gdyby niektóre konta przestały jednak działać. Pomimo niemożności zerwania z mechanizmem polaryzacji można by przecież temu choć trochę przeciwdziałać.
Można by, ale nie można. Znacząca część problemu leży bowiem jeszcze gdzie indziej, a mianowicie za oceanem. Polska nie ma elementarnej suwerenności cyfrowej. Nie ona jedna zresztą w dobie globalnej dominacji amerykańskich firm technologicznych. Żaden polski organ nie jest w stanie wyłączyć nawet najbardziej agresywnej i ewidentnej prorosyjskiej propagandy; decyzje tego rodzaju spoczywają w rękach ludzi takich jak Zuckerberg i Musk.
A każda sugestia, że światową sieć należałoby jakoś kontrolować w imię bezpieczeństwa, spotyka się z wściekłą reakcją obrońców wolności słowa. Złotej wolności.
Media cyfrowe w dobie Trumpa – wolność nie jest dana raz na zawsze
Zaryzykuję zużyte już nieco porównanie do sytuacji Polski w przededniu rozbiorów. Wtedy obrona wolności, za której podstawowy element szlachta uznała liberum veto, uniemożliwiała jakąkolwiek reformę prowadzącą do wzmocnienia państwa. Bo w oczach panów braci każde wzmocnienie władzy królewskiej prowadzić musiało do absolutyzmu i ucisku.
W tym czasie władcy państw ościennych krok po kroku rozmontowywali monarchie stanowe, budując absolutyzm. Czyli, w ówczesnych warunkach, sprawny organizm państwowy. I tak się jakoś złożyło, że organizmy sprawne i silne rozszarpały ten szczycący się swoją wolnością, ale bezsilny.
Chiny i Rosja poradziły sobie z mediami społecznościowymi w sposób zgodny ze swoją historyczną tradycją: po prostu uzależniły je od władzy i poddały cenzurze (a tym, które nie chciały się zgodzić na ograniczenie niezależności, zamknęły dostęp do swojej infosfery). Ale również ojczyzna wolności nie zamierza tolerować internetu silniejszego niż państwo.
Kolacja, na której Donald Trump spotkał się z szefami najważniejszych spółek technologicznych – w tym Meta i X – zapowiada nowy rozdział w relacji mediów cyfrowych z władzą. Sądzę, że będzie nim jakaś forma oligarchii. Czas, w którym Twitter zawieszał konto Trumpa, minął.
Teraz będą tracić pracę (lub dostawać zakaz wjazdu do USA) ludzie, którzy wyrazili w internecie radość z powodu zabójstwa Charliego Kirka. Co to dokładnie znaczy, że „wyrazili radość”, i kto będzie o tym decydował – nie wiemy.
Wniosek? Albo nasi politycy ograniczą mechanizm bezwzględnej polaryzacji i podejmą próbę przeciwdziałania cyfrowej dezinformacji – także za cenę ograniczenia wolności słowa – albo zakres naszej wolności określać będą rosyjscy politycy i amerykańscy oligarchowie.
Niewykluczone, że wspólnie i w porozumieniu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















